człowiek
Autor: Thomas Kirkwood | dodano: 2012-10-17
Dlaczego kobiety żyją dłużej

Stres nie wyjaśnia różnicy w długości życia.

Jeśli są jeszcze mężczyźni, którzy uważają kobiety za słabą płeć, najwyższy czas, by poważnie przemyśleli ten pogląd. Gdy wziąć pod uwagę najbardziej oczywiste kryterium – zdolność utrzymania się przy życiu – panie biją panów na głowę, od urodzenia aż po późną starość. Przeciętny mężczyzna wprawdzie przebiega setkę szybciej niż przeciętna kobieta i unosi większe ciężary, ale to kobiety żyją obecnie od pięciu do sześciu lat dłużej. Wśród 85-latków przypada średnio sześć kobiet na czterech mężczyzn. U 100-latków stosunek ten wynosi ponad dwa do jednego. A w kategorii 122 lat – obecnej granicy długości życia ludzkiego – kobiety prowadzą jeden do zera.

Dlaczego żyją dłużej? Według jednej z teorii mężczyzn przedwcześnie wpędza do grobu ciężka i stresująca praca zawodowa. Jednak gdyby tak było, różnica między obiema płciami powinna się obecnie zacierać, a może nawet zaniknąć za sprawą postępującego równouprawnienia. Tymczasem niewiele wskazuje na to, by faktycznie tak się działo. Kobiety wciąż przeżywają swoich mężów mniej więcej o tyle, o ile ich matki (pozostające w domu przy dzieciach) przeżywały pracujących zawodowo ojców. A poza tym, czy naprawdę służbowe obowiązki mężczyzn z poprzedniego pokolenia były bardziej wyczerpujące niż domowe zadania kobiet?

Wystarczy pomyśleć, jaki stres i wysiłek są związane z tradycyjną rolą pań – w typowym stadle role obu płci mogą być tak samo trudne. A według statystyk to akurat mężczyznom małżeństwo bardziej służy: żonaci żyją zdecydowanie dłużej niż kawalerowie, podczas gdy mężatki tylko nieznacznie wyprzedzają pod tym względem panny. To kto ma w końcu łatwiej?

Być może jest tak, że kobiety żyją dłużej, ponieważ mają zdrowsze nawyki: mniej palą i nie nadużywają alkoholu w takim stopniu, jak mężczyźni, a do tego lepiej się odżywiają. Jednak liczba palących kobiet rośnie, wiele z nich sięga też po niezdrowe potrawy i napoje. A seniorki są generalnie w gorszej formie niż seniorzy, więc argument dotyczący zdrowszego stylu życia wydaje się wątpliwy.

Jako doświadczalny gerontolog spoglądam na ten problem z szerszej perspektywy biologicznej, uwzględniając także zwierzęta. Jak się okazuje, samice przeżywają samce u większości gatunków, co wskazuje na istnienie mocnego biologicznego podłoża tego zjawiska.

Wielu naukowców jest zdania, że proces starzenia to skutek stopniowego gromadzenia się olbrzymiej ilości drobnych błędów: tu uszkodzona nić DNA, tam nieprawidłowe białko itd. Kumulatywna natura tego procesu oznacza, że długość naszego życia wynika z wzajemnej relacji między tempem powstawania szkód w komórkach a wydajnością ich reperacji. Mechanizmy obsługi i naprawy w naszych komórkach są cudownie skuteczne – dlatego żyjemy tak długo – jednak daleko im do doskonałości i część błędów pozostaje nieskorygowana. Wraz z upływem dni, miesięcy i lat gromadzi się ich coraz więcej. Starzejemy się, bo w naszym ciele wciąż pojawiają się usterki.

Moglibyśmy spytać, dlaczego organizm nie radzi sobie z naprawą lepiej. Na dobrą sprawę, pewnie dałoby się skuteczniej korygować błędy; teoretycznie można to robić na tyle dobrze, by żyć wiecznie. A jednak tak się nie dzieje – moim zdaniem dlatego, że wymagałoby to nieopłacalnie wysokich nakładów energii. Kiedy bowiem proces starzenia ewoluo­wał, nasi przodkowie, łowcy i zbieracze, nieustannie musieli walczyć z głodem. W interesie gatunku, znajdującego się stale pod presją doboru naturalnego wymuszającego jak najlepsze wykorzystanie skąpych zasobów energii, bardziej leżało rosnąć i rozmnażać się, niż żyć wiecznie. Z perspektywy genów, ciało stanowiło jedynie pojazd krótkiego zasięgu, który trzeba utrzymać w sprawności na tyle, by dotrzeć do etapu rozmnażania – natomiast żadne większe inwestowanie w nie nie miało sensu wobec dużego prawdopodobieństwa przypadkowej śmierci. Innymi słowy, geny są nieśmiertelne, a ciało – to, co Grecy nazwali soma – jest przedmiotem jednorazowego użytku.

