człowiek
Autor: Maryn McKenna | dodano: 2021-06-22
Śmiertelnie groźne królestwo

Grzyby, które rocznie zabijają 1,6 mln osób, wysuwają się na czoło  wśród najbardziej śmiercionośnych mikroorganizmów  na naszej planecie – a my nie bardzo wiemy, jak je powstrzymać.

Był czwarty tydzień lipca 2020 roku, szczyt drugiej fali pandemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych. Liczba zachorowań przekroczyła 3,8 mln, zaś liczba zgonów sięgnęła 133 tys. Tom Chiller podniósł wzrok znad komputera w swoim domowym biurze w Atlancie. Potarł dłońmi twarz i ogoloną głowę.

Chiller jest lekarzem i epidemiologiem. W normalnych czasach jest także dyrektorem oddziału U.S. Centers for Disease Control and Prevention, odpowiadającym za sekcję monitorującą zagrożenia zdrowotne związane z grzybami, takimi jak pleśnie i drożdżaki. Odłożył tę specjalizację na bok w marcu, kiedy w Stanach Zjednoczonych zaczęto dostrzegać rozmiar zagrożenia ze strony nowego wirusa, Nowy Jork objęto lockdownem, a CDC zaleciły niemal dziewięciu tysiącom zatrudnionych osób pracę z domu. Od tego czasu Chiller uczestniczył we frustrujących, niełatwych działaniach agencji zdrowia publicznego skierowanych przeciwko COVID-19. Jej pracownicy współpracowali ze stanowymi departamentami zdrowia, na bieżąco śledząc przypadki zachorowań i zgonów oraz rozporządzenia prawne dla utrzymania bezpieczeństwa.

Mimo ogromnego zmęczenia Chiller znów zaczął przeglądać e-maile. Wśród nich był przesłany przez jednego z pracowników biuletyn. Chiller zmartwiał – szpitale w okolicach Los Angeles, przeżywające szturm pacjentów z COVID-19 zgłaszały nowy problem: u niektórych pacjentów na oddziałach intensywnej terapii rozwijała się dodatkowo infekcja grzybicza, spowodowana przez Candida auris. Ogłoszono stan podwyższonej gotowości.

Chiller wiedział o C. auris wszystko – prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek inny w Stanach Zjednoczonych. Cztery lata wcześniej wysłał z ramienia CDC pilną informację do szpitali, informując je, by były w pogotowiu. W tamtym czasie wspomniany grzyb nie dotarł jeszcze do USA, jednak Chiller rozmawiał z kolegami z innych krajów i wiedział, co się działo, kiedy ten drobnoustrój opanował ich systemy opieki zdrowotnej. Był oporny na działanie większości spośród niewielkiej grupy leków, jakie można było przeciwko niemu stosować. Potrafił przeżyć na zimnych twardych powierzchniach, nic sobie nie robił ze środków czyszczących. Szpitale, do których trafił, musiały wymieniać wyposażenie i wyburzać ściany, aby się go pozbyć. Wywoływał szybko rozprzestrzeniające się epidemie i zabijał dwie trzecie zakażonych osób.

Wkrótce po tym, jak wydano ostrzeżenie, grzyb dotarł do Stanów Zjednoczonych. Do końca 2016 roku zostało zakażonych 14 osób, cztery z nich zmarły. Od tego czasu CDC obserwują jego wędrówkę, zaliczając go do niewielkiej grupy zagrożeń, o których lekarze i departamenty zdrowia muszą informować agencję. Do 2020 roku w USA doszło do niemal 1600 przypadków zachorowań w 23 stanach. I wtedy nadszedł COVID-19, zabijając ludzi, przeciążając szpitale i kierując wszelkie wysiłki w zakresie zdrowia publicznego przeciwko nowemu wirusowi, w rezultacie odwracając uwagę od innych zabójczych organizmów.

