technika
Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Zobaczyć niewidoczne

Aplikacje rozszerzonej rzeczywistości ukazują ukryte aspekty świata.

Wszyscy podziwiają komórki z ekranami dotykowymi. Jakież one cienkie, inteligentne i piękne!

Ale to dopiero początek rewolucji. Czy potraficie sobie wyobrazić, jak będą wyglądać takie telefony za 20 lat? Prawdopodobnie tak samo archaicznie, jak dziś Commodore 64. „Kiedy byłem w waszym wieku – będziemy opowiadać wnukom – telefony miały aż centymetr grubości!”.

A do tego dochodzą jeszcze aplikacje. Na razie jesteśmy zachwyceni, że możemy na naszych telefonach robić proste rzeczy – oglądać wideo, grać. Jednak wyposażenie współczesnego smartfona – aparat fotograficzny, GPS, kompas, akcelerometr, żyroskop, Internet – sprawia, że jest on w pełni gotowy na następną generację oprogramowania. Przygotujmy się na rozszerzoną rzeczywistość.

Terminem tym zwykle określa się bezpośredni obraz z kamery z nałożoną informacyjną grafiką 3D, dzięki której telefon staje się czarodziejskim lustrem, ułatwiającym orientację w otaczającym nas świecie.

W przypadku daltonisty takiego jak ja mogą to być aplikacje w rodzaju Say Color czy Color ID. Wystarczy przytrzymać komórkę nad kawałkiem materiału czy próbką farby, a ona określi nam ich barwę – że jest to na przykład ciemna zieleń lub jaskrawa czerwień. I już nigdy nie pójdzie się na przyjęcie ubranym jak klaun.

Inne aplikacje zmieniają to, co widzimy. Gdy kiedyś pewien czytelnik przesłał mi link na YouTube do filmiku promującego Word Lens, odpisałem mu: „Ha, ha, bardzo śmieszne”. Wyglądało bowiem tak niezwykle, że uznałem to za montaż.
Ale to była prawda. Gdy skieruje się obiektyw iPhone’a na napis lub nagłówek po hiszpańsku, Word Lens w magiczny sposób podmieni go w czasie rzeczywistym na angielskie tłumaczenie – zachowując kąt widzenia, barwę, tło, oświetlenie. (Dostępny jest również tryb angielsko-hiszpański.)

Do najbardziej obiecujących aplikacji rzeczywistości rozszerzonej należą te, które ułatwiają orientację. Mając wgrane New York Nearest Subway lub Metro, wystarczy skierować telefon w dół, by ujrzeć kolorowe strzałki pokazujące, które linie metra biegną pod naszymi stopami. Podnosimy komórkę do pionu i już widać drogowskazy podające odległość do najbliższych stacji i informację, które linie one obsługują.
Gdy jesteśmy w wielkim mieście, aplikacje takie, jak Layar czy Wikitude, pokażą na ekranie telefonu obraz otoczenia z nałożonymi pożądanymi informacjami – o nieruchomościach na sprzedaż, bankomatach, obiektach opisanych w Wikipedii, dziełach sztuki itp. Layar chwali się tysiącami takich nakładek.

Inne aplikacje rozszerzonej rzeczywistości pokazują przeszkody na polach golfowych (Golfscape GPS Rangefinder), miejsce zaparkowania samochodu (Augmented Car Finder), kto w pobliżu używa Twittera (Tweet360), które domy w okolicy są na sprzedaż i za ile (ZipRealty Real Estate), jak dobra i droga jest restauracja, do której zmierzamy (Yelp), nazwy gwiazd i gwiazdozbiorów widocznych na niebie (Star Walk, Star Chart), nazwy górskich szczytów (Panoramascope, Peaks), przestępstwa ostatnio popełnione w okolicy (SpotCrime) i dziesiątki innych.

Niektóre z tych aplikacji nie są zbyt stabilne. A wiele jest bezużytecznych poza wielkimi miastami. Ponadto przy całej swojej atrakcyjności wymagają poruszania się z oczami wlepionymi w telefon trzymany w wyciągniętej ręce – co nie sprzyja raczej nawiązywaniu kontaktów towarzyskich, obserwowaniu, co się dzieje dookoła czy bezpieczeństwu podczas przechodzenia przez jezdnię.

Słyszy się też ostatnio lamenty, że ludzie coraz mniej polegają na własnej pamięci. W erze Google nie trzeba już znać nazwisk prezydentów, stolic państw ani układu okresowego pierwiastków. Rozszerzona rzeczywistość jeszcze tę sytuację pogorszy, bo nawet przyjaciół będziemy mogli identyfikować za pomocą odpowiedniego programu. Wyobrażacie to sobie? Jesteście na przyjęciu, ktoś do was podchodzi i mówi: „Hej, co tam u ciebie słychać – rzut oka na telefon – Piotrze?”.

Ale każda nowa technologia ma felery i jakoś trzeba z tym żyć. Za to kiedyś będziemy mogli opowiadać wnukom, jak zadziwiająco wyglądał świat, gdy nikt jeszcze o rozszerzonej rzeczywistości nawet nie słyszał. Ich imion już nie będziemy musieli pamiętać.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
24
W 1859 r. Karol Darwin opublikował dzieło O powstaniu gatunków na drodze doboru naturalnego.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-17
Zobaczyć niewidoczne

Aplikacje rozszerzonej rzeczywistości ukazują ukryte aspekty świata.