Taka jest przynajmniej koncepcja zaproponowana przeze mnie pod koniec lat siedemdziesiątych. Od tamtej pory znacznie wzrosła liczba dowodów wspierających tzw. teorię somy jednorazowego użytku, o czym niedawno pisałem [patrz: Thomas Kirkwood „Dlaczego nie możemy żyć wiecznie?”; Świat Nauki, październik 2010]. Kilka lat temu mój zespół wykazał, że u dłużej żyjących zwierząt wykształciły się skuteczniejsze mechanizmy konserwacji i naprawy niż u pozostałych. Osobniki te są też zwykle mądrzejsze lub większe – albo mają adaptacje ewolucyjne (np. skrzydła ptaków i nietoperzy), dzięki którym ich życie jest bezpieczniejsze. Kiedy zwierzęciu częściej udaje się unikać zagrożeń środowiskowych – bo może odlecieć, jest sprytne lub duże – odpowiednio dłużej może mu służyć jego ciało i opłaca się wydatkować nieco więcej energii na jego naprawy.

Czy to możliwe, że kobiety żyją dłużej, ponieważ są bardziej potrzebne? Miałoby to wszak doskonałe uzasadnienie biologiczne. U ludzi – podobnie jak u większości gatunków zwierząt – stan kobiecego ciała jest niezwykle ważny dla osiągnięcia sukcesu reprodukcyjnego. Płód rozwija się w łonie matki, a noworodek jest karmiony piersią. Jeśli więc organizm samicy zostaje zbyt osłabiony na skutek uszkodzeń, szanse na urodzenie przez nią zdrowego potomstwa są zdecydowanie mniejsze. Natomiast rola samca w reprodukcji nie jest już tak zależna od utrzymywania ciała w zdrowiu.

Jednak przesadą wydaje się twierdzenie, że w odniesieniu do samca przyroda dba tylko o to, by zdołał zapłodnić partnerkę. Badanie przeprowadzone w Tanzanii wykazało na przykład, że dzieci, które straciły ojca, zanim ukończyły 15 lat, zwykle były nieco niższe od rówieśników, a wzrost to całkiem niezły wskaźnik stanu zdrowia. Te osierocone przez matkę miały się jednak jeszcze gorzej – nie tylko były niższe, lecz także biedniejsze i żyły krócej niż sieroty bez ojca. Z ewolucyjnego punktu widzenia czynniki decydujące o sukcesie reprodukcyjnym samców z reguły nie sprzyjają długowieczności. Wysoki poziom testosteronu – wspomagającego płodność mężczyzn – ma negatywny wpływ na długość życia.

Kobiety wciąż muszą walczyć o równouprawnienie w wielu sferach. Przynależność do płci bardziej potrzebnej stanowi jednak błogosławieństwo i swoistą rekompensatę. Dowody płynące z badań na gryzoniach wskazują, że komórki ciała samic lepiej sobie radzą z naprawą uszkodzeń niż komórki ciała samców, a chirurgiczne usunięcie jajników eliminuje tę różnicę. Z kolei niejeden właściciel psa czy kota może potwierdzić, że wysterylizowane samce często żyją dłużej niż płodne. Wskazywałoby to, że kastracja jest dla samców potencjalną przepustką do dłuższego życia.

Czy tak samo jest u ludzi? W wielu społecznościach eunuchowie należeli do elity. W Chinach kastrowano chłopców, by mogli służyć cesarzowi bez ryzyka, że uwiodą jego konkubiny. W Europie z kolei motywem ku temu było zachowanie pięknego chłopięcego głosu mimo wejścia w wiek dojrzewania.

Dane historyczne nie są dość dokładne i kompletne, by można było stwierdzić, czy eunuchowie żyli dłużej niż przeciętni, zdrowi mężczyźni. Istnieją jednak przygnębiające rejestry, które to potwierdzają. Wiele lat temu kastracja mężczyzn w zakładach dla umysłowo chorych była zadziwiająco powszechną praktyką. Według wyników badania przeprowadzonego w grupie kilkuset mężczyzn w anonimowej instytucji w stanie Kansas, kastraci żyli średnio o 14 lat dłużej niż ich niepoddani temu zabiegowi współtowarzysze. Niemniej jednak wątpię, by wielu mężczyzn – łącznie ze mną – zdecydowało się na tak radykalne rozwiązanie, by zyskać kilka dodatkowych lat życia.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 12/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
24
W 1859 r. Karol Darwin opublikował dzieło O powstaniu gatunków na drodze doboru naturalnego.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Thomas Kirkwood | dodano: 2012-10-17
Dlaczego kobiety żyją dłużej

Stres nie wyjaśnia różnicy w długości życia.

