człowiek
Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Pomóż sobie sam, ale zapłać nam

Według guru samorealizacji Tony’ego Robbinsa stąpanie boso po rozżarzonych węglach to doświadczenie „polegające na wierze we własne możliwości. Uświadamia ludziom w naj­bardziej bezpośredni sposób, że są w stanie się zmienić, rozwijać, wykorzystać w pełni swój potencjał, dokonywać rzeczy, do których nigdy nie sądzili, że są zdolni”.

Przeszedłem się trzykrotnie po rozżarzonych węglach, i to nie recytując przy tym „chłodny mech, chłodny mech…” (jak Rob­bins zaleca swoim klientom) ani też nie oddając się pozytywnym myślom. I wcale się nie poparzyłem. Czy to możliwe? Możliwe, ponieważ węgiel drzewny słabo przewodzi ciepło, a do tego skóra podeszew na­szych stóp jest gruba, częściowo zrogowaciała. Ponadto adepci tej sztuki przechodzą przez palenisko zwykle dość szybko. Po­dobnie jest z ciastem wyjętym z rozgrzanego do 200°C piekarni­ka. Da się dotknąć ciasta, które jest złym przewodnikiem ciepła, i nie oparzyć się przy tym, ale już nie metalowej brytfanki, w której się ono znajduje. Fizyka wyjaśnia zatem fenomen chodze­nia po rozżarzonych węglach, ale jeśli chcemy zrozumieć, dla­czego niektórzy to robią, musimy odwołać się do psychologii.

W 1980 roku uczestniczyłem w kongresie producentów bran­ży rowerowej, na którym głównym mówcą był Mark Victor Hansen, obecnie współautor cieszących się ogromną popular­nością książek z cyklu „Balsam dla duszy”, m.in. Balsamu dla duszy nastolatka, Balsamu dla duszy więźnia i Balsamu dla duszy chrześcijańskiej (jakoś nie ma nic dla duszy sceptyka). Dziwiłem się, że Hansen nie zażądał za swoje wystąpienie honorarium, póki nie zobaczyłem, co się działo, gdy skończył mówić – ludzie od razu ustawili się w długiej, wychodzącej za drzwi kolejce, aby kupić jego nagrania motywacyjne. Ja również je kupiłem i słuchałem potem po wielekroć podczas jazd treningowych w ramach przygotowań do wyścigów rowerowych.

„Po wielekroć” wydaje się kluczem do zrozumienia „dlacze­go” w przypadku tego, co uprawiający dziennikarstwo śledcze Steve Salerno nazywa ruchem pomocy samemu sobie i samo­realizacji (SHAM – Self-Help and Actualization Movement). W swojej najnowszej książce SHAM: How the Self-Help Move­ment Made America Helpless (Jak ruch pomocy sobie samemu uczynił Amerykę bezsilną) wyjaśnia, że pogadanki i nagrania motywacyjne na krótko pobudzają do działania, a gdy po kilku tygodniach zapał mija, nabywcy tego rodzaju materiałów szko­leniowych przekształcają się w stałych klientów. Gdy Salerno redagował książki o samorealizacji w wydawnictwie Roda­le Press (którego hasłem w owym czasie było „pokazanie lu­dziom, jak mogą wykorzystać potencjał swojego ciała i umysłu, by żyć lepiej”), szeroko zakrojone badania rynkowe wykazały, że „najbardziej prawdopodobnym nabywcą książki na jakikol­wiek temat jest ten, kto w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy kupił książkę o zbliżonej tematyce”. Ironia tej „reguły osiemna­stu miesięcy” polega, zdaniem Salerna, na tym, że „gdyby to, co sprzedaliśmy, pomogło ludziom zmienić ich życie w pożądany sposób, trudno byłoby się spodziewać, że znów będą potrze­bować pomocy, przynajmniej nie w rozwiązaniu tych samych problemów, a już na pewno nie ciągle od nowa”.

Ruch SHAM jest impregnowany na wszelką krytykę. Jeśli wasze życie nie zmieniło się na lepsze, to jest to wyłącznie wa­sza wina – najwyraźniej myśleliście za mało pozytywnie. Jak temu zaradzić? Musicie się dalej samorealizować, choćby słuchając tego samego przesłania w nowym opakowaniu. Przykładem są książki Johna Graya będące kolejnymi wariacjami na ten sam temat: Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus; Mars i Wenus zawsze ra­zem; Marsjanie i Wenusjanki w sypialni; Marsjanie i Wenusjanki – odżywianie i ćwiczenia; nie mówiąc już o grze planszowej w Marsa i Wenus, sztuce wystawianej z powodzeniem na Broad­wayu i ofertach biur podróży pod tą nazwą.