Wszyscy podziwiają komórki z ekranami dotykowymi. Jakież one cienkie, inteligentne i piękne!

Ale to dopiero początek rewolucji. Czy potraficie sobie wyobrazić, jak będą wyglądać takie telefony za 20 lat? Prawdopodobnie tak samo archaicznie, jak dziś Commodore 64. „Kiedy byłem w waszym wieku – będziemy opowiadać wnukom – telefony miały aż centymetr grubości!”.

A do tego dochodzą jeszcze aplikacje. Na razie jesteśmy zachwyceni, że możemy na naszych telefonach robić proste rzeczy – oglądać wideo, grać. Jednak wyposażenie współczesnego smartfona – aparat fotograficzny, GPS, kompas, akcelerometr, żyroskop, Internet – sprawia, że jest on w pełni gotowy na następną generację oprogramowania. Przygotujmy się na rozszerzoną rzeczywistość.

Terminem tym zwykle określa się bezpośredni obraz z kamery z nałożoną informacyjną grafiką 3D, dzięki której telefon staje się czarodziejskim lustrem, ułatwiającym orientację w otaczającym nas świecie.

W przypadku daltonisty takiego jak ja mogą to być aplikacje w rodzaju Say Color czy Color ID. Wystarczy przytrzymać komórkę nad kawałkiem materiału czy próbką farby, a ona określi nam ich barwę – że jest to na przykład ciemna zieleń lub jaskrawa czerwień. I już nigdy nie pójdzie się na przyjęcie ubranym jak klaun.

Inne aplikacje zmieniają to, co widzimy. Gdy kiedyś pewien czytelnik przesłał mi link na YouTube do filmiku promującego Word Lens, odpisałem mu: „Ha, ha, bardzo śmieszne”. Wyglądało bowiem tak niezwykle, że uznałem to za montaż.
Ale to była prawda. Gdy skieruje się obiektyw iPhone’a na napis lub nagłówek po hiszpańsku, Word Lens w magiczny sposób podmieni go w czasie rzeczywistym na angielskie tłumaczenie – zachowując kąt widzenia, barwę, tło, oświetlenie. (Dostępny jest również tryb angielsko-hiszpański.)

Do najbardziej obiecujących aplikacji rzeczywistości rozszerzonej należą te, które ułatwiają orientację. Mając wgrane New York Nearest Subway lub Metro, wystarczy skierować telefon w dół, by ujrzeć kolorowe strzałki pokazujące, które linie metra biegną pod naszymi stopami. Podnosimy komórkę do pionu i już widać drogowskazy podające odległość do najbliższych stacji i informację, które linie one obsługują.
Gdy jesteśmy w wielkim mieście, aplikacje takie, jak Layar czy Wikitude, pokażą na ekranie telefonu obraz otoczenia z nałożonymi pożądanymi informacjami – o nieruchomościach na sprzedaż, bankomatach, obiektach opisanych w Wikipedii, dziełach sztuki itp. Layar chwali się tysiącami takich nakładek.

Inne aplikacje rozszerzonej rzeczywistości pokazują przeszkody na polach golfowych (Golfscape GPS Rangefinder), miejsce zaparkowania samochodu (Augmented Car Finder), kto w pobliżu używa Twittera (Tweet360), które domy w okolicy są na sprzedaż i za ile (ZipRealty Real Estate), jak dobra i droga jest restauracja, do której zmierzamy (Yelp), nazwy gwiazd i gwiazdozbiorów widocznych na niebie (Star Walk, Star Chart), nazwy górskich szczytów (Panoramascope, Peaks), przestępstwa ostatnio popełnione w okolicy (SpotCrime) i dziesiątki innych.

Niektóre z tych aplikacji nie są zbyt stabilne. A wiele jest bezużytecznych poza wielkimi miastami. Ponadto przy całej swojej atrakcyjności wymagają poruszania się z oczami wlepionymi w telefon trzymany w wyciągniętej ręce – co nie sprzyja raczej nawiązywaniu kontaktów towarzyskich, obserwowaniu, co się dzieje dookoła czy bezpieczeństwu podczas przechodzenia przez jezdnię.

Słyszy się też ostatnio lamenty, że ludzie coraz mniej polegają na własnej pamięci. W erze Google nie trzeba już znać nazwisk prezydentów, stolic państw ani układu okresowego pierwiastków. Rozszerzona rzeczywistość jeszcze tę sytuację pogorszy, bo nawet przyjaciół będziemy mogli identyfikować za pomocą odpowiedniego programu. Wyobrażacie to sobie? Jesteście na przyjęciu, ktoś do was podchodzi i mówi: „Hej, co tam u ciebie słychać – rzut oka na telefon – Piotrze?”.

Ale każda nowa technologia ma felery i jakoś trzeba z tym żyć. Za to kiedyś będziemy mogli opowiadać wnukom, jak zadziwiająco wyglądał świat, gdy nikt jeszcze o rozszerzonej rzeczywistości nawet nie słyszał. Ich imion już nie będziemy musieli pamiętać.