człowiek
Autor: James Vlahos | dodano: 2012-10-16
Mordercza senność

Majaczenia umysłu błądzącego w neurologicznej pułapce między snem a jawą mogą się przerodzić w tragiczną rzeczywistość.

Mężczyzna, który 27 czerwca 2005 roku zgłosił się do regionalnego ośrodka zaburzeń snu w Minnesocie (Minnesota Regional Sleep Disorders Center) wyglądał dość zwyczajnie. Jak tysiące innych pacjentów kliniki, Benjamin Adoyo (imię i nazwisko zmienione) był lunatykiem. Ten 26-letni wówczas student, Kenijczyk z pochodzenia, spacerował podczas snu od dzieciństwa, ale ostatnio coś zmieniło się na gorsze. Gdy w lutym ożenił się i zamieszkał z żoną w Plymouth, na przedmieściach Minneapolis, żonie zaczęły się przydarzać koszmarne pobudki: w środku nocy mąż potrząsał nią i szarpał, pochylając się nad łóżkiem i niezrozumiale coś mamrocząc. Przerażona kobieta wszelkimi sposobami starała się go dobudzić. Gdy mąż już się ocknął, niczego nie pamiętał. Somnambuliczne epizody kładły się cieniem na świeżym związku, lekarz rodzinny odesłał więc Adoyo do specjalisty, odnotowując w skierowaniu, że żona "była czasem zaniepokojona jego zachowaniem, ale śladów przemocy nie było".

Zbadawszy Adoyo, lekarze z ośrodka zaprosili go na kolejną, tym razem dłuższą wizytę 10 sierpnia, by we śnie wykonać elektroencefalografię (EEG – zapis elektrycznej czynności mózgu). W środku nocy Adoyo zaczął się awanturować, szarpać za przewody podłączone do elektrod, przy okazji wyrywając sobie włosy garściami. A przy tym w ogóle się nie obudził. Rankiem dyrektor ośrodka Michel Cramer Bornemann stwierdził, że badanie wskazuje na zaburzenie snu zwane parasomnią niezwiązaną z fazą REM. Nawiązując do zrywania czujników, spytał pacjenta, czy ten odczuwał przy tym jaki­kolwiek ból czy dyskomfort. Adoyo bez wahania zaprzeczył.

Kolejna wizyta odbyła się 17 października. Pacjent poskarżył się Borne­mannowi, że przepisany środek przeciwlękowy nie pomógł specjalnie na lunatykowanie, lekarz zwiększył więc dawkę z jednego do dwóch miligramów. Był przekonany, że potrafi pomóc choremu. "To taki miły człowiek – przyjazny, zaangażowany – wspomina Bornemann. – Nic nie wskazywało, by gdzieś w głębi czaił się poważniejszy problem".

Na kolejną wizytę Adoyo się nie stawił. Dopiero po kilku miesiącach lekarze z ośrodka dowiedzieli się dlaczego. Biuro stanowych obrońców z urzędu poinformowało ich listownie, że dwa dni po październikowej wizycie Adoyo został aresztowany pod zarzutem zamordowania żony, a obecnie jest o to formalnie oskarżony. W piśmie zaznaczono: "Poszukujemy konsultanta, który wyjaśniłby, czy rozpoznane zaburzenia snu mogły mieć jakikolwiek związek z przestępstwem".

Oniryczna skłonność

Sen to z pozoru kwestia elementarnie prosta: albo się śpi, albo nie. Naukowcom udało się nawet podzielić go na dwa główne, cyklicznie następujące po sobie stadia: fazę szybkich ruchów gałek ocznych (REM – rapid eye movement) i fazę snu wolnofalowego, a w tej drugiej wyodrębnić jeszcze trzy podfazy. Przez większość ponadstuletniego okresu badań nad odpoczynkiem utrzymywano, że sen i czuwanie to dwa osobne, wyraźnie rozgraniczone stany.

