technika
dodano: 2012-10-17
Gadżetowe wojny

Co tak naprawdę kręci fanów techniki?

Zajmuję się oceną nowości z zakresu elektroniki użytkowej od ponad 10 lat i e-maile z inwektywami stały się dla mnie chlebem powszednim. Początkowo wydawało mi się, że rozumiem, skąd to się bierze. Niegdyś wszystko obracało się wokół rywalizacji Apple z Microsoftem. W sytuacji, gdy mniejsza firma rzuciła wyzwanie dominującemu na rynku gigantowi, nie dziwiło, że ludzie skłonni są opowiadać się zdecydowanie po jednej lub po drugiej stronie.

Obecnie jednak mamy do czynienia z fanatycznymi sympatykami i przeciwnikami gotowymi w każdej chwili napadać na każdy możliwy obiekt występujący na technicznym rynku – przez „obiekt” rozumiem tu oczywiście „firmę lub produkt”. Wystarczy wspomnieć którąkolwiek ze znanych marek, by z miejsca sprowokować gwałtowną reakcję.
Ponadto nie mówimy tutaj bynajmniej o cywilizowanej krytyce. W grę wchodzą zarówno wyzwiska, targanie za włosy, wybuchy niepohamowanej złości, jak i czerpanie z całego arsenału znanych współcześnie sposobów poniżania. To jest gadżetowa mowa nienawiści.

Gdy w ubiegłym roku Apple wypuściła na rynek iPada, zdecydowałem się na wariacki eksperyment – zamieściłem w New York Timesie obok siebie dwie recenzje pisane z diametralnie odmiennych punktów widzenia. Jedną dla fanów – same pozytywy – i drugą dla przeciwników – jednoznacznie negatywną. W ten sposób, pomyślałem sobie, zadowolę i tych, i tych.

A tymczasem, wprost nie do wiary, wszyscy jak jeden mąż byli oburzeni. Blogerzy nastawieni antyapplowsko zarzucali mi, że oto napisałem „list miłosny” do iPada, a ci sympatyzujący z Apple zapluwali się, jak śmiałem „schlastać” ten cud techniki. Żadna ze stron najwyraźniej drugiej recenzji w ogóle nie zauważyła!

Później dowiedziałem się, że jest to dobrze udokumentowane nastawienie poznawcze, zwane „efektem wrogich mediów”, polegające na tym, że ludzie zajmujący zdecydowane stanowisko w jakiejś sprawie uważają przekazy medialne jej dotyczące za niedopuszczalnie stronnicze, nawet jeżeli są one w pełni rzetelne. Ale to zjawisko zazwyczaj odnosi się do świata polityki, a nie elektroniki. Może to oznaczać tylko jedno – gadżety i ich marki stały się w gruncie rzeczy upolitycznione.

Cóż to się porobiło? Dlaczego ludzie wpadają w taką histerię, skoro chodzi tylko o wybór telefonu?

Po pierwsze, producenci elektroniki użytkowej usilnie starają się powiązać swoje produkty ze stylem bycia i wizerunkiem. W reklamach iPoda z barwnymi tańczącymi sylwetkami nie pada ani jeden detal techniczny – mowa jedynie o tym, jaki to szpan go mieć. Wymowa jest jednoznaczna: „Kto tego nie kupi, jest mało wart” – wychodzi zatem na to, że jeśli zdeprecjonujemy czyjś gadżet, to poniżamy jego właściciela. Drugim czynnikiem jest to, że gadżety są kosztowne, a szybko się starzeją. Zainwestowaliśmy mnóstwo kasy, by mieć coś nadzwyczajnego. Inni ludzie widzą, jak używamy tego cudu techniki, i komentują, czy dobrze wybraliśmy. Zatem bronimy naszego wyboru do upadłego. Gardzisz moim gadżetem? To znaczy, że pogardzasz mną.

