ziemia
Autor: Jason M. Forthofer | dodano: 2019-12-23
Ogniste tornada

Zdjęcia Spencer Lowell

Naukowcy są coraz bliżej momentu, kiedy stanie się możliwe dokładne przewidzenie miejsca i czasu wystąpienia tego zabójczego zjawiska.

Samolot, którym leciałem do medford, zaczął się powoli zniżać do lądowania. W pewnej chwili wlecieliśmy w grubą warstwę dymów wiszących nad południowo-zachodnim Oregonem i północną Kalifornią. Był koniec lipca 2018 roku i w całym regionie walczono z kilkoma dużymi pożarami lasów. Zamierzałem dołączyć do zespołu śledczego stworzonego przez Cal Fire, czyli kalifornijski stanowy Wydział ds. Lasów i Ochrony Przeciwpożarowej, w celu wyjaśnienia przyczyn śmiertelnego wypadku, który wydarzył się dwa dni wcześniej. Ciarki przeszły mi po plecach, kiedy zadzwonił do mnie szef zespołu i powiedział: „Strażak został zabity przez ogniste tornado. Wichura i płomienie zdmuchnęły jego samochód i odrzuciły na setki metrów”.

Być może bardziej niż inni przeczuwałem, że pewnego dnia taki dramat może nastąpić. Dziesięć lat temu po raz pierwszy mogłem zobaczyć, do czego zdolne jest takie ogniste tornado. Niszczycielski stwór o średnicy około 300 m wyłonił się z pożaru Indians Fire w Kalifornii i natychmiast skierował się w stronę strażaków. Wiało tak mocno, że – jak później powiedział mi jeden z ratowników – uciekając, czuł się, jakby próbował biec w wodzie głębokiej po szyję. Na szczęście strażacy znajdowali się na szerokiej asfaltowej drodze, co ich uratowało. Gdyby w chwili pojawienia się tornada przebywali kilka metrów dalej, pośród drzew i traw – zginęliby. Kiedy dotarłem w tamto miejsce, ujrzałem potężne konary dębów połamane i rozrzucone wokół niczym zapałki oraz ziemię, którą jakiś potężny odkurzacz oczyścił z wszystkich małych kamyków.

Scena ta wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Było oczywiste, że ogniste tornado mogło łatwo dotrzeć do stref uznanych zwykle przez strażaków za bezpieczne. Naprawdę niewiele brakowało, by tak się stało. Wielu z nas strażaków niejeden raz widziało powstające podczas pożaru małe wiry ognia podobne do wirów pyłowych, których średnica zwykle nie przekracza paru metrów. Nie uważaliśmy ich za szczególnie groźne. W przeciwieństwie do nich ogniste tornada – stanowiące przerażające połączenie niszczycielskich mocy ognia oraz wiatru o sile prawdziwego tornado – obserwowano bardzo rzadko, traktowano je niczym jakieś mityczne stwory. Nawet ja, który jako strażak pracuję od 1996 roku, a od ośmiu lat zajmuję się badaniami nad zachowaniem ognia, słyszałem wcześniej tylko raz o takim monstrum – opowiadał mi o nim strażak z bardzo długim stażem.

Po powrocie do Missoula Fire Sciences Laboratory w Montanie, mojego macierzystego instytutu, wziąłem się za przeglądanie literatury. Znalazłem kilka doniesień, dość pobieżnych, o tornadach ognistych w różnych częściach świata. Dane na temat tego zjawiska były tak skąpe, że naukowcy nie zgadzali się nawet w kwestii jego definicji. Wielkie pożary lasów mogą być, jak wiemy, źródłem tak zwanych pyrocumulonimbusów (pyroCb) osiągających znaczne wysokości. Są to chmury burzowe powstające w wyniku kondensacji pary wodnej uwalniającej się podczas pożaru z roślinności trawionej przez płomienie, a także pary wodnej znajdującej się w atmosferze oraz będącej ubocznym produktem samego procesu spalania. Część badaczy uważała, że jedynie te wielkie wiry, które są powiązane z pyroCb, należy uznać za prawdziwe tornada ogniste. To wyśrubowane kryterium spełniło do tej pory tylko jedno zjawisko, które wystąpiło w 2003 roku podczas burzy ogniowej w pobliżu Canberry w Australii. Wir pozostawił po sobie pas zniszczeń długości ponad 20 km.

Jednak tak przyjęta definicja była zbyt restrykcyjna, aby nadawała się do zastosowania przez strażaków. Wspólnie z Bretem Butlerem stworzyliśmy więc roboczy opis zjawiska jako wiru ognia z wiatrami o sile tornada. Stała się ona podstawą do naszych dalszych prac dokumentacyjnych, na których podstawie opracowaliśmy materiały szkoleniowe dla strażaków. A teraz zmierzałem ku wielkiemu pożarowi Carr Fire, który szalał na przedmieściach Redding w Kalifornii, by wziąć udział w śledztwie dotyczącym śmierci strażaka zabitego przez takie tornado – jak bardzo chciałem, żeby nigdy nie doszło do takiej tragedii.

