ziemia
Autor: Jen Schwartz | dodano: 2018-08-24
Nadchodzi woda

Zdjęcia Grant Delin.

Rzecz do niedawna niewyobrażalna: w USA mieszkańcy nadmorskich terenów zaczynają się wycofywać w głąb lądu przed podnoszącym się morzem.

Piwnica w domu Monique Coleman była jeszcze mokra, kiedy słona woda zaczęła wlewać się na nowo. Zaledwie kilka dni po tym jak Sandy wzburzyła wody środkowego Atlantyku i rekordowa kipiel wdarła się na najgęściej zaludniony rejon USA, burmistrz New Jersey obiecał, że plaże zostaną na powrót pokryte piaskiem.

Hasła w stylu „odbudujemy i staniemy się silniejsi” nigdy jakoś nie przemawiały do Coleman, która zamieszkała nie na którejś z kultowych wysp barierowych, ale na płaskiej jak stół równinie zalewowej przeciętej autostradą międzystanową z 12 pasami ruchu. Huragan Sandy nazwany Frankenstorm został przez naukowców uznany za żywioł ekstremalny, ale rzadki, bo pojawiający się średnio raz na 500 lat. Co innego uważała jednak Coleman i inni mieszkańcy miejscowości Watson-Crampton w gminie Woodbridge, którym żywioł już po raz trzeci w ciągu trzech lat zalał domy. Niektóre z nich zawaliły się, nie wytrzymując kolejnego ataku ciśnienia hydrodynamicznego.

Podczas gdy kolejni ludzie ewakuowani ze swoich domów na czas powodzi powracali, aby od nowa walczyć z pleśnią i wilgocią, Coleman zaczęła rozważać inne scenariusze. Gmina Woodbridge jest położona w obrębie cienkiej talii stanu New Jersey, gdzie znajduje się gęsta siatka rzek i strumieni wpadających do Zatoki Raritan stanowiącej odnogę Atlantyku. Coleman dowiedziała się, że Army Corps of Engineers nie ma w planach wzniesienia w tym miejscu wału przeciwpowodziowego lub zainstalowania śluz; eksperci, którzy tu się pojawili parę lat temu, uznali, że taka infrastruktura byłaby w tym miejscu zbyt kosztowna. Po poprzednich powodziach jej sąsiadka zainteresowała się bliżej ekologiczną historią liczącego niemal 350 lat miasteczka. Odkryła, że niektóre jego części, tak jak w innych miastach w tym rejonie, usytuowano na nisko położonych terenach podmokłych, które zasypano i sztucznie podwyższono za pomocą „wypełniacza”. Stało się to na początku XX wieku. Coleman także zainteresowała się przeszłością, znajdując kolejne niepokojące informacje. „Zdałam sobie sprawę, że w pewnym sensie jesteśmy ofiarami systemu, gdyż mieszkamy na terenach, które nigdy nie powinny być zabudowane” – mówi.

Chociaż Coleman ubezpieczyła się od powodzi – taki był warunek otrzymania kredytu hipotecznego – wiedziała, że składki ubezpieczeniowe będą coraz wyższe z dekady na dekadę, a wartość posesji zacznie spadać. Owszem, lubili z mężem ten dom zbudowany przed drugą wojną światową w stylu kolonialnym. Kupili go za przystępną cenę, co nie było łatwe w miejscowości położonej tak blisko Nowego Jorku. Coleman zorientowała się, że będzie mieszkała w „strefie szczególnego ryzyka powodziowego” w 2006 roku podczas lektury dokumentów związanych z kupnem nieruchomości. Zaniepokoiła się wtedy. Pamięta jednak, jak jej prawnik machnął na to ręką, mówiąc, że nie ma w tym nic wyjątkowego, bo dotyczy to większości mieszkańców New Jersey, których czeka podobna przyszłość. Niewykluczone, że miał rację, ale jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia z ostatnich lat, były to stwierdzenia wprowadzające w błąd. Nie chodziło o odległą przyszłość, ale o teraźniejszość. Mimo to Coleman, zdesperowana, aby uciec z rodziną z Newark, gdzie narkotyki można było kupić na każdym rogu, podpisała umowę – tak zamieniła jedno zagrożenie na inne.

