technika
Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Masa krytyczna

(Fot. Markus Angermeier/Wikipedia)

Mądrość zbiorowa może być rewelacyjna. Ale da się nią manipulować.

Na początku było tak, że to właściciele stron internetowych umieszczali na nich teksty i obrazki. Obecnie owe czasy pierwotne określamy mianem Web 1.0.

W nowoczesnym świecie Web 2.0 zawartość stron tworzona jest często przez samych odbiorców. Tak funkcjonuje wiele z najpopularniejszych serwisów sieciowych – Facebook, eBay, Craigslist, YouTube czy Flickr. W każdym z nich rola właściciela portalu sprowadza się do zapewnienia forum, na którym użytkownicy mogą się porozumiewać.

Jeden z najbardziej fascynujących dopływów potężnej rzeki, jaką jest Web 2.0, stanowią serwisy opinii konsumenckich. Jak grzyby po deszczu pojawiają się strony wykorzystujące kolektywną mądrość tysięcy zadowolonych bądź zawiedzionych klientów. Nigdy już więc nie powinieneś źle wybrać miejsca na wakacje (TripAdvisor), restauracji (Yelp), filmu (IMDB), samochodu (Edmunds), firmy usługowej (Angie’s List), aplikacji (iTunes), książki (Amazon), lekarza (RateMDs) czy piwa (RateBeer).

Jeżeli jednak jesteś właścicielem hotelu, restauracji, salonu samochodowego itp., rozwój serwisów opinii konsumenckich niewątpliwie sprowadził cię na ziemię. Skończyły się czasy, kiedy z definicji byłeś na uprzywilejowanej pozycji, wykrzykując przez megafon swoje marketingowe hasła. Nagle i niespodziewanie klienci zaczęli się komunikować pomiędzy sobą i gdy oferowany produkt czy usługa są niewiele warte, wypadasz z rynku. Natomiast potencjalnym klientom serwisy opinii konsumenckich wydają się darem niebios. Jeśli wybierzesz się do restauracji, gdzie kelnerzy poruszają się niczym muchy w smole, możesz mieć pretensje wyłącznie do siebie – trzeba było wcześniej sprawdzić lokal w Internecie.

To rodzi pytanie, czy pojedynczy głos krytyczny jeszcze w ogóle coś znaczy. Mam na myśli to, że gdy przeczytasz w gazecie negatywną recenzję filmu, nie musi to świadczyć, że jest on zły – być może jej autor wpadł w psychiczny dołek, bo właśnie zerwał z dziewczyną, nie lubi reżysera już od czasów szkoły filmowej lub po prostu ma odmienny gust. Trudno natomiast sobie wyobrazić, by kolektywna opinia 11 tys. ludzi była zupełnie nietrafna. Ekstremalne zdania, czy to na plus, czy na minus, znoszą się wzajemnie, a średnia z pozostałych daje dość miarodajną ocenę rzeczywistej wartości dzieła.

Ale jeśli opinie zostaną zmanipulowane, co zdarza się z zatrważającą regularnością? Co jakiś czas podaje się w wątpliwość wiarygodność takich serwisów, jak Yelp, TripAdvisor, Amazon. W grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Zdarzają się też sprzedawcy, którzy podszywają się pod klientów i wypisują na forach laurki swoim produktom czy firmom bądź szkalują konkurencję.

Sytuację komplikuje też generalne nastawienie oceniających. Zwróciliście może uwagę, ile aplikacji w iTunes Store otrzymuje jednocześnie bądź to po jednej, bądź to po pięć gwiazdek? Jak to możliwe, by jedne i te same aplikacje zasługiwały na tak skrajne oceny?
To nie jest kwestia samych aplikacji – po prostu internetowi recenzenci nie stanowią reprezentatywnej grupy. Trud wyrażenia opinii o czymś zadają sobie na ogół jedynie ci, u których dana rzecz budzi skrajne emocje, pozytywne lub negatywne.
Jak zatem wykorzystywać potencjał internetowych opinii, minimalizując zarazem nadużycia? Na początek można zachęcać głosujących do podpisywania się własnym imieniem i nazwiskiem, jak to robi Amazon. Yelp i TripAdvisor twierdzą, że mają specjalnych pracowników i oprogramowanie do usuwania opinii podejrzanego autoramentu. Owszem, jest to swego rodzaju „wyścig zbrojeń”, lecz serwisy opinii konsumenckich zdają sobie doskonale sprawę, że to wiarygodność jest warunkiem sine qua non ich dalszego funkcjonowania.

Dobrze jest również wyczulić się na próby manipulacji. Niekiedy widać, że opinia jest wyraźnie zbyt entuzjastyczna. I często można kliknąć na imię lub przydomek autora, by sprawdzić, czy napisał coś jeszcze. Jeśli nie, powinno się nam zapalić w głowie czerwone światełko.

Ale przede wszystkim ważna jest liczba. Jeśli mamy tylko kilka opinii, które robią wrażenie nazbyt pozytywnych lub negatywnych, podejrzliwość jest jak najbardziej na miejscu. Dziesiątki czy setki ocen minimalizują skutki wyrachowanych działań.

I trzeba ponadto pamiętać, że stary system oparty na zdaniu profesjonalnych krytyków też budził wątpliwości. Nigdy nie było wiadomo, czy w grę nie wchodzą jakieś ukryte intencje. W świecie Web 2.0 głosy pojedynczych krętaczy giną w chórze. Pozostaje masa opinii, w przypadku których można w ciemno zakładać, że jest w nich więcej prawdy niż fałszu.