Powodzenie ruchu samorealizacji zasadza się na marketingo­wym przeciwstawieniu poczucia bezsilności wewnętrznej sile. Podobnie jak w przypadku religii głoszącej, że ludzie są z natury grzeszni i potrzebują zbawienia (które zapewnić im może jedy­nie ta właśnie religia), guru SHAM utrzymują, że wszyscy jeste­śmy ofiarami tkwiącego w nas demonicznego „wewnętrznego dziecka”, wytworu traumatycznych przeżyć w przeszłości, które stanowią źródło negatywnych „nagrań” odtwarzanych w kółko w naszych umysłach. Terapia tego stanu polega na wyzwoleniu mocy wewnętrznego potencjału dzięki nowym „scenariuszom życia”, których ci mistrzowie chętnie nam dostarczą, oczywiście za odpowiednią cenę – od 500 dolarów za jednodniowy kurs do 5995 dolarów za seminarium „Spotkanie z losem” prowadzone przez Robbinsa.

Czy te kursy coś komuś dają? Nikt tego nie wie. Według Salerna nie ma żadnych naukowych dowodów, by którakol­wiek z niezliczonych technik realizowania własnego poten­cjału – od chodzenia po rozżarzonych węglach po metodę dwunastu kroków – była pod jakimś względem lepsza od innego działania, a nawet nierobienia w ogóle niczego. Zważywszy, że techniki te są stosowane przez miliony ludzi, to na mocy prawa wielkich liczb zawsze u kogoś przyniosą pozytywne efekty. To tak jak ze specyfikami medycyny al­ternatywnej – ozdrowienie naturalnymi siłami organizmu przypisywane jest temu, co pacjent robił, aby się wyleczyć.

Pacjencie, lecz się sam – oto prawdziwy sens ruchu samo­realizacji.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 06/2006 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2020
10/2019 - specjalny
Kalendarium
Wrzesień
23
W 1806 r. zakończyła się ekspedycja Meriwethera Lewisa i Williama Clarka, pierwsza, która drogą lądową na zachód poprzez kontynent amerykański dotarła do wybrzeża Pacyfiku.
Warto przeczytać
Fizyka kwantowa jest dziwna. Reguły świata kwantowego, według których działa świat na poziomie atomów i cząstek subatomowych, nie są tymi samymi regułami, które obowiązują w dobrze znanym nam świecie codziennych doświadczeń - regułami, które kojarzymy ze zdrowym rozsądkiem.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Pomóż sobie sam, ale zapłać nam

Według guru samorealizacji Tony’ego Robbinsa stąpanie boso po rozżarzonych węglach to doświadczenie „polegające na wierze we własne możliwości. Uświadamia ludziom w naj­bardziej bezpośredni sposób, że są w stanie się zmienić, rozwijać, wykorzystać w pełni swój potencjał, dokonywać rzeczy, do których nigdy nie sądzili, że są zdolni”.

Przeszedłem się trzykrotnie po rozżarzonych węglach, i to nie recytując przy tym „chłodny mech, chłodny mech…” (jak Rob­bins zaleca swoim klientom) ani też nie oddając się pozytywnym myślom. I wcale się nie poparzyłem. Czy to możliwe? Możliwe, ponieważ węgiel drzewny słabo przewodzi ciepło, a do tego skóra podeszew na­szych stóp jest gruba, częściowo zrogowaciała. Ponadto adepci tej sztuki przechodzą przez palenisko zwykle dość szybko. Po­dobnie jest z ciastem wyjętym z rozgrzanego do 200°C piekarni­ka. Da się dotknąć ciasta, które jest złym przewodnikiem ciepła, i nie oparzyć się przy tym, ale już nie metalowej brytfanki, w której się ono znajduje. Fizyka wyjaśnia zatem fenomen chodze­nia po rozżarzonych węglach, ale jeśli chcemy zrozumieć, dla­czego niektórzy to robią, musimy odwołać się do psychologii.

W 1980 roku uczestniczyłem w kongresie producentów bran­ży rowerowej, na którym głównym mówcą był Mark Victor Hansen, obecnie współautor cieszących się ogromną popular­nością książek z cyklu „Balsam dla duszy”, m.in. Balsamu dla duszy nastolatka, Balsamu dla duszy więźnia i Balsamu dla duszy chrześcijańskiej (jakoś nie ma nic dla duszy sceptyka). Dziwiłem się, że Hansen nie zażądał za swoje wystąpienie honorarium, póki nie zobaczyłem, co się działo, gdy skończył mówić – ludzie od razu ustawili się w długiej, wychodzącej za drzwi kolejce, aby kupić jego nagrania motywacyjne. Ja również je kupiłem i słuchałem potem po wielekroć podczas jazd treningowych w ramach przygotowań do wyścigów rowerowych.

