człowiek
Autor: Heather Pringle | dodano: 2013-03-19
Jak rodziła się nasza kreatywność

Nowe odkrycia wytworów dawnych homininów skłaniają naukowców do zadumy nad początkami ludzkiej inteligencji.

Ten niepodpisany i niedatowany obiekt nr 779 wisi za pancerną szybą w rzęsiście oświetlonej Salle des États w paryskim Luwrze. Każdego poranka, w kilka minut po wybiciu godziny dziewiątej (poza wtorkami, gdy muzeum jest nieczynne) tłumy paryżan i turystów, miłośników sztuki i zwykłych gapiów wlewają się do wnętrza sali. Ich ściszone z początku głosy zaczynają przechodzić w gęstniejący szum podobny do brzęczenia pszczelego ula, a ponad zwartą linią głów co i rusz przebija się twarz jakiegoś szczególnie zapalczywego widza lub wyciągnięte w górę ręce z nieodłącznymi komórkami do robienia zdjęć. Większość widzów jednak po prostu napiera do przodu, a gdy docisną się wreszcie do celu, na ich twarzach odmalowuje się na krótko wyraz zachwytu: oto stoją naprzeciw jednego z największych wykwitów ludzkiego geniuszu – Mony Lisy Leonarda da Vinci.

Ukończony w początkach XVI wieku portret młodej damy emanuje tajemniczą, nieziemską urodą, niepodobną do niczego, co można znaleźć na obrazach wcześniejszych mistrzów. Aby wykonać swe dzieło, Leonardo, który kiedyś napisał słynne słowa, że chciałby „namalować cud”, wynalazł nową technikę artystyczną, nazwaną przez niego sfumato, czyli zadymioną. Przez wiele lat pokrywał swe obrazy przeświecającą glazurą – niekiedy grubości czerwonych krwinek – używając zapewne do tego opuszek swych wrażliwych palców. Nakładając w ten sposób kolejne warstwy – w późniejszych pracach można doliczyć się nawet trzydziestu – Leonardo subtelnie zmiękczał kontury i odcienie barw, aż osiągał zamierzony efekt: cały obraz zdawał się pokryty delikatnym całunem dymu.

Mona Lisa jest z pewnością wytworem geniuszu, arcydziełem dorównującym muzyce Mozarta, klejnotom Fabergé, choreografii Marthy Graham i innym przejawom natchnionego kunsztu. Ale te wszystkie dokonania uznanych mistrzów są tylko przejawami zdolności, którą zawsze uważaliśmy za naszą głęboko zakorzenioną w biologii cechę: skłonności do tworzenia czegoś nowego i pożądanego, stałego dążenia do tworzenia coraz to doskonalszych tworów, takich jak całkowicie bezemisyjne samochody made in Japan czy wyrafinowane konstrukcje kosmiczne NASA. Ludzie współcześni, jak powiada Christopher Henshilwood, archeolog z University of the Witwatersrand w Johannesburgu, „są urodzonymi wynalazcami i eksperymentatorami, a ich kreatywność nie zna granic”.

Badacze wciąż próbują ustalić, jak doszło do powstania tej naszej niepohamowanej i nieograniczonej kreatywności, która z pewnością nie cechowała nas od samego początku. Choć nasza linia rodowa narodziła się przed około 6 mln lat w Afryce, to przez prawie 3,5 mln lat nie pozostawiła po sobie zbyt wielu śladów innowacyjności; zapewne zdobywaliśmy pożywienie w najprostszy sposób, a drewniane kije do kopania w ziemi i włócznie mogły być naszymi jedynymi narzędziami, po których nic nie pozostało w materiale kopalnym. Ale potem, w którymś momencie dziejów, nasi homininowi przodkowie zaczęli obłupywać rzeczne otoczaki, otrzymując z nich ostrokrawędziste narzędzia. Był to bez wątpienia akt niezwykłej kreatywności, ale po nim nastąpił długotrwały marazm – nic nie wskazuje na to, by po tym pierwszym przyszły jakiekolwiek następne kroki. Nasi wcześni przodkowie przez kolejne 1,6 mln lat wciąż wykonywali takie same grubo ciosane narzędzia otoczakowe, a ich model pozostawał przez cały czas praktycznie bez zmian. „Te narzędzia porażają swoją stereotypowością – mówi Sally McBrearty, archeolog z University of Connecticut. – Nic się nie zmienia”.