Nic więc dziwnego, że tak nastawieni sędziowie i przysięgli ze sceptycyzmem podchodzą do przedstawienia zaburzeń snu jako wyjaśnienia tła przestępstwa. Czyż bowiem oświadczenie "nie wiedziałem, co robię, bo spałem" nie brzmi jeszcze absurdalniej, niż powoływanie się na stan "pomroczności jasnej"? Czy nie jest próbą zdjęcia z siebie odpowiedzialności za pomocą naukowych kruczków? Jak można nie być przytomnym i świadomym, skoro jest się zdolnym kogoś molestować, zranić, a nawet zabić? Niemniej w ostatnich 20 latach w nauce o śnie nastąpił przełom, a nowa teoria potrafi wiele wyjaśnić – od przestępstw dokonywanych we śnie po naturę snu samą w sobie. Jak komentuje Bornemann: "sen i wybudzenie to nie dwie strony medalu, lecz krańce pewnego spektrum stanów".

Obraz osoby aktywnej fizycznie, ale nieobecnej duchem, jest zresztą dobrze zakorzeniony w kulturze – wystarczy wspomnieć szekspirowską Lady Macbeth. Nie jest także nowością na sali sądowej. W USA pierwszy przypadek skutecznego odwołania się do somnambulizmu przez obronę zanotowano w 1846 roku, w sprawie Alberta Jacksona Tirrella, który zabił prostytutkę, niemal odcinając jej głowę brzytwą. Ostatnim dotąd było uniewinnienie 23-letniego Kennetha Parksa z Toronto, który w 1987 roku przejechał 20 km i na koniec zabił teściową – wszystko w somnambulicznym transie.

Morderstwa przez sen trafiają na czołówki gazet, ale są na szczęście rzadkie – w przeglądzie opublikowanym w "Brain" w 2010 roku opisano tylko 21 takich spraw. Wyrok uniewinniający zapadał w co trzeciej. Natomiast zachowania agresywne, seksualne lub z innych powodów nielegalne są we śnie częstsze, niż się podejrzewa. Na zaburzenia snu cierpi 40 mln spośród 315 mln Amerykanów. Pod koniec XX wieku na podstawie telefonicznej ankiety oszacowano, że co pięćdziesiąty z nich przez sen zranił kogoś lub siebie.

Bornemann, a także współpracujący z nim Mark Mahowald i Carlos Schenck są jednymi z najwybitniejszych ekspertów od parasomnii – tak ogólnie określa się niepożądane zachowania śpiących – i często są proszeni o pomoc przez prawników. Aby rozdzielić swoje działania medyczne i prawne, założyli Sleep Forensics Associates – firmę doradczą, której szefuje Bornemann, a Mahowald i Schenck są wspólnikami.

Sleep Forensics to rodzaj naukowej agencji detektywistycznej. Prowadziła ona dotąd ponad 250 spraw, angażowana po równo przez obronę i oskarżenie. Nie ma zwyczaju wydawać opinii zgodnej z oczekiwaniami płatnika – zawsze próbuje ustalić prawdę. Bornemann przyznaje sobie tytuł "lead investigator" (co może znaczyć zarówno "główny badacz", jak i "detektyw prowadzący" – przyp. tłum.). Jego zadaniem jest w praktyce ustalenie profilu neurologicznego oskarżonego.

Wyniki tych dochodzeń są nieprzewidywalne. "Jeśli uda mi się podważyć parasomniczną linię obrony, prokurator stwierdzi: »Teraz są podstawy do skazania«" – mówi Bornemann. Ale praca naukowca-detektywa daje także szansę na rozgrzeszenie sprawcy. "W prawdziwej parasomnii działa się bez świadomości, intencji czy motywacji – podkreśla. – Z perspektywy obrońcy są to argumenty za całkowitym uniewinnieniem". Pamięta jednak, że sędziowie i przysięgli mają problem z akceptacją idei wielopostaciowości snu. Rozprawa dotyczy więc nie tylko czynów oskarżonego, ale i samej definicji świadomości.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 10/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
24
W 1859 r. Karol Darwin opublikował dzieło O powstaniu gatunków na drodze doboru naturalnego.
Warto przeczytać
Historia Polski pełna jest mitów, półprawd, przemilczeń i niedomówień. Różne jej wątki bywały w ciągu wieków retuszowane, poprawiane i wygładzane, by w końcu przybrać postać miłej dla ucha opowieści – stawały się narodowymi mitami.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: James Vlahos | dodano: 2012-10-16
Mordercza senność

Majaczenia umysłu błądzącego w neurologicznej pułapce między snem a jawą mogą się przerodzić w tragiczną rzeczywistość.