Jeśli są jeszcze mężczyźni, którzy uważają kobiety za słabą płeć, najwyższy czas, by poważnie przemyśleli ten pogląd. Gdy wziąć pod uwagę najbardziej oczywiste kryterium – zdolność utrzymania się przy życiu – panie biją panów na głowę, od urodzenia aż po późną starość. Przeciętny mężczyzna wprawdzie przebiega setkę szybciej niż przeciętna kobieta i unosi większe ciężary, ale to kobiety żyją obecnie od pięciu do sześciu lat dłużej. Wśród 85-latków przypada średnio sześć kobiet na czterech mężczyzn. U 100-latków stosunek ten wynosi ponad dwa do jednego. A w kategorii 122 lat – obecnej granicy długości życia ludzkiego – kobiety prowadzą jeden do zera.

Dlaczego żyją dłużej? Według jednej z teorii mężczyzn przedwcześnie wpędza do grobu ciężka i stresująca praca zawodowa. Jednak gdyby tak było, różnica między obiema płciami powinna się obecnie zacierać, a może nawet zaniknąć za sprawą postępującego równouprawnienia. Tymczasem niewiele wskazuje na to, by faktycznie tak się działo. Kobiety wciąż przeżywają swoich mężów mniej więcej o tyle, o ile ich matki (pozostające w domu przy dzieciach) przeżywały pracujących zawodowo ojców. A poza tym, czy naprawdę służbowe obowiązki mężczyzn z poprzedniego pokolenia były bardziej wyczerpujące niż domowe zadania kobiet?

Wystarczy pomyśleć, jaki stres i wysiłek są związane z tradycyjną rolą pań – w typowym stadle role obu płci mogą być tak samo trudne. A według statystyk to akurat mężczyznom małżeństwo bardziej służy: żonaci żyją zdecydowanie dłużej niż kawalerowie, podczas gdy mężatki tylko nieznacznie wyprzedzają pod tym względem panny. To kto ma w końcu łatwiej?

Być może jest tak, że kobiety żyją dłużej, ponieważ mają zdrowsze nawyki: mniej palą i nie nadużywają alkoholu w takim stopniu, jak mężczyźni, a do tego lepiej się odżywiają. Jednak liczba palących kobiet rośnie, wiele z nich sięga też po niezdrowe potrawy i napoje. A seniorki są generalnie w gorszej formie niż seniorzy, więc argument dotyczący zdrowszego stylu życia wydaje się wątpliwy.

Jako doświadczalny gerontolog spoglądam na ten problem z szerszej perspektywy biologicznej, uwzględniając także zwierzęta. Jak się okazuje, samice przeżywają samce u większości gatunków, co wskazuje na istnienie mocnego biologicznego podłoża tego zjawiska.

Wielu naukowców jest zdania, że proces starzenia to skutek stopniowego gromadzenia się olbrzymiej ilości drobnych błędów: tu uszkodzona nić DNA, tam nieprawidłowe białko itd. Kumulatywna natura tego procesu oznacza, że długość naszego życia wynika z wzajemnej relacji między tempem powstawania szkód w komórkach a wydajnością ich reperacji. Mechanizmy obsługi i naprawy w naszych komórkach są cudownie skuteczne – dlatego żyjemy tak długo – jednak daleko im do doskonałości i część błędów pozostaje nieskorygowana. Wraz z upływem dni, miesięcy i lat gromadzi się ich coraz więcej. Starzejemy się, bo w naszym ciele wciąż pojawiają się usterki.

Moglibyśmy spytać, dlaczego organizm nie radzi sobie z naprawą lepiej. Na dobrą sprawę, pewnie dałoby się skuteczniej korygować błędy; teoretycznie można to robić na tyle dobrze, by żyć wiecznie. A jednak tak się nie dzieje – moim zdaniem dlatego, że wymagałoby to nieopłacalnie wysokich nakładów energii. Kiedy bowiem proces starzenia ewoluo­wał, nasi przodkowie, łowcy i zbieracze, nieustannie musieli walczyć z głodem. W interesie gatunku, znajdującego się stale pod presją doboru naturalnego wymuszającego jak najlepsze wykorzystanie skąpych zasobów energii, bardziej leżało rosnąć i rozmnażać się, niż żyć wiecznie. Z perspektywy genów, ciało stanowiło jedynie pojazd krótkiego zasięgu, który trzeba utrzymać w sprawności na tyle, by dotrzeć do etapu rozmnażania – natomiast żadne większe inwestowanie w nie nie miało sensu wobec dużego prawdopodobieństwa przypadkowej śmierci. Innymi słowy, geny są nieśmiertelne, a ciało – to, co Grecy nazwali soma – jest przedmiotem jednorazowego użytku.