Kiedy więc nasz umysł zaczął na poważnie zajmować się wynalazczością w dziedzinie techniki i sztuki? Do niedawna większość badaczy wskazywała na początek górnego paleolitu, a więc okres sprzed 40 tys. lat, kiedy to nasz gatunek wkroczył w Europie (z impetem, jak się zdawało) na drogę kreatywności: zaczął produkować paciorki i naszyjniki z muszli, pokrywać ściany jaskiń eleganckimi malowidłami turów i innych ssaków epoki lodowcowej i wytwarzać nowe rodzaje narzędzi kamiennych i kościanych. Przekonania te doprowadziły do narodzin hipotezy głoszącej, że za tym nagłym rozkwitem kreatywności stała przypadkowa mutacja genetyczna, której efektem był swego rodzaju poznawczy big bang, lub – wedle innej nomenklatury – Wielki Skok Naprzód.

Ale nowsze odkrycia nie bardzo dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy tej hipotezy (makro)mutacji. W ciągu ostatnich 10 lat archeolodzy znaleźli znacznie starsze świadectwa wytworów sztuki i zaawansowanej technologii, co sugerowało wcześniejsze „przezwojenie” naszego aparatu poznawczego, być może nawet poprzedzające narodziny Homo sapiens, przed 200 tys. lat. Tyle że po tym pierwszym okresie kognitywnego przyspieszenia znów zapanował trwający przez długie tysiąclecia czas intelektualnego zastoju, przerwany dopiero ponownym „przebudzeniem” naszego gatunku w Afryce i Europie. Świadectwa kopalne zdają się potwierdzać, że nasza kreatywność nie narodziła się późno w ewolucyjnej historii homininów, nagle i w gotowej postaci, jak Wenus z morskiej piany, ale raczej dojrzewała powoli przez setki tysięcy lat, pod wpływem złożonego koktajlu czynników biologicznych i społecznych.

Kiedy więc zaczęło się to nasze niekonwencjonalne myślenie i jakie czynniki wznieciły w nas ów płomień kreatywności? By próbować rozświetlić mrok otaczający tę tajemnicę, musimy podjąć iście detektywistyczne poszukiwania, starannie rozplątać skłębione wątki i przyjąć do wiadomości fakt, że biologiczne korzenie naszej kreatywności tkwią znacznie głębiej, niż to się do niedawna wydawało.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 04/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
22
W 1904 r. urodził się Louis Néel, francuski fizyk, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Heather Pringle | dodano: 2013-03-19
Jak rodziła się nasza kreatywność

Nowe odkrycia wytworów dawnych homininów skłaniają naukowców do zadumy nad początkami ludzkiej inteligencji.

Ten niepodpisany i niedatowany obiekt nr 779 wisi za pancerną szybą w rzęsiście oświetlonej Salle des États w paryskim Luwrze. Każdego poranka, w kilka minut po wybiciu godziny dziewiątej (poza wtorkami, gdy muzeum jest nieczynne) tłumy paryżan i turystów, miłośników sztuki i zwykłych gapiów wlewają się do wnętrza sali. Ich ściszone z początku głosy zaczynają przechodzić w gęstniejący szum podobny do brzęczenia pszczelego ula, a ponad zwartą linią głów co i rusz przebija się twarz jakiegoś szczególnie zapalczywego widza lub wyciągnięte w górę ręce z nieodłącznymi komórkami do robienia zdjęć. Większość widzów jednak po prostu napiera do przodu, a gdy docisną się wreszcie do celu, na ich twarzach odmalowuje się na krótko wyraz zachwytu: oto stoją naprzeciw jednego z największych wykwitów ludzkiego geniuszu – Mony Lisy Leonarda da Vinci.

Ukończony w początkach XVI wieku portret młodej damy emanuje tajemniczą, nieziemską urodą, niepodobną do niczego, co można znaleźć na obrazach wcześniejszych mistrzów. Aby wykonać swe dzieło, Leonardo, który kiedyś napisał słynne słowa, że chciałby „namalować cud”, wynalazł nową technikę artystyczną, nazwaną przez niego sfumato, czyli zadymioną. Przez wiele lat pokrywał swe obrazy przeświecającą glazurą – niekiedy grubości czerwonych krwinek – używając zapewne do tego opuszek swych wrażliwych palców. Nakładając w ten sposób kolejne warstwy – w późniejszych pracach można doliczyć się nawet trzydziestu – Leonardo subtelnie zmiękczał kontury i odcienie barw, aż osiągał zamierzony efekt: cały obraz zdawał się pokryty delikatnym całunem dymu.

