technika
Autor: David Poque | dodano: 2012-10-17
Raz, dwa, trzy – Sieć patrzy

Obawy, że nasza prywatność jest zagrożona, są mocno przesadzone.

W 2004 roku firma Google wprowadziła serwis Gmail, którego skrzynki pocztowe miały niewyobrażalną pojemność gigabajta. Było to 500-krotnie więcej, niż oferował wówczas Hotmail – na tyle dużo, że pierwotnie Gmail nie miał nawet funkcji kasowania wiadomości. I w dodatku dawał to całkowicie za darmo.

Nie wszystkich ogarnęła euforia. Gmail mógł być tak szczodry, bo zarabiał tekstowymi reklamami, które wyświetlały się obok każdej przychodzącej wiadomości i były dopasowane do jej treści. Wśród obrońców prywatności zawrzało. Wydawało się nie mieć dla nich znaczenia, że to algorytm – a nie ludzka istota – skanuje korespondencję w poszukiwaniu słów kluczowych. Electronic Privacy Information Center (EPIC) zaczęła domagać się likwidacji Gmaila, a senator Kalifornii zaproponował ustawę zabraniającą skanowania zawartości elektronicznej poczty.

Dwa lata później w Stanach Zjednoczonych pojawiła się usługa Futurephone, dzięki której, nie płacąc ani grosza, można było bez ograniczeń dzwonić na drugi koniec świata. Należało jedynie połączyć się z centralą w stanie Iowa, a następnie wybrać żądany numer. Nie trzeba było podawać swojego nazwiska, adresu e-mail i żadnych innych danych osobowych.

Gdy napisałem o Futurephone w New York Timesie, sądziłem, że oddaję moim czytelnikom przysługę – tymczasem oni wpadli w szał. Snuli domysły, jak Futurephone na tym zarabia. Wielu doszło do wniosku, że to wyrafinowany przekręt, mający na celu utworzenie bazy numerów telefonicznych.

Dlaczego jednak – pisałem na swoim blogu – Futurephone miałby zadawać sobie tyle trudu, skoro istnieje coś takiego, jak książka telefoniczna? Wobec tego – nie ustawali w spekulacjach – Futurephone musi podsłuchiwać nasze rozmowy.
Wiele osób uważa, że im więcej czasu spędzamy w Internecie, tym częściej oferuje się nam różne udogodnienia w zamian za rezygnację z prywatności. Dzięki kartom lojalnościowym w supermarketach mamy rabaty, ale pozwalają też one śledzić, co kupujemy i co jemy. Amazon.com zwraca się do nas po imieniu i pamięta, co kupiliśmy. Facebook zgromadził największą bazę danych osobowych w historii ludzkości (konta ma na nim pół miliarda osób).

Oczywiście, transakcje typu wygoda–za–prywatność to żadna nowość. Pozostawiamy ślady, używając kart kredytowych. Dzwoniąc, ujawniamy operatorowi swoich rozmówców. A gdy kupujemy dom, na zawsze pozostaje w papierach informacja o miejscu naszego zamieszkania. Bez wątpienia istnieją ważkie powody, by chronić pewne elementy naszej prywatności. Nie chcielibyśmy, na przykład, by informacje o stanie naszego zdrowia lub finansów przeszkodziły nam w zdobyciu wymarzonej pracy – lub ukochanej (-ego). Nie bylibyśmy też zachwyceni, gdyby na jaw wyszły nasze podboje miłosne czy to, na kogo głosowaliśmy.

