technika
Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-16
Obsesja zabezpieczeń

Firmy nakładają kajdany na nasze pliki, broniąc się przed piractwem. Jest to
nie tylko irytujące, lecz także może się odbić na sprzedaży.

Przed laty w Saturday Night Live zaprezentowano przezabawny fikcyjny talk-show Jak uprzykrzyć wszystkim życie. Gośćmi programu byli ludzie, których głupie, destruktywne działania spowodowały trwałe szkody społeczne, doprowadzając do powstawania nowych zakazów i szerzenia się biurokracji, co obniżyło komfort życia reszcie świata.
Byli wśród nich mężczyzna, który zatruł cyjankiem buteleczkę Tylenolu, co wymusiło stosowanie opakowań uniemożliwiających ingerencję w ich zawartość; kobieta, która pierwsza odjechała z samoobsługowej stacji, nie płacąc za zatankowaną benzynę, przez co teraz trzeba uiszczać opłatę z góry; oraz osoba, która pierwsza zapaskudziła restauracyjną toaletę, więc są one obecnie dostępne jedynie dla klientów.
Powinien się tam znaleźć również pierwszy pirat muzyczny, bo w końcu to jemu „zawdzięczamy” zabezpieczenia przed kopiowaniem – nasz zwariowany świat, w którym uczciwych się karze, a piractwo i tak uchodzi na sucho.
Kiedy uruchomiono sklep iTunes, każdy sprzedawany w nim utwór był zabezpieczony przed kopiowaniem. Można go było odsłuchać na komputerze lub iPodzie – ale już nie na telefonie komórkowym ani odtwarzaczu innym niż firmy Apple. Wypożyczane w Internecie filmy również są chronione w absurdalny sposób. Najczęściej mamy jedynie 24 godziny na ich obejrzenie. To czysty idiotyzm. A jeśli chcielibyśmy pójść do łóżka i dokończyć oglądanie kolejnego wieczoru? Czy ten, kto to wymyślił, nie ma dzieci? I dlaczego akurat 24 godziny? Czyżby haker potrzebował 25 godzin na usunięcie zabezpieczenia?
Oczywiście, że nie. Kinomaniacy, którzy nie mają ochoty płacić, nie muszą zawracać sobie głowy żadnymi zabezpieczeniami. Nie mają nawet z nimi nigdy do czynienia. Używają po prostu BitTorrenta i oglądają filmy za darmo.
Podobnie, niekompatybilne systemy zabezpieczeń książek elektronicznych Amazona, Sony i Barnes & Noble sprawiają, że książek jednej firmy nie da się przeczytać na czytnikach pozostałych. Oczywiście wszystko to w ramach walki z piratami – ale akurat oni sobie z tego nic nie robią, bo w najlepsze ściągają za friko książki z pirackich serwerów.
Najgorsze jest to, że wszystkie te utrudnienia oparte są jedynie na przeczuciu. Czy w świecie bez zabezpieczeń przed kopiowaniem producenci e-booków, nagrań muzycznych i filmów by splajtowali? Instynkt podpowiada – przynajmniej kierownictwu wytwórni medialnych – że tak. Ale dopóki się tego nie sprawdzi, nie można mieć pewności.
Takie testy jednak przeprowadzono – i to co najmniej trzykrotnie.
Większość moich dochodów to honoraria autorskie za książki o komputerach. Ku swojemu zmartwieniu odkryłem, że bez problemu da się je ściągnąć z Sieci w postaci plików PDF. Kiedy jednak poskarżyłem się na swoim blogu, jego czytelnicy zakwestionowali twierdzenie, jakobym ponosił straty.
„Przede wszystkim – pisali – liczysz tych, którzy i tak nie kupiliby twojej książki. Nie uwzględniasz też ludzi, którym tak przypadł do gustu PDF, że zdecydowali się kupić wersję drukowaną bądź na podstawie PDF-owej próbki stwierdzili, że podoba im się wszystko, co piszesz”. Jeden z czytelników zaproponował, bym przeprowadził próbę, udostępniając jedną z moich książek zarówno w formie płatnej wersji drukowanej, jak i niezabezpieczonego pliku PDF, po czym przyjrzał się wskaźnikom sprzedaży po roku.
Tak też zrobiłem. Wyniki okazały się jednoznaczne. Piractwo kwitło. Książka była dostępna w całej sieci. Jednak, co ciekawe, okazało się, że czytelnicy mojego blogu mieli rację. Sprzedaż wersji drukowanej bynajmniej nie ucierpiała; a nawet liczba sprzedanych w ciągu roku egzemplarzy nieznacznie wzrosła.
Przykład pewnej wydanej niedawno zabawnej książeczki dla dzieci pokazuje, że piractwo może wręcz napędzać sprzedaż. Na wiele miesięcy przed opublikowaniem jej wersja PDF wyciekła do Sieci i szybko stała się internetowym przebojem. Wywołało to tak olbrzymie zainteresowanie książką, że po ukazaniu się od razu trafiła na szczyt listy bestselerów Amazona.
Nawet wytwórnie muzyczne uświadomiły sobie, że zabezpieczenia co najwyżej uprzykrzają życie uczciwym odbiorcom, nie przyczyniając się w żadnej mierze do powstrzymania piractwa. Obecnie już niemal żadne pliki muzyczne sprzedawane w Sieci nie są zabezpieczone przed kopiowaniem.
Faktem jest, że sklepy online nadal tracą przychody na skutek działalności piratów, ale wcale nie o wiele więcej niż poprzednio, a przynajmniej zabezpieczenia nie wkurzają ludzi. Dopóki tej lekcji nie przyswoją inni – wydawcy e-booków, filmów, programów telewizyjnych, oprogramowania – dobrze byłoby, gdyby Saturday Night Live przygotowała remake pamiętnego talk-
-show. Czyż nie jest oczywiste, kto obecnie powinien znaleźć się wśród gości? Facet, który napisał pierwszego wirusa komputerowego, ten, kto pierwszy rozesłał masowy spam, pierwsza osoba, która usiłowała przemycić do samolotu bombę w butach…