Mona Lisa jest z pewnością wytworem geniuszu, arcydziełem dorównującym muzyce Mozarta, klejnotom Fabergé, choreografii Marthy Graham i innym przejawom natchnionego kunsztu. Ale te wszystkie dokonania uznanych mistrzów są tylko przejawami zdolności, którą zawsze uważaliśmy za naszą głęboko zakorzenioną w biologii cechę: skłonności do tworzenia czegoś nowego i pożądanego, stałego dążenia do tworzenia coraz to doskonalszych tworów, takich jak całkowicie bezemisyjne samochody made in Japan czy wyrafinowane konstrukcje kosmiczne NASA. Ludzie współcześni, jak powiada Christopher Henshilwood, archeolog z University of the Witwatersrand w Johannesburgu, „są urodzonymi wynalazcami i eksperymentatorami, a ich kreatywność nie zna granic”.

Badacze wciąż próbują ustalić, jak doszło do powstania tej naszej niepohamowanej i nieograniczonej kreatywności, która z pewnością nie cechowała nas od samego początku. Choć nasza linia rodowa narodziła się przed około 6 mln lat w Afryce, to przez prawie 3,5 mln lat nie pozostawiła po sobie zbyt wielu śladów innowacyjności; zapewne zdobywaliśmy pożywienie w najprostszy sposób, a drewniane kije do kopania w ziemi i włócznie mogły być naszymi jedynymi narzędziami, po których nic nie pozostało w materiale kopalnym. Ale potem, w którymś momencie dziejów, nasi homininowi przodkowie zaczęli obłupywać rzeczne otoczaki, otrzymując z nich ostrokrawędziste narzędzia. Był to bez wątpienia akt niezwykłej kreatywności, ale po nim nastąpił długotrwały marazm – nic nie wskazuje na to, by po tym pierwszym przyszły jakiekolwiek następne kroki. Nasi wcześni przodkowie przez kolejne 1,6 mln lat wciąż wykonywali takie same grubo ciosane narzędzia otoczakowe, a ich model pozostawał przez cały czas praktycznie bez zmian. „Te narzędzia porażają swoją stereotypowością – mówi Sally McBrearty, archeolog z University of Connecticut. – Nic się nie zmienia”.

Kiedy więc nasz umysł zaczął na poważnie zajmować się wynalazczością w dziedzinie techniki i sztuki? Do niedawna większość badaczy wskazywała na początek górnego paleolitu, a więc okres sprzed 40 tys. lat, kiedy to nasz gatunek wkroczył w Europie (z impetem, jak się zdawało) na drogę kreatywności: zaczął produkować paciorki i naszyjniki z muszli, pokrywać ściany jaskiń eleganckimi malowidłami turów i innych ssaków epoki lodowcowej i wytwarzać nowe rodzaje narzędzi kamiennych i kościanych. Przekonania te doprowadziły do narodzin hipotezy głoszącej, że za tym nagłym rozkwitem kreatywności stała przypadkowa mutacja genetyczna, której efektem był swego rodzaju poznawczy big bang, lub – wedle innej nomenklatury – Wielki Skok Naprzód.

Ale nowsze odkrycia nie bardzo dają się wtłoczyć w zbyt ciasne ramy tej hipotezy (makro)mutacji. W ciągu ostatnich 10 lat archeolodzy znaleźli znacznie starsze świadectwa wytworów sztuki i zaawansowanej technologii, co sugerowało wcześniejsze „przezwojenie” naszego aparatu poznawczego, być może nawet poprzedzające narodziny Homo sapiens, przed 200 tys. lat. Tyle że po tym pierwszym okresie kognitywnego przyspieszenia znów zapanował trwający przez długie tysiąclecia czas intelektualnego zastoju, przerwany dopiero ponownym „przebudzeniem” naszego gatunku w Afryce i Europie. Świadectwa kopalne zdają się potwierdzać, że nasza kreatywność nie narodziła się późno w ewolucyjnej historii homininów, nagle i w gotowej postaci, jak Wenus z morskiej piany, ale raczej dojrzewała powoli przez setki tysięcy lat, pod wpływem złożonego koktajlu czynników biologicznych i społecznych.

Kiedy więc zaczęło się to nasze niekonwencjonalne myślenie i jakie czynniki wznieciły w nas ów płomień kreatywności? By próbować rozświetlić mrok otaczający tę tajemnicę, musimy podjąć iście detektywistyczne poszukiwania, starannie rozplątać skłębione wątki i przyjąć do wiadomości fakt, że biologiczne korzenie naszej kreatywności tkwią znacznie głębiej, niż to się do niedawna wydawało.