ziemia
Autor: Stephen S. Hall | dodano: 2017-12-18
Na ratunek Galápagos

25 września 1835 roku, podczas rejsu hms beagle do archipelagu galápagos Charles Darwin po raz pierwszy postawił stopę na wyspie Karola, jak ją wtedy nazywano. Spotkał tam liczącą 200–300 osób kolonię, złożoną niemal z samych wygnańców politycznych zesłanych na wyspę przez „republikę Ekwadoru” po nieudanym puczu. Wybrzeża, zarośnięte „bezlistnymi krzakami” 1 zrobiły na Darwinie niezbyt dobre wrażenie, ale gdy po uciążliwym marszu w głąb wyspy dotarł do położonej 6 km dalej (i wyżej) zabiedzonej osady, napotkał „zieloną i bujną roślinność” z plantacjami bananów i słodkich patatów oraz grupę mieszkańców, którzy – „choć skarżą się na biedę, bez trudu zdobywają środki utrzymania”. Zawdzięczali to żółwiom słoniowym, których dziesiątki tysięcy przemierzały wzgórza tej i innych wysp archipelagu. „W lasach – pisał Darwin jakby po namyśle – dużo jest dzikich świń i kóz”.

Rankiem 25 sierpnia 2017 roku Karl Campbell zeskoczył z pokładu dwusilnikowej motorówki na nadbrzeżu tej samej nędznej wysepki. Zwana dziś Floreaną, jest zamieszkiwana przez 144 osoby – dwukrotnie mniej niż w czasach Darwina – i można było odnieść wrażenie, że Campbell zna je wszystkie. Z czapką baseballową na głowie, w niebieskich dżinsach i szarej podkoszulce z napisem „Island Conservation” siadł za kierownicą lokalnego autobusu (przerobionego z ciężarówki, z ławeczkami z tyłu). Po drodze do Claudio Cruz rozdawał mijanym mieszkańcom na lewo i prawo uśmiechy i pozdrowienia. Pomachał przyjaźnie do Joselity i Joselita, prowadzącym w porcie rządowy punkt kontroli biosanitarnej. Do naczelnika poczty krzyknął Hola, skinął głową na przywitanie farmerów Holgera i Myra i zatrzymał się, by dogonić Carmen, nadzorującą publiczną łaźnię w zabudowaniach portowych. Jego podróż w górę jedynej na Floreanie utwardzonej drogi obfitowała w pozdrowienia, pogawędki, żarciki i wycałowane policzki, co jest zwyczajem w Ekwadorze.

Campbell – Australijczyk, który spędził ostatnie 20 lat na Galápagos – jest jowialnym i towarzyskim gościem, który zwykł zaczynać każdą rozmowę od „Co słychać, przyjacielu?”. Ale jego radosny nastrój i dobroduszność okazywane tego dnia wynikały z charakteru prowadzonych przez niego badań. Campbell otrzymał doktorat na University of Queensland za pracę nad problemem zagrożeń ze strony inwazyjnych gatunków kręgowców, a w roku 2006 rozpoczął pracę jako specjalista od eliminowania różnych nieproszonych gatunków zwierząt dla Island Conservation – organizacji z siedzibą w Santa Cruz w Kalifornii zajmującej się zachowaniem bioróżnorodności wyspowej i powstrzymywaniem wymierania poprzez walkę z gatunkami inwazyjnymi na wyspach oceanu światowego. Gdy Campbell rozpoczynał tam pracę, Island Conservation była w trakcie usuwania wszystkich zdziczałych kóz i osłów z Floreany. Dziś, po 10 latach, jest tam kierownikiem projektu, a najambitniejsze z jego zadań znów dotyczy Floreany: chodzi o wytępienie wszystkich szczurów i myszy żyjących na tej wyspie.

Na świecie są setki tysięcy wysp. „Nie możemy zająć się nimi wszystkimi – powiada Campbell. – Na razie jesteśmy w stanie pracować rocznie na 10–20 wyspach, by usunąć z nich myszy. Musimy więc dokonywać silnej selekcji, by wybrać najbardziej zagrożone. Na liście najwyższych priorytetów znajdują się te, na których ryzyko wymierania lokalnych gatunków jest największe”. A na samym szczycie tej listy jest Floreana.

„Floreana ma jeden z najwyższych współczynników endemizmu na Galápagos, najwyższy stopień wymierania za sprawą gatunków inwazyjnych i najwyższy poziom krytycznie zagrożonych gatunków, co sprawia, że jest bardzo wysoko na liście priorytetów, nie tylko na Galápagos, ale w ogóle na całym świecie” – powiada Campbell, nieustannie próbując dotrzeć do potencjalnych sponsorów, dziennikarzy, a pewnie i każdego z mieszkańców Floreany.