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 09/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
20
W 1985 r. Microsoft zaprezentował system operacyjny Windows 1.0.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David Pogue | dodano: 2012-10-16
Obsesja zabezpieczeń

Firmy nakładają kajdany na nasze pliki, broniąc się przed piractwem. Jest to
nie tylko irytujące, lecz także może się odbić na sprzedaży.

Przed laty w Saturday Night Live zaprezentowano przezabawny fikcyjny talk-show Jak uprzykrzyć wszystkim życie. Gośćmi programu byli ludzie, których głupie, destruktywne działania spowodowały trwałe szkody społeczne, doprowadzając do powstawania nowych zakazów i szerzenia się biurokracji, co obniżyło komfort życia reszcie świata.
Byli wśród nich mężczyzna, który zatruł cyjankiem buteleczkę Tylenolu, co wymusiło stosowanie opakowań uniemożliwiających ingerencję w ich zawartość; kobieta, która pierwsza odjechała z samoobsługowej stacji, nie płacąc za zatankowaną benzynę, przez co teraz trzeba uiszczać opłatę z góry; oraz osoba, która pierwsza zapaskudziła restauracyjną toaletę, więc są one obecnie dostępne jedynie dla klientów.
Powinien się tam znaleźć również pierwszy pirat muzyczny, bo w końcu to jemu „zawdzięczamy” zabezpieczenia przed kopiowaniem – nasz zwariowany świat, w którym uczciwych się karze, a piractwo i tak uchodzi na sucho.
Kiedy uruchomiono sklep iTunes, każdy sprzedawany w nim utwór był zabezpieczony przed kopiowaniem. Można go było odsłuchać na komputerze lub iPodzie – ale już nie na telefonie komórkowym ani odtwarzaczu innym niż firmy Apple. Wypożyczane w Internecie filmy również są chronione w absurdalny sposób. Najczęściej mamy jedynie 24 godziny na ich obejrzenie. To czysty idiotyzm. A jeśli chcielibyśmy pójść do łóżka i dokończyć oglądanie kolejnego wieczoru? Czy ten, kto to wymyślił, nie ma dzieci? I dlaczego akurat 24 godziny? Czyżby haker potrzebował 25 godzin na usunięcie zabezpieczenia?
Oczywiście, że nie. Kinomaniacy, którzy nie mają ochoty płacić, nie muszą zawracać sobie głowy żadnymi zabezpieczeniami. Nie mają nawet z nimi nigdy do czynienia. Używają po prostu BitTorrenta i oglądają filmy za darmo.
Podobnie, niekompatybilne systemy zabezpieczeń książek elektronicznych Amazona, Sony i Barnes & Noble sprawiają, że książek jednej firmy nie da się przeczytać na czytnikach pozostałych. Oczywiście wszystko to w ramach walki z piratami – ale akurat oni sobie z tego nic nie robią, bo w najlepsze ściągają za friko książki z pirackich serwerów.
