człowiek
Autor: Daniel T. Willingham | dodano: 2012-10-15
Obsługa działania ucznia

Nauczycielom potrzeba wiarygodnego źródła, które pomogłoby im odróżnić chwilowe trendy i mylne przekonania od naukowo sprawdzonych metod.

Większość pedagogów zgodziłaby się pewnie ze stwierdzeniem, że uczniowie powinni zapamiętać większość tego, co czytają. Mimo to przygotowujący się do egzaminów młodzi ludzie najczęściej zaznaczają markerami w podręcznikach najważniejsze fragmenty – niejednokrotnie dużą część każdej strony – i wracają do nich przed egzaminami.

Badania wykazały, że zaznaczanie i powtórne czytanie tekstu to jedna z najmniej skutecznych metod zapamiętywania przeczytanych treści. Udowodniono, że o wiele lepsze rezultaty daje wzajemne przepytywanie się uczniów. Podczas jednego z doświadczeń poproszono dwie grupy nastolatków o przeczytanie fragmentu tekstu. Ci, którzy trzykrotnie spróbowali sobie przypomnieć zawarte w nim informacje, osiągnęli na egzaminach o połowę lepszy wynik, niż ci, którzy po prostu trzykrotnie przeczytali przygotowany fragment. A jednak nauczyciele uparcie namawiają swoich podopiecznych do stosowania tej niedoskonałej techniki, a już na pewno do niej nie zniechęcają.

To tylko jeden z przejawów generalnego niedostosowania systemu szkolnictwa do zdobyczy nauki o mózgu. Wiele rozpowszechnionych przekonań na temat edukacji nijak ma się do rzeczywistych, udowodnionych przez badaczy mechanizmów myślenia i uczenia. Na przykład, od dawna pokutuje błędne przeświadczenie, że wpajanie treści jest mniej istotne niż nauka krytycznego podejścia i rozwiązywania problemów. Podobnie, naukowcy od dłuższego czasu wiedzą, że dzieci powinny poznawać związki między literami i dźwiękami, oraz że najlepiej, gdy ten cel zostaje jasno sprecyzowany, a mimo to wiele programów nauki czytania, nawet w dużych okręgach szkolnych, pozostawia te kwestie w gestii nauczyciela.

Można powiedzieć, że nauczyciele powinni na bieżąco śledzić najnowsze osiągnięcia nauki, jednak już samo nauczanie wymaga sporych nakładów pracy i czasu. Ponadto laikom ciężko jest odróżnić rzetelne badania od panoszącej się szarlatanerii i pseudonauki. Reklamowanych jest wiele nieraz kosztownych i rzekomo cudownych metod nauczania; niektóre mogą być nawet naukowo uzasadnione, ale nikt ich jeszcze rzetelnie nie zbadał. Na przykład, wydaje się, że „linearne” gry planszowe (nie te na planie okręgu) mogą przygotowywać przedszkolaki do nauki matematyki. Do tej pory jednak nie przetestowano tej hipotezy na wystarczająco dużej grupie dzieci.

Skąd pedagodzy mają wiedzieć, które praktyki warto stosować? Pomocą byłoby powołanie instytucji zajmującej się wnikliwym badaniem doniesień naukowych i opracowującej na ich podstawie kompendia dla nauczycieli. Takie rozwiązanie stosuje się w medycynie. Praktykujący lekarze są zbyt zajęci, by śledzić dziesiątki tysięcy ukazujących się artykułów. Zamiast przekopywać się przez stosy publikacji, polegają na cieszących się uznaniem opracowaniach i zawartych w nich rekomendacjach. Nauczyciele nie mają niczego podobnego do dyspozycji. Są zdani wyłącznie na siebie.