Na Floreanie obecne metody tępienia obcych gatunków osiągnęły granice możliwości. Wyspa ma spore rozmiary (17 253 ha) i jest zamieszkana przez ludzi, co bardzo komplikuje działania. Oznacza to bowiem konieczność wyjaśnienia celów i konsekwencji całego projektu – w tym, co nie bez znaczenia, rozsypania 400 t trutki na gryzonie na całym obszarze wyspy. Dlatego też, począwszy od roku 2012, Campbell wraz ze współpracownikami – wśród nich Caroliną Torres i Glorią Salvador – odwiedzają Floreanę niemal co miesiąc, znosząc cierpliwie trudy dwugodzinnej podróży statkiem z głównej wyspy Santa Cruz, wyjaśniając mieszkańcom zasady projektu i kreśląc scenariusze rozlicznych zagrożeń oraz koniecznych do podjęcia kroków dla zapewnienia bezpieczeństwa dzieci, dorosłych, zwierząt hodowlanych, wody i ginących gatunków.

Tak szeroko zakrojony program wymaga zastosowania logistyki na niemal wojenną skalę i dlatego Campbell desperacko poszukuje alternatywnych rozwiązań pozwalających uniknąć najgorszych skutków obecnych technik eradykacyjnych. Szczególnie obiecująca jego zdaniem jest nowa kontrowersyjna metoda manipulacji genetycznych oparta na zjawisku gene drive, co można tłumaczyć jako napęd lub wzmacnianie genowe. Pamiętając o frustracjach, jakich doznaje niemal każdego dnia podczas realizacji projektu na Floreanie, Campbell widzi tę nową technikę na podobieństwo czarodziejskiej różdżki Harry’ego Pottera.

Podstawowa strategia tej nowej metody polega na takim manipulowaniu DNA myszy – z wykorzystaniem nowej techniki edytowania genów CRISPR albo innych narzędzi o podobnym działaniu – by zmienić prawdopodobieństwo dziedziczenia określonej płci: przykładem populacja myszy, w której przychodzi na świat wyłącznie męskie potomstwo, co w rezultacie prowadziłoby do powstania mysiego odpowiednika seksmisji à rebours. Eliminacja samic byłaby wyrokiem dla przyszłości tego inwazyjnego gatunku. W praktyce taka technika napędu genowego byłaby trudna do zastosowania przy obecnym zaawansowaniu technicznym, ale Island Conservation prowadzi od pewnego czasu badania we współpracy z biologami molekularnymi z USA i Australii nad stworzeniem takich właśnie genetycznie zmodyfikowanych myszy, a Campbell podczas licznych wystąpień publicznych na konferencjach naukowych nie ukrywa swego entuzjazmu dla tych nowych rozwiązań.

Tak czy inaczej amerykańskie Narodowe Akademie Nauk, Inżynierii i Medycyny w opracowaniu z roku 2016 poświęconemu potencjalnym korzyściom i zagrożeniom technik z wykorzystaniem napędu genowego uwzględniły przykład czysto samczych myszy jako potencjalnie możliwy scenariusz zastosowania tej metody. Jak zanotowano w tym raporcie: „Miejsce człowieka w ekosystemach i jego związków z ożywionym światem – jak również jego wpływu na ekosystemy i możliwości ich manipulacji – ma istotne znaczenie w rozwijającej się dyskusji nad rolą napędu genowego”. Na Floreanie dyskusja ta trwa już od dłuższego czasu, a mieszkańcy wyspy rozważają korzyści i zagrożenia wynikające z zakrojonego na dużą skalę programu manipulacji (choć jeszcze nie genetycznych) dokonywanych na ich bezcennym ekosystemie.

Campbell wie, oczywiście, że Galápagos nie będzie pierwszym ani najlepszym miejscem do testowania skuteczności metody genetycznej. Natomiast może to być idealne miejsce, by zbadać wszystkie za i przeciw tej metody w kontekście walki o zachowanie ginących gatunków. Jeśli, jako globalna społeczność, uważamy przetrwanie i ochronę bioróżnorodności na Galápagos za priorytet (a docenione to zostało oficjalnie, gdy archipelag został uznany przez UNESCO jako Obszar Światowego Dziedzictwa), musimy również poradzić sobie z problemem eradykacji gatunków inwazyjnych, co w praktyce oznacza eliminację części lokalnych gatunków na korzyść innych, w tym także człowieka. Jak to ujął Campbell: „Nikt nie przybywa na Galápagos, żeby podziwiać szczury, kozy i koty”. 