Najgorsze jest to, że wszystkie te utrudnienia oparte są jedynie na przeczuciu. Czy w świecie bez zabezpieczeń przed kopiowaniem producenci e-booków, nagrań muzycznych i filmów by splajtowali? Instynkt podpowiada – przynajmniej kierownictwu wytwórni medialnych – że tak. Ale dopóki się tego nie sprawdzi, nie można mieć pewności.
Takie testy jednak przeprowadzono – i to co najmniej trzykrotnie.
Większość moich dochodów to honoraria autorskie za książki o komputerach. Ku swojemu zmartwieniu odkryłem, że bez problemu da się je ściągnąć z Sieci w postaci plików PDF. Kiedy jednak poskarżyłem się na swoim blogu, jego czytelnicy zakwestionowali twierdzenie, jakobym ponosił straty.
„Przede wszystkim – pisali – liczysz tych, którzy i tak nie kupiliby twojej książki. Nie uwzględniasz też ludzi, którym tak przypadł do gustu PDF, że zdecydowali się kupić wersję drukowaną bądź na podstawie PDF-owej próbki stwierdzili, że podoba im się wszystko, co piszesz”. Jeden z czytelników zaproponował, bym przeprowadził próbę, udostępniając jedną z moich książek zarówno w formie płatnej wersji drukowanej, jak i niezabezpieczonego pliku PDF, po czym przyjrzał się wskaźnikom sprzedaży po roku.
Tak też zrobiłem. Wyniki okazały się jednoznaczne. Piractwo kwitło. Książka była dostępna w całej sieci. Jednak, co ciekawe, okazało się, że czytelnicy mojego blogu mieli rację. Sprzedaż wersji drukowanej bynajmniej nie ucierpiała; a nawet liczba sprzedanych w ciągu roku egzemplarzy nieznacznie wzrosła.
Przykład pewnej wydanej niedawno zabawnej książeczki dla dzieci pokazuje, że piractwo może wręcz napędzać sprzedaż. Na wiele miesięcy przed opublikowaniem jej wersja PDF wyciekła do Sieci i szybko stała się internetowym przebojem. Wywołało to tak olbrzymie zainteresowanie książką, że po ukazaniu się od razu trafiła na szczyt listy bestselerów Amazona.
Nawet wytwórnie muzyczne uświadomiły sobie, że zabezpieczenia co najwyżej uprzykrzają życie uczciwym odbiorcom, nie przyczyniając się w żadnej mierze do powstrzymania piractwa. Obecnie już niemal żadne pliki muzyczne sprzedawane w Sieci nie są zabezpieczone przed kopiowaniem.
Faktem jest, że sklepy online nadal tracą przychody na skutek działalności piratów, ale wcale nie o wiele więcej niż poprzednio, a przynajmniej zabezpieczenia nie wkurzają ludzi. Dopóki tej lekcji nie przyswoją inni – wydawcy e-booków, filmów, programów telewizyjnych, oprogramowania – dobrze byłoby, gdyby Saturday Night Live przygotowała remake pamiętnego talk-
-show. Czyż nie jest oczywiste, kto obecnie powinien znaleźć się wśród gości? Facet, który napisał pierwszego wirusa komputerowego, ten, kto pierwszy rozesłał masowy spam, pierwsza osoba, która usiłowała przemycić do samolotu bombę w butach…