Mężczyzna, który 27 czerwca 2005 roku zgłosił się do regionalnego ośrodka zaburzeń snu w Minnesocie (Minnesota Regional Sleep Disorders Center) wyglądał dość zwyczajnie. Jak tysiące innych pacjentów kliniki, Benjamin Adoyo (imię i nazwisko zmienione) był lunatykiem. Ten 26-letni wówczas student, Kenijczyk z pochodzenia, spacerował podczas snu od dzieciństwa, ale ostatnio coś zmieniło się na gorsze. Gdy w lutym ożenił się i zamieszkał z żoną w Plymouth, na przedmieściach Minneapolis, żonie zaczęły się przydarzać koszmarne pobudki: w środku nocy mąż potrząsał nią i szarpał, pochylając się nad łóżkiem i niezrozumiale coś mamrocząc. Przerażona kobieta wszelkimi sposobami starała się go dobudzić. Gdy mąż już się ocknął, niczego nie pamiętał. Somnambuliczne epizody kładły się cieniem na świeżym związku, lekarz rodzinny odesłał więc Adoyo do specjalisty, odnotowując w skierowaniu, że żona "była czasem zaniepokojona jego zachowaniem, ale śladów przemocy nie było".

Zbadawszy Adoyo, lekarze z ośrodka zaprosili go na kolejną, tym razem dłuższą wizytę 10 sierpnia, by we śnie wykonać elektroencefalografię (EEG – zapis elektrycznej czynności mózgu). W środku nocy Adoyo zaczął się awanturować, szarpać za przewody podłączone do elektrod, przy okazji wyrywając sobie włosy garściami. A przy tym w ogóle się nie obudził. Rankiem dyrektor ośrodka Michel Cramer Bornemann stwierdził, że badanie wskazuje na zaburzenie snu zwane parasomnią niezwiązaną z fazą REM. Nawiązując do zrywania czujników, spytał pacjenta, czy ten odczuwał przy tym jaki­kolwiek ból czy dyskomfort. Adoyo bez wahania zaprzeczył.

Kolejna wizyta odbyła się 17 października. Pacjent poskarżył się Borne­mannowi, że przepisany środek przeciwlękowy nie pomógł specjalnie na lunatykowanie, lekarz zwiększył więc dawkę z jednego do dwóch miligramów. Był przekonany, że potrafi pomóc choremu. "To taki miły człowiek – przyjazny, zaangażowany – wspomina Bornemann. – Nic nie wskazywało, by gdzieś w głębi czaił się poważniejszy problem".

Na kolejną wizytę Adoyo się nie stawił. Dopiero po kilku miesiącach lekarze z ośrodka dowiedzieli się dlaczego. Biuro stanowych obrońców z urzędu poinformowało ich listownie, że dwa dni po październikowej wizycie Adoyo został aresztowany pod zarzutem zamordowania żony, a obecnie jest o to formalnie oskarżony. W piśmie zaznaczono: "Poszukujemy konsultanta, który wyjaśniłby, czy rozpoznane zaburzenia snu mogły mieć jakikolwiek związek z przestępstwem".

Oniryczna skłonność

Sen to z pozoru kwestia elementarnie prosta: albo się śpi, albo nie. Naukowcom udało się nawet podzielić go na dwa główne, cyklicznie następujące po sobie stadia: fazę szybkich ruchów gałek ocznych (REM – rapid eye movement) i fazę snu wolnofalowego, a w tej drugiej wyodrębnić jeszcze trzy podfazy. Przez większość ponadstuletniego okresu badań nad odpoczynkiem utrzymywano, że sen i czuwanie to dwa osobne, wyraźnie rozgraniczone stany.