Na ogół jednak, gdy uwzględnić te oczywiste wyjątki, obawy przed naruszeniem naszej prywatności mają podłoże emocjonalne, a nie racjonalne. (Bo czy naprawdę kogoś interesuje, co kupujemy na obiad? A jeśli nawet, to co z tego?) Większość lęków związanych ze światem wirtualnym to obawa przed niewiadomym i nowym. Z czasem, gdy już oswoimy nieznane, strach przed utratą prywatności słabnie. Dziś nie przeszkadza nam już skanowanie naszej poczty przez Gmail i tak jak nasze dzieci czy wnuki zakładamy konto na Facebooku. (A Futurephone? Już nie działa. Dociekliwi blogerzy odkryli, na czym polegał interes. Najprawdopodobniej serwis wykorzystywał dotację rządową, w ramach której stan Iowa otrzymywał kilka centów za każdą zamiejscową lub międzynarodową rozmowę telefoniczną. Iowa dzieliło się zyskami z Futurephone.)

Dla młodych ludzi zamieszanie wokół ochrony prywatności jest niezrozumiałe – oni fascynują się portalami społecznościowymi właśnie dlatego, że mogą dzięki nim rozpowszechniać informacje o sobie. Celowo. Serwisy Foursquare, Gowalla czy też Facebook Places wręcz podają do publicznej wiadomości, gdzie się właśnie znajdujesz, aby przyjaciele mogli śledzić twoje kroki (i oczywiście się z tobą spotkać).
Jeśli jednak należysz do tych, którzy sądzą, że Google naruszył barierę prywatności, tworząc Gmail, musisz cierpieć męki, obserwując rozwój sytuacji. Dziś Google gromadzi informacje o tym, co oglądamy (Google TV), gdzie bywamy (Google Maps), co mówimy (Google Buzz) i co robimy w Internecie (Google Chrome), a tym, do kogo dzwonimy, interesuje się instalowany w telefonach komórkowych system operacyjny Android.
Przynajmniej jednak niektóre elementy naszego życia prywatnego pójdą z czasem w zapomnienie. Możemy mieć ogromne obawy, lecz prawdopodobieństwo, że ktoś rzeczywiście śledzi nudne szczegóły naszej egzystencji, jest raczej znikome. Podobnie jak w przypadku strachu przed lataniem czy rekinem, mózg niekoniecznie wysyła nam prawdziwe dane, by ścisnąć żołądek.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 02/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
22
W 1904 r. urodził się Louis Néel, francuski fizyk, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David Poque | dodano: 2012-10-17
Raz, dwa, trzy – Sieć patrzy

Obawy, że nasza prywatność jest zagrożona, są mocno przesadzone.

W 2004 roku firma Google wprowadziła serwis Gmail, którego skrzynki pocztowe miały niewyobrażalną pojemność gigabajta. Było to 500-krotnie więcej, niż oferował wówczas Hotmail – na tyle dużo, że pierwotnie Gmail nie miał nawet funkcji kasowania wiadomości. I w dodatku dawał to całkowicie za darmo.

Nie wszystkich ogarnęła euforia. Gmail mógł być tak szczodry, bo zarabiał tekstowymi reklamami, które wyświetlały się obok każdej przychodzącej wiadomości i były dopasowane do jej treści. Wśród obrońców prywatności zawrzało. Wydawało się nie mieć dla nich znaczenia, że to algorytm – a nie ludzka istota – skanuje korespondencję w poszukiwaniu słów kluczowych. Electronic Privacy Information Center (EPIC) zaczęła domagać się likwidacji Gmaila, a senator Kalifornii zaproponował ustawę zabraniającą skanowania zawartości elektronicznej poczty.

Dwa lata później w Stanach Zjednoczonych pojawiła się usługa Futurephone, dzięki której, nie płacąc ani grosza, można było bez ograniczeń dzwonić na drugi koniec świata. Należało jedynie połączyć się z centralą w stanie Iowa, a następnie wybrać żądany numer. Nie trzeba było podawać swojego nazwiska, adresu e-mail i żadnych innych danych osobowych.

Gdy napisałem o Futurephone w New York Timesie, sądziłem, że oddaję moim czytelnikom przysługę – tymczasem oni wpadli w szał. Snuli domysły, jak Futurephone na tym zarabia. Wielu doszło do wniosku, że to wyrafinowany przekręt, mający na celu utworzenie bazy numerów telefonicznych.