Przez cztery lata po kupnie domu nic się wydarzyło, a osuszone marsze na końcu ulicy stanowiły atrakcję dla jej trzech synów, którzy mogli się tam swobodnie bawić. Jednak w 2010 roku przyszedł nor’easter – potężny, wilgotny i wietrzny niż z północy. Woda nie mogła się pomieścić w rowach odwadniających przecinających miasteczko. Rok później to samo zdarzyło się po przejściu huraganu Irene, a w 2012 roku przyszła Sandy.

Po Sandy państwo uruchomiło federalne fundusze pomocowe dla New Jersey. Coleman dowiedziała się, że może dostać dotację na podniesienie fundamentów domu. Jednak wydało jej się głupie, że choć dom zostanie postawiony na palach, to drogi i garaż będą wciąż na dawnym poziomie. Widziała, co się działo po przejściu Irene. „Przyszedł przypływ i wszystko nagle znalazło się pod wodą – opowiada. – Ulice zmieniły się w rzeki w rzece”. Coleman nie chciała być wiecznie „odbudowywana”. Podczas każdej większej ulewy w porze przypływu poziom stresu rósł. Nie czuła się bezpiecznie – fizycznie i finansowo.

W rozmowie z sąsiadami usłyszała o programie Blue Acres. Jego założenia wydały jej się niezwykle sensowne: rząd odkupi od niej jej nieustannie zatapianą przez wodę nieruchomość po cenie przedpowodziowej, by nie płacić za kolejne naprawy. Następnie zatrudnione przez miasto ekipy rozbiorą budynek i zatrą ślady ludzkiej bytności. Wszystkie dokumenty domu zostałyby oddane władzom stanowym, a możliwość wzniesienia tu kolejnego domu zostałaby na zawsze zablokowana.

W porównaniu ze zwykłą sprzedażą domu, ta droga wydawała się niepewna, odrobinę ekstremalna. Chociaż – nawet gdyby sama znalazła chętnego kupca, czy etyczne byłoby przerzucenie tych problemów na kogoś innego? „My wszyscy żyjący w strefach wysokiego ryzyka powodziowego tworzyliśmy rodzaj sztafety, którą w końcu należało przerwać” – mówi Coleman.

 

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 09/2018 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2018
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Wrzesień
20
W 1970 r. radziecka sonda Łuna 16 wylądowała na Księżycu.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Jen Schwartz | dodano: 2018-08-24
Nadchodzi woda

Zdjęcia Grant Delin.

Rzecz do niedawna niewyobrażalna: w USA mieszkańcy nadmorskich terenów zaczynają się wycofywać w głąb lądu przed podnoszącym się morzem.

Piwnica w domu Monique Coleman była jeszcze mokra, kiedy słona woda zaczęła wlewać się na nowo. Zaledwie kilka dni po tym jak Sandy wzburzyła wody środkowego Atlantyku i rekordowa kipiel wdarła się na najgęściej zaludniony rejon USA, burmistrz New Jersey obiecał, że plaże zostaną na powrót pokryte piaskiem.

Hasła w stylu „odbudujemy i staniemy się silniejsi” nigdy jakoś nie przemawiały do Coleman, która zamieszkała nie na którejś z kultowych wysp barierowych, ale na płaskiej jak stół równinie zalewowej przeciętej autostradą międzystanową z 12 pasami ruchu. Huragan Sandy nazwany Frankenstorm został przez naukowców uznany za żywioł ekstremalny, ale rzadki, bo pojawiający się średnio raz na 500 lat. Co innego uważała jednak Coleman i inni mieszkańcy miejscowości Watson-Crampton w gminie Woodbridge, którym żywioł już po raz trzeci w ciągu trzech lat zalał domy. Niektóre z nich zawaliły się, nie wytrzymując kolejnego ataku ciśnienia hydrodynamicznego.