Jednak od początku pandemii Chiller czuł niepokój na myśl o możliwym współwystępowaniu wirusa z infekcjami grzybiczymi. Pierwsze opisy przypadków zachorowań na COVID-19 w międzynarodowych czasopismach, publikowane przez chińskich naukowców, przedstawiały pacjentów jako bardzo ciężko chorych i wymagających intensywnej opieki: farmakologicznie obezwładnionych, podpiętych do respiratorów, ponakłuwanych przez igły do wlewów dożylnych, faszerowanych mnóstwem leków hamujących zakażenie i stan zapalny. Te gorączkowe działania mogły ratować przed wirusem – ale leki osłabiające układ odpornościowy hamują własne mechanizmy obronne chorych, zaś antybiotyki o szerokim spektrum zabijają korzystne bakterie, które trzymają szkodliwe mikroorganizmy w szachu. W rezultacie pacjenci są ogromnie podatni na wszelkie inne patogeny czyhające w pobliżu.

Chiller i jego współpracownicy zaczęli dyskretnie kontaktować się z kolegami ze Stanów Zjednoczonych i Europy, pytając ich o jakiekolwiek oznaki alarmowe, wskazujące, że COVID-19 toruje drogę śmiercionośnym grzybom. Równie po cichu zaczęły z wolna napływać informacje o zakażeniach z Indii, Włoch, Kolumbii, Niemiec, Austrii, Belgii, Irlandii, Holandii i Francji. Te same śmiercionośne grzyby zaczęły również ujawniać się u pacjentów amerykańskich: pierwsze oznaki drugiej epidemii, nakładającej się na pandemię wirusową. I nie był to wyłącznie C. auris. Swoje żniwo zaczął zbierać także inny śmiercionośny grzyb, Aspergillus.

„Będzie źle – mówi teraz Chiller. – Nie wydaje nam się, abyśmy mogli to powstrzymać”.

 

Więcej w lipcowym numerze „Świata Nauki”

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 07/2021 »
Drukuj »
Aktualne numery
10/2021
10/2020 - specjalny
Kalendarium
Październik
19
W 1967 r. amerykańska sonda Mariner 5 przeleciała 3990 km nad powierzchnią Wenus.
Warto przeczytać
Czy wiesz, że wszyscy mężczyźni zaczynają życie jako kobiety? A może fakt, że skóra chroni nas przed wyparowaniem, to dla ciebie żadna nowość? Nawet jeśli tak jest, książka "100 rzeczy, których nie wiesz o swoim ciele" i tak będzie cię nieustannie zaskakiwać.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Maryn McKenna | dodano: 2021-06-22
Śmiertelnie groźne królestwo

Grzyby, które rocznie zabijają 1,6 mln osób, wysuwają się na czoło  wśród najbardziej śmiercionośnych mikroorganizmów  na naszej planecie – a my nie bardzo wiemy, jak je powstrzymać.

Był czwarty tydzień lipca 2020 roku, szczyt drugiej fali pandemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych. Liczba zachorowań przekroczyła 3,8 mln, zaś liczba zgonów sięgnęła 133 tys. Tom Chiller podniósł wzrok znad komputera w swoim domowym biurze w Atlancie. Potarł dłońmi twarz i ogoloną głowę.

Chiller jest lekarzem i epidemiologiem. W normalnych czasach jest także dyrektorem oddziału U.S. Centers for Disease Control and Prevention, odpowiadającym za sekcję monitorującą zagrożenia zdrowotne związane z grzybami, takimi jak pleśnie i drożdżaki. Odłożył tę specjalizację na bok w marcu, kiedy w Stanach Zjednoczonych zaczęto dostrzegać rozmiar zagrożenia ze strony nowego wirusa, Nowy Jork objęto lockdownem, a CDC zaleciły niemal dziewięciu tysiącom zatrudnionych osób pracę z domu. Od tego czasu Chiller uczestniczył we frustrujących, niełatwych działaniach agencji zdrowia publicznego skierowanych przeciwko COVID-19. Jej pracownicy współpracowali ze stanowymi departamentami zdrowia, na bieżąco śledząc przypadki zachorowań i zgonów oraz rozporządzenia prawne dla utrzymania bezpieczeństwa.