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2018 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
08/2018
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Sierpień
19
1839 r. - dzień oficjalnie przyjmowany za datę narodzin fotografii.
Warto przeczytać
Od czasów bomby atomowej nie było technologii, która zaalarmowałaby wynalazców do tego stopnia, że zdecydowali się ostrzec świat przed jej wykorzystaniem. Nie było aż do wiosny 2015 roku, kiedy biolożka Jennifer Doudna wezwała do ogłoszenia światowego moratorium na stosowanie CRISPR, nowego narzędzia do edycji genów - rewolucyjnej technologii, którą sama pomagała stworzyć, umożliwiającej wprowadzanie dziedzicznych zmian w ludzkich zarodkach.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Stephen S. Hall | dodano: 2017-12-18
Na ratunek Galápagos

25 września 1835 roku, podczas rejsu hms beagle do archipelagu galápagos Charles Darwin po raz pierwszy postawił stopę na wyspie Karola, jak ją wtedy nazywano. Spotkał tam liczącą 200–300 osób kolonię, złożoną niemal z samych wygnańców politycznych zesłanych na wyspę przez „republikę Ekwadoru” po nieudanym puczu. Wybrzeża, zarośnięte „bezlistnymi krzakami” 1 zrobiły na Darwinie niezbyt dobre wrażenie, ale gdy po uciążliwym marszu w głąb wyspy dotarł do położonej 6 km dalej (i wyżej) zabiedzonej osady, napotkał „zieloną i bujną roślinność” z plantacjami bananów i słodkich patatów oraz grupę mieszkańców, którzy – „choć skarżą się na biedę, bez trudu zdobywają środki utrzymania”. Zawdzięczali to żółwiom słoniowym, których dziesiątki tysięcy przemierzały wzgórza tej i innych wysp archipelagu. „W lasach – pisał Darwin jakby po namyśle – dużo jest dzikich świń i kóz”.

Rankiem 25 sierpnia 2017 roku Karl Campbell zeskoczył z pokładu dwusilnikowej motorówki na nadbrzeżu tej samej nędznej wysepki. Zwana dziś Floreaną, jest zamieszkiwana przez 144 osoby – dwukrotnie mniej niż w czasach Darwina – i można było odnieść wrażenie, że Campbell zna je wszystkie. Z czapką baseballową na głowie, w niebieskich dżinsach i szarej podkoszulce z napisem „Island Conservation” siadł za kierownicą lokalnego autobusu (przerobionego z ciężarówki, z ławeczkami z tyłu). Po drodze do Claudio Cruz rozdawał mijanym mieszkańcom na lewo i prawo uśmiechy i pozdrowienia. Pomachał przyjaźnie do Joselity i Joselita, prowadzącym w porcie rządowy punkt kontroli biosanitarnej. Do naczelnika poczty krzyknął Hola, skinął głową na przywitanie farmerów Holgera i Myra i zatrzymał się, by dogonić Carmen, nadzorującą publiczną łaźnię w zabudowaniach portowych. Jego podróż w górę jedynej na Floreanie utwardzonej drogi obfitowała w pozdrowienia, pogawędki, żarciki i wycałowane policzki, co jest zwyczajem w Ekwadorze.

Campbell – Australijczyk, który spędził ostatnie 20 lat na Galápagos – jest jowialnym i towarzyskim gościem, który zwykł zaczynać każdą rozmowę od „Co słychać, przyjacielu?”. Ale jego radosny nastrój i dobroduszność okazywane tego dnia wynikały z charakteru prowadzonych przez niego badań. Campbell otrzymał doktorat na University of Queensland za pracę nad problemem zagrożeń ze strony inwazyjnych gatunków kręgowców, a w roku 2006 rozpoczął pracę jako specjalista od eliminowania różnych nieproszonych gatunków zwierząt dla Island Conservation – organizacji z siedzibą w Santa Cruz w Kalifornii zajmującej się zachowaniem bioróżnorodności wyspowej i powstrzymywaniem wymierania poprzez walkę z gatunkami inwazyjnymi na wyspach oceanu światowego. Gdy Campbell rozpoczynał tam pracę, Island Conservation była w trakcie usuwania wszystkich zdziczałych kóz i osłów z Floreany. Dziś, po 10 latach, jest tam kierownikiem projektu, a najambitniejsze z jego zadań znów dotyczy Floreany: chodzi o wytępienie wszystkich szczurów i myszy żyjących na tej wyspie.

Na świecie są setki tysięcy wysp. „Nie możemy zająć się nimi wszystkimi – powiada Campbell. – Na razie jesteśmy w stanie pracować rocznie na 10–20 wyspach, by usunąć z nich myszy. Musimy więc dokonywać silnej selekcji, by wybrać najbardziej zagrożone. Na liście najwyższych priorytetów znajdują się te, na których ryzyko wymierania lokalnych gatunków jest największe”. A na samym szczycie tej listy jest Floreana.