Podczas gdy kolejni ludzie ewakuowani ze swoich domów na czas powodzi powracali, aby od nowa walczyć z pleśnią i wilgocią, Coleman zaczęła rozważać inne scenariusze. Gmina Woodbridge jest położona w obrębie cienkiej talii stanu New Jersey, gdzie znajduje się gęsta siatka rzek i strumieni wpadających do Zatoki Raritan stanowiącej odnogę Atlantyku. Coleman dowiedziała się, że Army Corps of Engineers nie ma w planach wzniesienia w tym miejscu wału przeciwpowodziowego lub zainstalowania śluz; eksperci, którzy tu się pojawili parę lat temu, uznali, że taka infrastruktura byłaby w tym miejscu zbyt kosztowna. Po poprzednich powodziach jej sąsiadka zainteresowała się bliżej ekologiczną historią liczącego niemal 350 lat miasteczka. Odkryła, że niektóre jego części, tak jak w innych miastach w tym rejonie, usytuowano na nisko położonych terenach podmokłych, które zasypano i sztucznie podwyższono za pomocą „wypełniacza”. Stało się to na początku XX wieku. Coleman także zainteresowała się przeszłością, znajdując kolejne niepokojące informacje. „Zdałam sobie sprawę, że w pewnym sensie jesteśmy ofiarami systemu, gdyż mieszkamy na terenach, które nigdy nie powinny być zabudowane” – mówi.

Chociaż Coleman ubezpieczyła się od powodzi – taki był warunek otrzymania kredytu hipotecznego – wiedziała, że składki ubezpieczeniowe będą coraz wyższe z dekady na dekadę, a wartość posesji zacznie spadać. Owszem, lubili z mężem ten dom zbudowany przed drugą wojną światową w stylu kolonialnym. Kupili go za przystępną cenę, co nie było łatwe w miejscowości położonej tak blisko Nowego Jorku. Coleman zorientowała się, że będzie mieszkała w „strefie szczególnego ryzyka powodziowego” w 2006 roku podczas lektury dokumentów związanych z kupnem nieruchomości. Zaniepokoiła się wtedy. Pamięta jednak, jak jej prawnik machnął na to ręką, mówiąc, że nie ma w tym nic wyjątkowego, bo dotyczy to większości mieszkańców New Jersey, których czeka podobna przyszłość. Niewykluczone, że miał rację, ale jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia z ostatnich lat, były to stwierdzenia wprowadzające w błąd. Nie chodziło o odległą przyszłość, ale o teraźniejszość. Mimo to Coleman, zdesperowana, aby uciec z rodziną z Newark, gdzie narkotyki można było kupić na każdym rogu, podpisała umowę – tak zamieniła jedno zagrożenie na inne.

Przez cztery lata po kupnie domu nic się wydarzyło, a osuszone marsze na końcu ulicy stanowiły atrakcję dla jej trzech synów, którzy mogli się tam swobodnie bawić. Jednak w 2010 roku przyszedł nor’easter – potężny, wilgotny i wietrzny niż z północy. Woda nie mogła się pomieścić w rowach odwadniających przecinających miasteczko. Rok później to samo zdarzyło się po przejściu huraganu Irene, a w 2012 roku przyszła Sandy.

Po Sandy państwo uruchomiło federalne fundusze pomocowe dla New Jersey. Coleman dowiedziała się, że może dostać dotację na podniesienie fundamentów domu. Jednak wydało jej się głupie, że choć dom zostanie postawiony na palach, to drogi i garaż będą wciąż na dawnym poziomie. Widziała, co się działo po przejściu Irene. „Przyszedł przypływ i wszystko nagle znalazło się pod wodą – opowiada. – Ulice zmieniły się w rzeki w rzece”. Coleman nie chciała być wiecznie „odbudowywana”. Podczas każdej większej ulewy w porze przypływu poziom stresu rósł. Nie czuła się bezpiecznie – fizycznie i finansowo.

W rozmowie z sąsiadami usłyszała o programie Blue Acres. Jego założenia wydały jej się niezwykle sensowne: rząd odkupi od niej jej nieustannie zatapianą przez wodę nieruchomość po cenie przedpowodziowej, by nie płacić za kolejne naprawy. Następnie zatrudnione przez miasto ekipy rozbiorą budynek i zatrą ślady ludzkiej bytności. Wszystkie dokumenty domu zostałyby oddane władzom stanowym, a możliwość wzniesienia tu kolejnego domu zostałaby na zawsze zablokowana.

W porównaniu ze zwykłą sprzedażą domu, ta droga wydawała się niepewna, odrobinę ekstremalna. Chociaż – nawet gdyby sama znalazła chętnego kupca, czy etyczne byłoby przerzucenie tych problemów na kogoś innego? „My wszyscy żyjący w strefach wysokiego ryzyka powodziowego tworzyliśmy rodzaj sztafety, którą w końcu należało przerwać” – mówi Coleman.