Mimo ogromnego zmęczenia Chiller znów zaczął przeglądać e-maile. Wśród nich był przesłany przez jednego z pracowników biuletyn. Chiller zmartwiał – szpitale w okolicach Los Angeles, przeżywające szturm pacjentów z COVID-19 zgłaszały nowy problem: u niektórych pacjentów na oddziałach intensywnej terapii rozwijała się dodatkowo infekcja grzybicza, spowodowana przez Candida auris. Ogłoszono stan podwyższonej gotowości.

Chiller wiedział o C. auris wszystko – prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek inny w Stanach Zjednoczonych. Cztery lata wcześniej wysłał z ramienia CDC pilną informację do szpitali, informując je, by były w pogotowiu. W tamtym czasie wspomniany grzyb nie dotarł jeszcze do USA, jednak Chiller rozmawiał z kolegami z innych krajów i wiedział, co się działo, kiedy ten drobnoustrój opanował ich systemy opieki zdrowotnej. Był oporny na działanie większości spośród niewielkiej grupy leków, jakie można było przeciwko niemu stosować. Potrafił przeżyć na zimnych twardych powierzchniach, nic sobie nie robił ze środków czyszczących. Szpitale, do których trafił, musiały wymieniać wyposażenie i wyburzać ściany, aby się go pozbyć. Wywoływał szybko rozprzestrzeniające się epidemie i zabijał dwie trzecie zakażonych osób.

Wkrótce po tym, jak wydano ostrzeżenie, grzyb dotarł do Stanów Zjednoczonych. Do końca 2016 roku zostało zakażonych 14 osób, cztery z nich zmarły. Od tego czasu CDC obserwują jego wędrówkę, zaliczając go do niewielkiej grupy zagrożeń, o których lekarze i departamenty zdrowia muszą informować agencję. Do 2020 roku w USA doszło do niemal 1600 przypadków zachorowań w 23 stanach. I wtedy nadszedł COVID-19, zabijając ludzi, przeciążając szpitale i kierując wszelkie wysiłki w zakresie zdrowia publicznego przeciwko nowemu wirusowi, w rezultacie odwracając uwagę od innych zabójczych organizmów.

Jednak od początku pandemii Chiller czuł niepokój na myśl o możliwym współwystępowaniu wirusa z infekcjami grzybiczymi. Pierwsze opisy przypadków zachorowań na COVID-19 w międzynarodowych czasopismach, publikowane przez chińskich naukowców, przedstawiały pacjentów jako bardzo ciężko chorych i wymagających intensywnej opieki: farmakologicznie obezwładnionych, podpiętych do respiratorów, ponakłuwanych przez igły do wlewów dożylnych, faszerowanych mnóstwem leków hamujących zakażenie i stan zapalny. Te gorączkowe działania mogły ratować przed wirusem – ale leki osłabiające układ odpornościowy hamują własne mechanizmy obronne chorych, zaś antybiotyki o szerokim spektrum zabijają korzystne bakterie, które trzymają szkodliwe mikroorganizmy w szachu. W rezultacie pacjenci są ogromnie podatni na wszelkie inne patogeny czyhające w pobliżu.

Chiller i jego współpracownicy zaczęli dyskretnie kontaktować się z kolegami ze Stanów Zjednoczonych i Europy, pytając ich o jakiekolwiek oznaki alarmowe, wskazujące, że COVID-19 toruje drogę śmiercionośnym grzybom. Równie po cichu zaczęły z wolna napływać informacje o zakażeniach z Indii, Włoch, Kolumbii, Niemiec, Austrii, Belgii, Irlandii, Holandii i Francji. Te same śmiercionośne grzyby zaczęły również ujawniać się u pacjentów amerykańskich: pierwsze oznaki drugiej epidemii, nakładającej się na pandemię wirusową. I nie był to wyłącznie C. auris. Swoje żniwo zaczął zbierać także inny śmiercionośny grzyb, Aspergillus.

„Będzie źle – mówi teraz Chiller. – Nie wydaje nam się, abyśmy mogli to powstrzymać”.

 

Więcej w lipcowym numerze „Świata Nauki”