Amerykański Departament Edukacji próbował już podporządkować oświatę naukowemu rygorowi. W 2002 roku, z inicjatywy Instytutu Nauk Edukacyjnych przy Departamencie Edukacji, powstała instytucja What Works Clearinghouse (pośrednicząca w wymianie informacji o tym, „co działa najlepiej”). Zajmuje się ona oceną materiałów i programów nauczania, lecz przyjęła chyba zbyt wysokie standardy wobec dowodów naukowych, a ponadto nie uwzględnia opinii nauczycieli. Nie uczestniczą oni w procesie ewaluacji, choć ich wkład byłby niezwykle istotny – nie ulega wprawdzie wątpliwości, że badacze potrafią ocenić wartość naukowych źródeł, jednak nauczyciele lepiej rozumieją mechanizmy funkcjonowania oświaty. Celem takiej instytucji powinno być udzielanie wskazówek przydatnych w procesie nauczania.

Należałoby również zadbać, by zalecenia te były zgodne z ustaleniami nauk podstawowych. Na przykład, wielu nauczycieli wyznaje mylne przekonanie, że dzieci mają różne „style uczenia się” albo że mózgi chłopców, lepiej niż dziewczynek, są przystosowane do orientowania się w terenie. Niezależnie od sporów o to, czy obowiązek dostarczania nauczycielom rzetelnych informacji na temat procesów uczenia się powinien spoczywać na ośrodkach kształcenia nauczycieli, władzach stanowych, okręgach szkolnych czy też organizacjach zrzeszających pedagogów, żadna z tych instytucji nie wykazała dotąd szczególnego zainteresowania tą kwestią. Powołanie niezależnej komisji nadzoru o ogólnokrajowym zasięgu byłoby najprostszym i najszybszym rozwiązaniem problemu stanowiącego istotną przeszkodę w poprawie jakości kształcenia.

Daniel T. Willingham jest profesorem psychologii na University of Virginia oraz autorem książki „When Can You Trust the Experts? How to Tell Good Science from Bad in Education” (Wiley, 2012) (Kiedy ufać ekspertom? Jak odróżnić w oświacie rzetelną naukę od szarlatanerii).

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 10/2012 »
Drukuj »
Komentarze
Dodany przez: uriuk | 2013-08-29
10 lat prowadzilem zajecia z nawigacji. Praktyka jest taka, ze kobiety nawiguja w inny sposob niz faceci. Czesto kierujac sie na poludnie gubia sie, ale wystarczy im odwrocic mape i juz jest OK.
Zdecydowanie wystepuja tez rozne "style uczenia sie" Jeden kuje wzory a inny musi wszystkiego doswiadczyc organizmem.
Trzymalbym sie z daleka od swiatlych rad tego profesora, bo maja podobna wage jak nauki prof. Bendera i tym podobnych 
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Daniel T. Willingham | dodano: 2012-10-15
Obsługa działania ucznia

Nauczycielom potrzeba wiarygodnego źródła, które pomogłoby im odróżnić chwilowe trendy i mylne przekonania od naukowo sprawdzonych metod.

Większość pedagogów zgodziłaby się pewnie ze stwierdzeniem, że uczniowie powinni zapamiętać większość tego, co czytają. Mimo to przygotowujący się do egzaminów młodzi ludzie najczęściej zaznaczają markerami w podręcznikach najważniejsze fragmenty – niejednokrotnie dużą część każdej strony – i wracają do nich przed egzaminami.

Badania wykazały, że zaznaczanie i powtórne czytanie tekstu to jedna z najmniej skutecznych metod zapamiętywania przeczytanych treści. Udowodniono, że o wiele lepsze rezultaty daje wzajemne przepytywanie się uczniów. Podczas jednego z doświadczeń poproszono dwie grupy nastolatków o przeczytanie fragmentu tekstu. Ci, którzy trzykrotnie spróbowali sobie przypomnieć zawarte w nim informacje, osiągnęli na egzaminach o połowę lepszy wynik, niż ci, którzy po prostu trzykrotnie przeczytali przygotowany fragment. A jednak nauczyciele uparcie namawiają swoich podopiecznych do stosowania tej niedoskonałej techniki, a już na pewno do niej nie zniechęcają.