Dawny fenomen postrzegania Apple jako słabszej firmy wciąż jest aktualny, z tym, że role się odwróciły. Ma ona teraz dominującą pozycję na rynku odtwarzaczy muzycznych, tabletów i smartfonów. Trzeba zapomnieć o jej reklamach z 1997 roku, które zachęcały, by „pomyśleć inaczej”. Kupując dzisiaj produkty Apple, nie idzie się pod prąd – idzie się ze stadem. Ci, którzy niegdyś popieraliby ją z racji tego, że była stroną słabszą, teraz są jej zagorzałymi przeciwnikami.

Ale dlaczego dotyczy to tylko gadżetów? Jakoś nie spotyka się podobnego chorobliwego zacietrzewienia pośród klientów konkurencyjnych sieci sklepów odzieżowych, towarzystw ubezpieczeniowych czy banków, a przecież to też są duże firmy. I dlaczego dzieje się to właśnie teraz? Chodzi mi o to, że nie słyszałem, by w latach pięćdziesiątych ludzie skakali sobie do oczu z racji zakupu różnej marki tosterów ani też o gangach wszczynających 30 lat temu rozróby o wyższość tego czy innego żelu do włosów.
Ale tu odpowiedź jest prosta – mamy Internet. Ta kategoria ludzi, u których samoocena opiera się na posiadanych gadżetach, to są te same osoby, które spędzają większość swojego czasu w Sieci, gdzie standardy tego, co uchodzi, różnią się znacznie na niekorzyść od obowiązujących w realnym świecie. Będąc w Sieci, jest się anonimowym, a zatem łatwiej folguje się impulsywnym zachowaniom aniżeli podczas bezpośredniej konfrontacji.

Czy jest jakakolwiek nadzieja na odprężenie w tych wojnach gadżetowych? Niestety, nie zanosi się na to, dopóki w Internecie można ukrywać swoją tożsamość, firmy będą wypluwać nowe modele gadżetów dwa razy do roku, a spece od marketingu nie przestaną nam wmawiać, że nasza wartość zależy od tego, jakiej marki produktu używamy.

W każdym razie takie jest moje zdanie.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 04/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
20
W 1985 r. Microsoft zaprezentował system operacyjny Windows 1.0.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2012-10-17
Gadżetowe wojny

Co tak naprawdę kręci fanów techniki?

Zajmuję się oceną nowości z zakresu elektroniki użytkowej od ponad 10 lat i e-maile z inwektywami stały się dla mnie chlebem powszednim. Początkowo wydawało mi się, że rozumiem, skąd to się bierze. Niegdyś wszystko obracało się wokół rywalizacji Apple z Microsoftem. W sytuacji, gdy mniejsza firma rzuciła wyzwanie dominującemu na rynku gigantowi, nie dziwiło, że ludzie skłonni są opowiadać się zdecydowanie po jednej lub po drugiej stronie.

Obecnie jednak mamy do czynienia z fanatycznymi sympatykami i przeciwnikami gotowymi w każdej chwili napadać na każdy możliwy obiekt występujący na technicznym rynku – przez „obiekt” rozumiem tu oczywiście „firmę lub produkt”. Wystarczy wspomnieć którąkolwiek ze znanych marek, by z miejsca sprowokować gwałtowną reakcję.
Ponadto nie mówimy tutaj bynajmniej o cywilizowanej krytyce. W grę wchodzą zarówno wyzwiska, targanie za włosy, wybuchy niepohamowanej złości, jak i czerpanie z całego arsenału znanych współcześnie sposobów poniżania. To jest gadżetowa mowa nienawiści.

Gdy w ubiegłym roku Apple wypuściła na rynek iPada, zdecydowałem się na wariacki eksperyment – zamieściłem w New York Timesie obok siebie dwie recenzje pisane z diametralnie odmiennych punktów widzenia. Jedną dla fanów – same pozytywy – i drugą dla przeciwników – jednoznacznie negatywną. W ten sposób, pomyślałem sobie, zadowolę i tych, i tych.