Nic więc dziwnego, że tak nastawieni sędziowie i przysięgli ze sceptycyzmem podchodzą do przedstawienia zaburzeń snu jako wyjaśnienia tła przestępstwa. Czyż bowiem oświadczenie "nie wiedziałem, co robię, bo spałem" nie brzmi jeszcze absurdalniej, niż powoływanie się na stan "pomroczności jasnej"? Czy nie jest próbą zdjęcia z siebie odpowiedzialności za pomocą naukowych kruczków? Jak można nie być przytomnym i świadomym, skoro jest się zdolnym kogoś molestować, zranić, a nawet zabić? Niemniej w ostatnich 20 latach w nauce o śnie nastąpił przełom, a nowa teoria potrafi wiele wyjaśnić – od przestępstw dokonywanych we śnie po naturę snu samą w sobie. Jak komentuje Bornemann: "sen i wybudzenie to nie dwie strony medalu, lecz krańce pewnego spektrum stanów".

Obraz osoby aktywnej fizycznie, ale nieobecnej duchem, jest zresztą dobrze zakorzeniony w kulturze – wystarczy wspomnieć szekspirowską Lady Macbeth. Nie jest także nowością na sali sądowej. W USA pierwszy przypadek skutecznego odwołania się do somnambulizmu przez obronę zanotowano w 1846 roku, w sprawie Alberta Jacksona Tirrella, który zabił prostytutkę, niemal odcinając jej głowę brzytwą. Ostatnim dotąd było uniewinnienie 23-letniego Kennetha Parksa z Toronto, który w 1987 roku przejechał 20 km i na koniec zabił teściową – wszystko w somnambulicznym transie.

Morderstwa przez sen trafiają na czołówki gazet, ale są na szczęście rzadkie – w przeglądzie opublikowanym w "Brain" w 2010 roku opisano tylko 21 takich spraw. Wyrok uniewinniający zapadał w co trzeciej. Natomiast zachowania agresywne, seksualne lub z innych powodów nielegalne są we śnie częstsze, niż się podejrzewa. Na zaburzenia snu cierpi 40 mln spośród 315 mln Amerykanów. Pod koniec XX wieku na podstawie telefonicznej ankiety oszacowano, że co pięćdziesiąty z nich przez sen zranił kogoś lub siebie.

Bornemann, a także współpracujący z nim Mark Mahowald i Carlos Schenck są jednymi z najwybitniejszych ekspertów od parasomnii – tak ogólnie określa się niepożądane zachowania śpiących – i często są proszeni o pomoc przez prawników. Aby rozdzielić swoje działania medyczne i prawne, założyli Sleep Forensics Associates – firmę doradczą, której szefuje Bornemann, a Mahowald i Schenck są wspólnikami.

Sleep Forensics to rodzaj naukowej agencji detektywistycznej. Prowadziła ona dotąd ponad 250 spraw, angażowana po równo przez obronę i oskarżenie. Nie ma zwyczaju wydawać opinii zgodnej z oczekiwaniami płatnika – zawsze próbuje ustalić prawdę. Bornemann przyznaje sobie tytuł "lead investigator" (co może znaczyć zarówno "główny badacz", jak i "detektyw prowadzący" – przyp. tłum.). Jego zadaniem jest w praktyce ustalenie profilu neurologicznego oskarżonego.

Wyniki tych dochodzeń są nieprzewidywalne. "Jeśli uda mi się podważyć parasomniczną linię obrony, prokurator stwierdzi: »Teraz są podstawy do skazania«" – mówi Bornemann. Ale praca naukowca-detektywa daje także szansę na rozgrzeszenie sprawcy. "W prawdziwej parasomnii działa się bez świadomości, intencji czy motywacji – podkreśla. – Z perspektywy obrońcy są to argumenty za całkowitym uniewinnieniem". Pamięta jednak, że sędziowie i przysięgli mają problem z akceptacją idei wielopostaciowości snu. Rozprawa dotyczy więc nie tylko czynów oskarżonego, ale i samej definicji świadomości.