„Po wielekroć” wydaje się kluczem do zrozumienia „dlacze­go” w przypadku tego, co uprawiający dziennikarstwo śledcze Steve Salerno nazywa ruchem pomocy samemu sobie i samo­realizacji (SHAM – Self-Help and Actualization Movement). W swojej najnowszej książce SHAM: How the Self-Help Move­ment Made America Helpless (Jak ruch pomocy sobie samemu uczynił Amerykę bezsilną) wyjaśnia, że pogadanki i nagrania motywacyjne na krótko pobudzają do działania, a gdy po kilku tygodniach zapał mija, nabywcy tego rodzaju materiałów szko­leniowych przekształcają się w stałych klientów. Gdy Salerno redagował książki o samorealizacji w wydawnictwie Roda­le Press (którego hasłem w owym czasie było „pokazanie lu­dziom, jak mogą wykorzystać potencjał swojego ciała i umysłu, by żyć lepiej”), szeroko zakrojone badania rynkowe wykazały, że „najbardziej prawdopodobnym nabywcą książki na jakikol­wiek temat jest ten, kto w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy kupił książkę o zbliżonej tematyce”. Ironia tej „reguły osiemna­stu miesięcy” polega, zdaniem Salerna, na tym, że „gdyby to, co sprzedaliśmy, pomogło ludziom zmienić ich życie w pożądany sposób, trudno byłoby się spodziewać, że znów będą potrze­bować pomocy, przynajmniej nie w rozwiązaniu tych samych problemów, a już na pewno nie ciągle od nowa”.

Ruch SHAM jest impregnowany na wszelką krytykę. Jeśli wasze życie nie zmieniło się na lepsze, to jest to wyłącznie wa­sza wina – najwyraźniej myśleliście za mało pozytywnie. Jak temu zaradzić? Musicie się dalej samorealizować, choćby słuchając tego samego przesłania w nowym opakowaniu. Przykładem są książki Johna Graya będące kolejnymi wariacjami na ten sam temat: Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus; Mars i Wenus zawsze ra­zem; Marsjanie i Wenusjanki w sypialni; Marsjanie i Wenusjanki – odżywianie i ćwiczenia; nie mówiąc już o grze planszowej w Marsa i Wenus, sztuce wystawianej z powodzeniem na Broad­wayu i ofertach biur podróży pod tą nazwą.

Powodzenie ruchu samorealizacji zasadza się na marketingo­wym przeciwstawieniu poczucia bezsilności wewnętrznej sile. Podobnie jak w przypadku religii głoszącej, że ludzie są z natury grzeszni i potrzebują zbawienia (które zapewnić im może jedy­nie ta właśnie religia), guru SHAM utrzymują, że wszyscy jeste­śmy ofiarami tkwiącego w nas demonicznego „wewnętrznego dziecka”, wytworu traumatycznych przeżyć w przeszłości, które stanowią źródło negatywnych „nagrań” odtwarzanych w kółko w naszych umysłach. Terapia tego stanu polega na wyzwoleniu mocy wewnętrznego potencjału dzięki nowym „scenariuszom życia”, których ci mistrzowie chętnie nam dostarczą, oczywiście za odpowiednią cenę – od 500 dolarów za jednodniowy kurs do 5995 dolarów za seminarium „Spotkanie z losem” prowadzone przez Robbinsa.

Czy te kursy coś komuś dają? Nikt tego nie wie. Według Salerna nie ma żadnych naukowych dowodów, by którakol­wiek z niezliczonych technik realizowania własnego poten­cjału – od chodzenia po rozżarzonych węglach po metodę dwunastu kroków – była pod jakimś względem lepsza od innego działania, a nawet nierobienia w ogóle niczego. Zważywszy, że techniki te są stosowane przez miliony ludzi, to na mocy prawa wielkich liczb zawsze u kogoś przyniosą pozytywne efekty. To tak jak ze specyfikami medycyny al­ternatywnej – ozdrowienie naturalnymi siłami organizmu przypisywane jest temu, co pacjent robił, aby się wyleczyć.

Pacjencie, lecz się sam – oto prawdziwy sens ruchu samo­realizacji.