Taka jest przynajmniej koncepcja zaproponowana przeze mnie pod koniec lat siedemdziesiątych. Od tamtej pory znacznie wzrosła liczba dowodów wspierających tzw. teorię somy jednorazowego użytku, o czym niedawno pisałem [patrz: Thomas Kirkwood „Dlaczego nie możemy żyć wiecznie?”; Świat Nauki, październik 2010]. Kilka lat temu mój zespół wykazał, że u dłużej żyjących zwierząt wykształciły się skuteczniejsze mechanizmy konserwacji i naprawy niż u pozostałych. Osobniki te są też zwykle mądrzejsze lub większe – albo mają adaptacje ewolucyjne (np. skrzydła ptaków i nietoperzy), dzięki którym ich życie jest bezpieczniejsze. Kiedy zwierzęciu częściej udaje się unikać zagrożeń środowiskowych – bo może odlecieć, jest sprytne lub duże – odpowiednio dłużej może mu służyć jego ciało i opłaca się wydatkować nieco więcej energii na jego naprawy.

Czy to możliwe, że kobiety żyją dłużej, ponieważ są bardziej potrzebne? Miałoby to wszak doskonałe uzasadnienie biologiczne. U ludzi – podobnie jak u większości gatunków zwierząt – stan kobiecego ciała jest niezwykle ważny dla osiągnięcia sukcesu reprodukcyjnego. Płód rozwija się w łonie matki, a noworodek jest karmiony piersią. Jeśli więc organizm samicy zostaje zbyt osłabiony na skutek uszkodzeń, szanse na urodzenie przez nią zdrowego potomstwa są zdecydowanie mniejsze. Natomiast rola samca w reprodukcji nie jest już tak zależna od utrzymywania ciała w zdrowiu.

Jednak przesadą wydaje się twierdzenie, że w odniesieniu do samca przyroda dba tylko o to, by zdołał zapłodnić partnerkę. Badanie przeprowadzone w Tanzanii wykazało na przykład, że dzieci, które straciły ojca, zanim ukończyły 15 lat, zwykle były nieco niższe od rówieśników, a wzrost to całkiem niezły wskaźnik stanu zdrowia. Te osierocone przez matkę miały się jednak jeszcze gorzej – nie tylko były niższe, lecz także biedniejsze i żyły krócej niż sieroty bez ojca. Z ewolucyjnego punktu widzenia czynniki decydujące o sukcesie reprodukcyjnym samców z reguły nie sprzyjają długowieczności. Wysoki poziom testosteronu – wspomagającego płodność mężczyzn – ma negatywny wpływ na długość życia.

Kobiety wciąż muszą walczyć o równouprawnienie w wielu sferach. Przynależność do płci bardziej potrzebnej stanowi jednak błogosławieństwo i swoistą rekompensatę. Dowody płynące z badań na gryzoniach wskazują, że komórki ciała samic lepiej sobie radzą z naprawą uszkodzeń niż komórki ciała samców, a chirurgiczne usunięcie jajników eliminuje tę różnicę. Z kolei niejeden właściciel psa czy kota może potwierdzić, że wysterylizowane samce często żyją dłużej niż płodne. Wskazywałoby to, że kastracja jest dla samców potencjalną przepustką do dłuższego życia.

Czy tak samo jest u ludzi? W wielu społecznościach eunuchowie należeli do elity. W Chinach kastrowano chłopców, by mogli służyć cesarzowi bez ryzyka, że uwiodą jego konkubiny. W Europie z kolei motywem ku temu było zachowanie pięknego chłopięcego głosu mimo wejścia w wiek dojrzewania.

Dane historyczne nie są dość dokładne i kompletne, by można było stwierdzić, czy eunuchowie żyli dłużej niż przeciętni, zdrowi mężczyźni. Istnieją jednak przygnębiające rejestry, które to potwierdzają. Wiele lat temu kastracja mężczyzn w zakładach dla umysłowo chorych była zadziwiająco powszechną praktyką. Według wyników badania przeprowadzonego w grupie kilkuset mężczyzn w anonimowej instytucji w stanie Kansas, kastraci żyli średnio o 14 lat dłużej niż ich niepoddani temu zabiegowi współtowarzysze. Niemniej jednak wątpię, by wielu mężczyzn – łącznie ze mną – zdecydowało się na tak radykalne rozwiązanie, by zyskać kilka dodatkowych lat życia.