 

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2020 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
04/2020
10/2019 - specjalny
Kalendarium
Kwiecień
4
W 1845 r. James Esdaile przeprowadził w szpitalu w Kalkucie pierwszą operację na pacjencie znieczulonym przy pomocy hipnozy.
Warto przeczytać
Sądzisz, że świadomie kierujesz swoim życiem, podejmujesz racjonalne decyzje i z rozwagą kształtujesz swoje relacje z innymi? Jeśli tak, jesteś w błędzie. Słynny naukowiec, Leonard Mlodinow odkrywa przed czytelnikami zaskakujące i egzotyczne siły działające pod powierzchnią naszych umysłów.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Jason M. Forthofer | dodano: 2019-12-23
Ogniste tornada

Zdjęcia Spencer Lowell

Naukowcy są coraz bliżej momentu, kiedy stanie się możliwe dokładne przewidzenie miejsca i czasu wystąpienia tego zabójczego zjawiska.

Samolot, którym leciałem do medford, zaczął się powoli zniżać do lądowania. W pewnej chwili wlecieliśmy w grubą warstwę dymów wiszących nad południowo-zachodnim Oregonem i północną Kalifornią. Był koniec lipca 2018 roku i w całym regionie walczono z kilkoma dużymi pożarami lasów. Zamierzałem dołączyć do zespołu śledczego stworzonego przez Cal Fire, czyli kalifornijski stanowy Wydział ds. Lasów i Ochrony Przeciwpożarowej, w celu wyjaśnienia przyczyn śmiertelnego wypadku, który wydarzył się dwa dni wcześniej. Ciarki przeszły mi po plecach, kiedy zadzwonił do mnie szef zespołu i powiedział: „Strażak został zabity przez ogniste tornado. Wichura i płomienie zdmuchnęły jego samochód i odrzuciły na setki metrów”.

Być może bardziej niż inni przeczuwałem, że pewnego dnia taki dramat może nastąpić. Dziesięć lat temu po raz pierwszy mogłem zobaczyć, do czego zdolne jest takie ogniste tornado. Niszczycielski stwór o średnicy około 300 m wyłonił się z pożaru Indians Fire w Kalifornii i natychmiast skierował się w stronę strażaków. Wiało tak mocno, że – jak później powiedział mi jeden z ratowników – uciekając, czuł się, jakby próbował biec w wodzie głębokiej po szyję. Na szczęście strażacy znajdowali się na szerokiej asfaltowej drodze, co ich uratowało. Gdyby w chwili pojawienia się tornada przebywali kilka metrów dalej, pośród drzew i traw – zginęliby. Kiedy dotarłem w tamto miejsce, ujrzałem potężne konary dębów połamane i rozrzucone wokół niczym zapałki oraz ziemię, którą jakiś potężny odkurzacz oczyścił z wszystkich małych kamyków.

Scena ta wywarła na mnie olbrzymie wrażenie. Było oczywiste, że ogniste tornado mogło łatwo dotrzeć do stref uznanych zwykle przez strażaków za bezpieczne. Naprawdę niewiele brakowało, by tak się stało. Wielu z nas strażaków niejeden raz widziało powstające podczas pożaru małe wiry ognia podobne do wirów pyłowych, których średnica zwykle nie przekracza paru metrów. Nie uważaliśmy ich za szczególnie groźne. W przeciwieństwie do nich ogniste tornada – stanowiące przerażające połączenie niszczycielskich mocy ognia oraz wiatru o sile prawdziwego tornado – obserwowano bardzo rzadko, traktowano je niczym jakieś mityczne stwory. Nawet ja, który jako strażak pracuję od 1996 roku, a od ośmiu lat zajmuję się badaniami nad zachowaniem ognia, słyszałem wcześniej tylko raz o takim monstrum – opowiadał mi o nim strażak z bardzo długim stażem.

Po powrocie do Missoula Fire Sciences Laboratory w Montanie, mojego macierzystego instytutu, wziąłem się za przeglądanie literatury. Znalazłem kilka doniesień, dość pobieżnych, o tornadach ognistych w różnych częściach świata. Dane na temat tego zjawiska były tak skąpe, że naukowcy nie zgadzali się nawet w kwestii jego definicji. Wielkie pożary lasów mogą być, jak wiemy, źródłem tak zwanych pyrocumulonimbusów (pyroCb) osiągających znaczne wysokości. Są to chmury burzowe powstające w wyniku kondensacji pary wodnej uwalniającej się podczas pożaru z roślinności trawionej przez płomienie, a także pary wodnej znajdującej się w atmosferze oraz będącej ubocznym produktem samego procesu spalania. Część badaczy uważała, że jedynie te wielkie wiry, które są powiązane z pyroCb, należy uznać za prawdziwe tornada ogniste. To wyśrubowane kryterium spełniło do tej pory tylko jedno zjawisko, które wystąpiło w 2003 roku podczas burzy ogniowej w pobliżu Canberry w Australii. Wir pozostawił po sobie pas zniszczeń długości ponad 20 km.

Jednak tak przyjęta definicja była zbyt restrykcyjna, aby nadawała się do zastosowania przez strażaków. Wspólnie z Bretem Butlerem stworzyliśmy więc roboczy opis zjawiska jako wiru ognia z wiatrami o sile tornada. Stała się ona podstawą do naszych dalszych prac dokumentacyjnych, na których podstawie opracowaliśmy materiały szkoleniowe dla strażaków. A teraz zmierzałem ku wielkiemu pożarowi Carr Fire, który szalał na przedmieściach Redding w Kalifornii, by wziąć udział w śledztwie dotyczącym śmierci strażaka zabitego przez takie tornado – jak bardzo chciałem, żeby nigdy nie doszło do takiej tragedii.