A tymczasem, wprost nie do wiary, wszyscy jak jeden mąż byli oburzeni. Blogerzy nastawieni antyapplowsko zarzucali mi, że oto napisałem „list miłosny” do iPada, a ci sympatyzujący z Apple zapluwali się, jak śmiałem „schlastać” ten cud techniki. Żadna ze stron najwyraźniej drugiej recenzji w ogóle nie zauważyła!

Później dowiedziałem się, że jest to dobrze udokumentowane nastawienie poznawcze, zwane „efektem wrogich mediów”, polegające na tym, że ludzie zajmujący zdecydowane stanowisko w jakiejś sprawie uważają przekazy medialne jej dotyczące za niedopuszczalnie stronnicze, nawet jeżeli są one w pełni rzetelne. Ale to zjawisko zazwyczaj odnosi się do świata polityki, a nie elektroniki. Może to oznaczać tylko jedno – gadżety i ich marki stały się w gruncie rzeczy upolitycznione.

Cóż to się porobiło? Dlaczego ludzie wpadają w taką histerię, skoro chodzi tylko o wybór telefonu?

Po pierwsze, producenci elektroniki użytkowej usilnie starają się powiązać swoje produkty ze stylem bycia i wizerunkiem. W reklamach iPoda z barwnymi tańczącymi sylwetkami nie pada ani jeden detal techniczny – mowa jedynie o tym, jaki to szpan go mieć. Wymowa jest jednoznaczna: „Kto tego nie kupi, jest mało wart” – wychodzi zatem na to, że jeśli zdeprecjonujemy czyjś gadżet, to poniżamy jego właściciela. Drugim czynnikiem jest to, że gadżety są kosztowne, a szybko się starzeją. Zainwestowaliśmy mnóstwo kasy, by mieć coś nadzwyczajnego. Inni ludzie widzą, jak używamy tego cudu techniki, i komentują, czy dobrze wybraliśmy. Zatem bronimy naszego wyboru do upadłego. Gardzisz moim gadżetem? To znaczy, że pogardzasz mną.

Dawny fenomen postrzegania Apple jako słabszej firmy wciąż jest aktualny, z tym, że role się odwróciły. Ma ona teraz dominującą pozycję na rynku odtwarzaczy muzycznych, tabletów i smartfonów. Trzeba zapomnieć o jej reklamach z 1997 roku, które zachęcały, by „pomyśleć inaczej”. Kupując dzisiaj produkty Apple, nie idzie się pod prąd – idzie się ze stadem. Ci, którzy niegdyś popieraliby ją z racji tego, że była stroną słabszą, teraz są jej zagorzałymi przeciwnikami.

Ale dlaczego dotyczy to tylko gadżetów? Jakoś nie spotyka się podobnego chorobliwego zacietrzewienia pośród klientów konkurencyjnych sieci sklepów odzieżowych, towarzystw ubezpieczeniowych czy banków, a przecież to też są duże firmy. I dlaczego dzieje się to właśnie teraz? Chodzi mi o to, że nie słyszałem, by w latach pięćdziesiątych ludzie skakali sobie do oczu z racji zakupu różnej marki tosterów ani też o gangach wszczynających 30 lat temu rozróby o wyższość tego czy innego żelu do włosów.
Ale tu odpowiedź jest prosta – mamy Internet. Ta kategoria ludzi, u których samoocena opiera się na posiadanych gadżetach, to są te same osoby, które spędzają większość swojego czasu w Sieci, gdzie standardy tego, co uchodzi, różnią się znacznie na niekorzyść od obowiązujących w realnym świecie. Będąc w Sieci, jest się anonimowym, a zatem łatwiej folguje się impulsywnym zachowaniom aniżeli podczas bezpośredniej konfrontacji.

Czy jest jakakolwiek nadzieja na odprężenie w tych wojnach gadżetowych? Niestety, nie zanosi się na to, dopóki w Internecie można ukrywać swoją tożsamość, firmy będą wypluwać nowe modele gadżetów dwa razy do roku, a spece od marketingu nie przestaną nam wmawiać, że nasza wartość zależy od tego, jakiej marki produktu używamy.

W każdym razie takie jest moje zdanie.