Dlaczego jednak – pisałem na swoim blogu – Futurephone miałby zadawać sobie tyle trudu, skoro istnieje coś takiego, jak książka telefoniczna? Wobec tego – nie ustawali w spekulacjach – Futurephone musi podsłuchiwać nasze rozmowy.
Wiele osób uważa, że im więcej czasu spędzamy w Internecie, tym częściej oferuje się nam różne udogodnienia w zamian za rezygnację z prywatności. Dzięki kartom lojalnościowym w supermarketach mamy rabaty, ale pozwalają też one śledzić, co kupujemy i co jemy. Amazon.com zwraca się do nas po imieniu i pamięta, co kupiliśmy. Facebook zgromadził największą bazę danych osobowych w historii ludzkości (konta ma na nim pół miliarda osób).

Oczywiście, transakcje typu wygoda–za–prywatność to żadna nowość. Pozostawiamy ślady, używając kart kredytowych. Dzwoniąc, ujawniamy operatorowi swoich rozmówców. A gdy kupujemy dom, na zawsze pozostaje w papierach informacja o miejscu naszego zamieszkania. Bez wątpienia istnieją ważkie powody, by chronić pewne elementy naszej prywatności. Nie chcielibyśmy, na przykład, by informacje o stanie naszego zdrowia lub finansów przeszkodziły nam w zdobyciu wymarzonej pracy – lub ukochanej (-ego). Nie bylibyśmy też zachwyceni, gdyby na jaw wyszły nasze podboje miłosne czy to, na kogo głosowaliśmy.

Na ogół jednak, gdy uwzględnić te oczywiste wyjątki, obawy przed naruszeniem naszej prywatności mają podłoże emocjonalne, a nie racjonalne. (Bo czy naprawdę kogoś interesuje, co kupujemy na obiad? A jeśli nawet, to co z tego?) Większość lęków związanych ze światem wirtualnym to obawa przed niewiadomym i nowym. Z czasem, gdy już oswoimy nieznane, strach przed utratą prywatności słabnie. Dziś nie przeszkadza nam już skanowanie naszej poczty przez Gmail i tak jak nasze dzieci czy wnuki zakładamy konto na Facebooku. (A Futurephone? Już nie działa. Dociekliwi blogerzy odkryli, na czym polegał interes. Najprawdopodobniej serwis wykorzystywał dotację rządową, w ramach której stan Iowa otrzymywał kilka centów za każdą zamiejscową lub międzynarodową rozmowę telefoniczną. Iowa dzieliło się zyskami z Futurephone.)

Dla młodych ludzi zamieszanie wokół ochrony prywatności jest niezrozumiałe – oni fascynują się portalami społecznościowymi właśnie dlatego, że mogą dzięki nim rozpowszechniać informacje o sobie. Celowo. Serwisy Foursquare, Gowalla czy też Facebook Places wręcz podają do publicznej wiadomości, gdzie się właśnie znajdujesz, aby przyjaciele mogli śledzić twoje kroki (i oczywiście się z tobą spotkać).
Jeśli jednak należysz do tych, którzy sądzą, że Google naruszył barierę prywatności, tworząc Gmail, musisz cierpieć męki, obserwując rozwój sytuacji. Dziś Google gromadzi informacje o tym, co oglądamy (Google TV), gdzie bywamy (Google Maps), co mówimy (Google Buzz) i co robimy w Internecie (Google Chrome), a tym, do kogo dzwonimy, interesuje się instalowany w telefonach komórkowych system operacyjny Android.
Przynajmniej jednak niektóre elementy naszego życia prywatnego pójdą z czasem w zapomnienie. Możemy mieć ogromne obawy, lecz prawdopodobieństwo, że ktoś rzeczywiście śledzi nudne szczegóły naszej egzystencji, jest raczej znikome. Podobnie jak w przypadku strachu przed lataniem czy rekinem, mózg niekoniecznie wysyła nam prawdziwe dane, by ścisnąć żołądek.