To tylko jeden z przejawów generalnego niedostosowania systemu szkolnictwa do zdobyczy nauki o mózgu. Wiele rozpowszechnionych przekonań na temat edukacji nijak ma się do rzeczywistych, udowodnionych przez badaczy mechanizmów myślenia i uczenia. Na przykład, od dawna pokutuje błędne przeświadczenie, że wpajanie treści jest mniej istotne niż nauka krytycznego podejścia i rozwiązywania problemów. Podobnie, naukowcy od dłuższego czasu wiedzą, że dzieci powinny poznawać związki między literami i dźwiękami, oraz że najlepiej, gdy ten cel zostaje jasno sprecyzowany, a mimo to wiele programów nauki czytania, nawet w dużych okręgach szkolnych, pozostawia te kwestie w gestii nauczyciela.

Można powiedzieć, że nauczyciele powinni na bieżąco śledzić najnowsze osiągnięcia nauki, jednak już samo nauczanie wymaga sporych nakładów pracy i czasu. Ponadto laikom ciężko jest odróżnić rzetelne badania od panoszącej się szarlatanerii i pseudonauki. Reklamowanych jest wiele nieraz kosztownych i rzekomo cudownych metod nauczania; niektóre mogą być nawet naukowo uzasadnione, ale nikt ich jeszcze rzetelnie nie zbadał. Na przykład, wydaje się, że „linearne” gry planszowe (nie te na planie okręgu) mogą przygotowywać przedszkolaki do nauki matematyki. Do tej pory jednak nie przetestowano tej hipotezy na wystarczająco dużej grupie dzieci.

Skąd pedagodzy mają wiedzieć, które praktyki warto stosować? Pomocą byłoby powołanie instytucji zajmującej się wnikliwym badaniem doniesień naukowych i opracowującej na ich podstawie kompendia dla nauczycieli. Takie rozwiązanie stosuje się w medycynie. Praktykujący lekarze są zbyt zajęci, by śledzić dziesiątki tysięcy ukazujących się artykułów. Zamiast przekopywać się przez stosy publikacji, polegają na cieszących się uznaniem opracowaniach i zawartych w nich rekomendacjach. Nauczyciele nie mają niczego podobnego do dyspozycji. Są zdani wyłącznie na siebie.

Amerykański Departament Edukacji próbował już podporządkować oświatę naukowemu rygorowi. W 2002 roku, z inicjatywy Instytutu Nauk Edukacyjnych przy Departamencie Edukacji, powstała instytucja What Works Clearinghouse (pośrednicząca w wymianie informacji o tym, „co działa najlepiej”). Zajmuje się ona oceną materiałów i programów nauczania, lecz przyjęła chyba zbyt wysokie standardy wobec dowodów naukowych, a ponadto nie uwzględnia opinii nauczycieli. Nie uczestniczą oni w procesie ewaluacji, choć ich wkład byłby niezwykle istotny – nie ulega wprawdzie wątpliwości, że badacze potrafią ocenić wartość naukowych źródeł, jednak nauczyciele lepiej rozumieją mechanizmy funkcjonowania oświaty. Celem takiej instytucji powinno być udzielanie wskazówek przydatnych w procesie nauczania.

Należałoby również zadbać, by zalecenia te były zgodne z ustaleniami nauk podstawowych. Na przykład, wielu nauczycieli wyznaje mylne przekonanie, że dzieci mają różne „style uczenia się” albo że mózgi chłopców, lepiej niż dziewczynek, są przystosowane do orientowania się w terenie. Niezależnie od sporów o to, czy obowiązek dostarczania nauczycielom rzetelnych informacji na temat procesów uczenia się powinien spoczywać na ośrodkach kształcenia nauczycieli, władzach stanowych, okręgach szkolnych czy też organizacjach zrzeszających pedagogów, żadna z tych instytucji nie wykazała dotąd szczególnego zainteresowania tą kwestią. Powołanie niezależnej komisji nadzoru o ogólnokrajowym zasięgu byłoby najprostszym i najszybszym rozwiązaniem problemu stanowiącego istotną przeszkodę w poprawie jakości kształcenia.

Daniel T. Willingham jest profesorem psychologii na University of Virginia oraz autorem książki „When Can You Trust the Experts? How to Tell Good Science from Bad in Education” (Wiley, 2012) (Kiedy ufać ekspertom? Jak odróżnić w oświacie rzetelną naukę od szarlatanerii).