„Floreana ma jeden z najwyższych współczynników endemizmu na Galápagos, najwyższy stopień wymierania za sprawą gatunków inwazyjnych i najwyższy poziom krytycznie zagrożonych gatunków, co sprawia, że jest bardzo wysoko na liście priorytetów, nie tylko na Galápagos, ale w ogóle na całym świecie” – powiada Campbell, nieustannie próbując dotrzeć do potencjalnych sponsorów, dziennikarzy, a pewnie i każdego z mieszkańców Floreany.

Na Floreanie obecne metody tępienia obcych gatunków osiągnęły granice możliwości. Wyspa ma spore rozmiary (17 253 ha) i jest zamieszkana przez ludzi, co bardzo komplikuje działania. Oznacza to bowiem konieczność wyjaśnienia celów i konsekwencji całego projektu – w tym, co nie bez znaczenia, rozsypania 400 t trutki na gryzonie na całym obszarze wyspy. Dlatego też, począwszy od roku 2012, Campbell wraz ze współpracownikami – wśród nich Caroliną Torres i Glorią Salvador – odwiedzają Floreanę niemal co miesiąc, znosząc cierpliwie trudy dwugodzinnej podróży statkiem z głównej wyspy Santa Cruz, wyjaśniając mieszkańcom zasady projektu i kreśląc scenariusze rozlicznych zagrożeń oraz koniecznych do podjęcia kroków dla zapewnienia bezpieczeństwa dzieci, dorosłych, zwierząt hodowlanych, wody i ginących gatunków.

Tak szeroko zakrojony program wymaga zastosowania logistyki na niemal wojenną skalę i dlatego Campbell desperacko poszukuje alternatywnych rozwiązań pozwalających uniknąć najgorszych skutków obecnych technik eradykacyjnych. Szczególnie obiecująca jego zdaniem jest nowa kontrowersyjna metoda manipulacji genetycznych oparta na zjawisku gene drive, co można tłumaczyć jako napęd lub wzmacnianie genowe. Pamiętając o frustracjach, jakich doznaje niemal każdego dnia podczas realizacji projektu na Floreanie, Campbell widzi tę nową technikę na podobieństwo czarodziejskiej różdżki Harry’ego Pottera.

Podstawowa strategia tej nowej metody polega na takim manipulowaniu DNA myszy – z wykorzystaniem nowej techniki edytowania genów CRISPR albo innych narzędzi o podobnym działaniu – by zmienić prawdopodobieństwo dziedziczenia określonej płci: przykładem populacja myszy, w której przychodzi na świat wyłącznie męskie potomstwo, co w rezultacie prowadziłoby do powstania mysiego odpowiednika seksmisji à rebours. Eliminacja samic byłaby wyrokiem dla przyszłości tego inwazyjnego gatunku. W praktyce taka technika napędu genowego byłaby trudna do zastosowania przy obecnym zaawansowaniu technicznym, ale Island Conservation prowadzi od pewnego czasu badania we współpracy z biologami molekularnymi z USA i Australii nad stworzeniem takich właśnie genetycznie zmodyfikowanych myszy, a Campbell podczas licznych wystąpień publicznych na konferencjach naukowych nie ukrywa swego entuzjazmu dla tych nowych rozwiązań.

Tak czy inaczej amerykańskie Narodowe Akademie Nauk, Inżynierii i Medycyny w opracowaniu z roku 2016 poświęconemu potencjalnym korzyściom i zagrożeniom technik z wykorzystaniem napędu genowego uwzględniły przykład czysto samczych myszy jako potencjalnie możliwy scenariusz zastosowania tej metody. Jak zanotowano w tym raporcie: „Miejsce człowieka w ekosystemach i jego związków z ożywionym światem – jak również jego wpływu na ekosystemy i możliwości ich manipulacji – ma istotne znaczenie w rozwijającej się dyskusji nad rolą napędu genowego”. Na Floreanie dyskusja ta trwa już od dłuższego czasu, a mieszkańcy wyspy rozważają korzyści i zagrożenia wynikające z zakrojonego na dużą skalę programu manipulacji (choć jeszcze nie genetycznych) dokonywanych na ich bezcennym ekosystemie.

Campbell wie, oczywiście, że Galápagos nie będzie pierwszym ani najlepszym miejscem do testowania skuteczności metody genetycznej. Natomiast może to być idealne miejsce, by zbadać wszystkie za i przeciw tej metody w kontekście walki o zachowanie ginących gatunków. Jeśli, jako globalna społeczność, uważamy przetrwanie i ochronę bioróżnorodności na Galápagos za priorytet (a docenione to zostało oficjalnie, gdy archipelag został uznany przez UNESCO jako Obszar Światowego Dziedzictwa), musimy również poradzić sobie z problemem eradykacji gatunków inwazyjnych, co w praktyce oznacza eliminację części lokalnych gatunków na korzyść innych, w tym także człowieka. Jak to ujął Campbell: „Nikt nie przybywa na Galápagos, żeby podziwiać szczury, kozy i koty”.