David Pogue pisze felietony na temat najnowszych technologii dla New York Timesa i otrzymał nagrodę Emmy za reportaże dla CBS News.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 07/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Masa krytyczna

(Fot. Markus Angermeier/Wikipedia)

Mądrość zbiorowa może być rewelacyjna. Ale da się nią manipulować.

Na początku było tak, że to właściciele stron internetowych umieszczali na nich teksty i obrazki. Obecnie owe czasy pierwotne określamy mianem Web 1.0.

W nowoczesnym świecie Web 2.0 zawartość stron tworzona jest często przez samych odbiorców. Tak funkcjonuje wiele z najpopularniejszych serwisów sieciowych – Facebook, eBay, Craigslist, YouTube czy Flickr. W każdym z nich rola właściciela portalu sprowadza się do zapewnienia forum, na którym użytkownicy mogą się porozumiewać.

Jeden z najbardziej fascynujących dopływów potężnej rzeki, jaką jest Web 2.0, stanowią serwisy opinii konsumenckich. Jak grzyby po deszczu pojawiają się strony wykorzystujące kolektywną mądrość tysięcy zadowolonych bądź zawiedzionych klientów. Nigdy już więc nie powinieneś źle wybrać miejsca na wakacje (TripAdvisor), restauracji (Yelp), filmu (IMDB), samochodu (Edmunds), firmy usługowej (Angie’s List), aplikacji (iTunes), książki (Amazon), lekarza (RateMDs) czy piwa (RateBeer).

Jeżeli jednak jesteś właścicielem hotelu, restauracji, salonu samochodowego itp., rozwój serwisów opinii konsumenckich niewątpliwie sprowadził cię na ziemię. Skończyły się czasy, kiedy z definicji byłeś na uprzywilejowanej pozycji, wykrzykując przez megafon swoje marketingowe hasła. Nagle i niespodziewanie klienci zaczęli się komunikować pomiędzy sobą i gdy oferowany produkt czy usługa są niewiele warte, wypadasz z rynku. Natomiast potencjalnym klientom serwisy opinii konsumenckich wydają się darem niebios. Jeśli wybierzesz się do restauracji, gdzie kelnerzy poruszają się niczym muchy w smole, możesz mieć pretensje wyłącznie do siebie – trzeba było wcześniej sprawdzić lokal w Internecie.

To rodzi pytanie, czy pojedynczy głos krytyczny jeszcze w ogóle coś znaczy. Mam na myśli to, że gdy przeczytasz w gazecie negatywną recenzję filmu, nie musi to świadczyć, że jest on zły – być może jej autor wpadł w psychiczny dołek, bo właśnie zerwał z dziewczyną, nie lubi reżysera już od czasów szkoły filmowej lub po prostu ma odmienny gust. Trudno natomiast sobie wyobrazić, by kolektywna opinia 11 tys. ludzi była zupełnie nietrafna. Ekstremalne zdania, czy to na plus, czy na minus, znoszą się wzajemnie, a średnia z pozostałych daje dość miarodajną ocenę rzeczywistej wartości dzieła.

Ale jeśli opinie zostaną zmanipulowane, co zdarza się z zatrważającą regularnością? Co jakiś czas podaje się w wątpliwość wiarygodność takich serwisów, jak Yelp, TripAdvisor, Amazon. W grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Zdarzają się też sprzedawcy, którzy podszywają się pod klientów i wypisują na forach laurki swoim produktom czy firmom bądź szkalują konkurencję.

Sytuację komplikuje też generalne nastawienie oceniających. Zwróciliście może uwagę, ile aplikacji w iTunes Store otrzymuje jednocześnie bądź to po jednej, bądź to po pięć gwiazdek? Jak to możliwe, by jedne i te same aplikacje zasługiwały na tak skrajne oceny?
To nie jest kwestia samych aplikacji – po prostu internetowi recenzenci nie stanowią reprezentatywnej grupy. Trud wyrażenia opinii o czymś zadają sobie na ogół jedynie ci, u których dana rzecz budzi skrajne emocje, pozytywne lub negatywne.
Jak zatem wykorzystywać potencjał internetowych opinii, minimalizując zarazem nadużycia? Na początek można zachęcać głosujących do podpisywania się własnym imieniem i nazwiskiem, jak to robi Amazon. Yelp i TripAdvisor twierdzą, że mają specjalnych pracowników i oprogramowanie do usuwania opinii podejrzanego autoramentu. Owszem, jest to swego rodzaju „wyścig zbrojeń”, lecz serwisy opinii konsumenckich zdają sobie doskonale sprawę, że to wiarygodność jest warunkiem sine qua non ich dalszego funkcjonowania.

Dobrze jest również wyczulić się na próby manipulacji. Niekiedy widać, że opinia jest wyraźnie zbyt entuzjastyczna. I często można kliknąć na imię lub przydomek autora, by sprawdzić, czy napisał coś jeszcze. Jeśli nie, powinno się nam zapalić w głowie czerwone światełko.

Ale przede wszystkim ważna jest liczba. Jeśli mamy tylko kilka opinii, które robią wrażenie nazbyt pozytywnych lub negatywnych, podejrzliwość jest jak najbardziej na miejscu. Dziesiątki czy setki ocen minimalizują skutki wyrachowanych działań.

I trzeba ponadto pamiętać, że stary system oparty na zdaniu profesjonalnych krytyków też budził wątpliwości. Nigdy nie było wiadomo, czy w grę nie wchodzą jakieś ukryte intencje. W świecie Web 2.0 głosy pojedynczych krętaczy giną w chórze. Pozostaje masa opinii, w przypadku których można w ciemno zakładać, że jest w nich więcej prawdy niż fałszu.

David Pogue pisze felietony na temat najnowszych technologii dla New York Timesa i otrzymał nagrodę Emmy za reportaże dla CBS News.