książki
Autor: Mariola Będkowska | dodano: 2012-08-06
Dobra matka

Amy Chua - BOJOWA PIEŚŃ TYGRYSICY, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Pytanie na okładce polskiego wydania książki Bojowa pieśń tygrysicy: „Dlaczego chińskie matki są lepsze?” może oburzać – bo jest pytaniem z tezą. Według autorki „chińskie matki” lepiej od „zachodnich rodziców” wychowują swoje dzieci. Amy Chua zastrzega jednak, że te dwa określenia obejmują rodziców z całego świata, niezależnie od ich pochodzenia.

W tej, napisanej z dystansem, a nawet z przymrużeniem oka, opowieści, autorka porusza odwieczny problem wychowywania dzieci. Wielu rodziców zastanawia się, jak sprostać temu zadaniu, jaki model postępowania przyjąć, czym się kierować, gdzie przebiega granica między wychowaniem a zniewoleniem. Amy Chua – córka chińskich emigrantów, obywatelka USA, wykładowca prawa na Yale University – dokonała wyboru, opierając się na własnym doświadczeniu i obserwacji rodzin amerykańskich. To, że dzieciom w Stanach Zjednoczonych pozwalano zadowalać się bylejakością – słabymi wynikami w nauce, płytkimi zainteresowaniami, nieprzekładającymi się na nic konkretnego, oglądaniem telewizji i grami komputerowymi – Chua uważała za dowód braku wiary „zachodnich rodziców” w możliwości własnych dzieci i ukrywanie się za enigmatycznym stwierdzeniem: najważniejsze, aby dzieci były szczęśliwe.

W „modelu chińskim” szczęście nie jest priorytetem. Najistotniejszy jest cel. A celem autorki było wychowanie córek tak, aby mogły osiągnąć sukces życiowy. Dlatego też wysoko stawiała im poprzeczkę. Dzieci uczyły się czytać i pisać, nim skończyły trzy lata. Matka wybrała dla nich „wartościowe” zajęcia dodatkowe – grę na fortepianie dla starszej córki i na skrzypcach – dla młodszej.

We współczesnych modelach wychowawczych istotną rolę przypisuje się prawu dzieci do samostanowienia i szacunku. Z kolei według włoskiej pedagog Marii Montessori należy uczyć je m.in. samokontroli, dyscypliny, koncentracji i – co ważne – uniezależnienia od rywalizacji i nagród. W tym świetle dość powierzchowny wydaje się nacisk na zdobywanie jak najlepszych ocen (szóstka minus to porażka w „modelu chińskim” ) oraz złotych medali i świadectw z czerwonym paskiem. Czy chodzi o nagrodę, palmę pierwszeństwa? Dlaczego pierwsze miejsce ma być tak ważne? A może wartością jest ciężka praca, kształtowanie charakteru?

Jako „chińska matka” Amy Chua zabraniała dzieciom m.in. występowania w przedstawieniach szkolnych, oglądania telewizji, grania w gry komputerowe, zabaw i nocowania poza domem, aby nie marnowały czasu i nie nabierały złych nawyków. Autorka zanegowała ideę wolności wyboru, twierdząc, że aby dać dzieciom szansę na osiągnięcie sukcesu, należy rygorystycznie narzucić im codzienne obowiązki. „Model chiński” okazuje się jednak nieprzydatny, kiedy dziecko mimo wszystkich tych zabiegów ponosi porażkę. „Chińska matka” nie zakłada bowiem przegranej, nie umie więc sobie z nią radzić ani nauczyć tej umiejętności własnego dziecka. Chua musiała to przyznać, kiedy doszło do konfliktu z młodszą córką. Dała wtedy latorośli swobodę w wyborze hobby – okazał się nim tenis – przyjmując strategię „zachodnich rodziców”.

Wcześniej oceniała ich jednak jednoznacznie, uważając, że nie zastanawiają się oni nad wychowaniem potomstwa, a jedynie powielają schematy przyjęte w środowisku. Nie męczą się pracą z dzieckiem, nie pilnują, by solidnie się uczyło, a wolny czas spędzało użytecznie. Dziecko nie musi dostawać samych szóstek, byle było szczęśliwe, głoszą. A skoro uszczęśliwia je oglądanie telewizji lub gra na komputerze… no cóż, to też dla ludzi.

Książka jest interesująca, chociaż niektóre fragmenty mogą dziwić lub szokować – na przykład nazwanie córki „śmieciem”, gdy ta była nieposłuszna, lub wyrabianie przez dziewczynki „nadgodzin” przy instrumentach. Zawiera też wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących błędów w postępowaniu rodziców i – być może – warto je sobie wziąć do serca. Aczkolwiek może nie te o konieczności ćwiczenia gry na instrumentach również w czasie wakacji i wycieczek. Bo chyba nawet Adam Małysz przed zawodami miał więcej luzu!

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 09/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Mariola Będkowska | dodano: 2012-08-06
Dobra matka

Amy Chua - BOJOWA PIEŚŃ TYGRYSICY, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

Pytanie na okładce polskiego wydania książki Bojowa pieśń tygrysicy: „Dlaczego chińskie matki są lepsze?” może oburzać – bo jest pytaniem z tezą. Według autorki „chińskie matki” lepiej od „zachodnich rodziców” wychowują swoje dzieci. Amy Chua zastrzega jednak, że te dwa określenia obejmują rodziców z całego świata, niezależnie od ich pochodzenia.

W tej, napisanej z dystansem, a nawet z przymrużeniem oka, opowieści, autorka porusza odwieczny problem wychowywania dzieci. Wielu rodziców zastanawia się, jak sprostać temu zadaniu, jaki model postępowania przyjąć, czym się kierować, gdzie przebiega granica między wychowaniem a zniewoleniem. Amy Chua – córka chińskich emigrantów, obywatelka USA, wykładowca prawa na Yale University – dokonała wyboru, opierając się na własnym doświadczeniu i obserwacji rodzin amerykańskich. To, że dzieciom w Stanach Zjednoczonych pozwalano zadowalać się bylejakością – słabymi wynikami w nauce, płytkimi zainteresowaniami, nieprzekładającymi się na nic konkretnego, oglądaniem telewizji i grami komputerowymi – Chua uważała za dowód braku wiary „zachodnich rodziców” w możliwości własnych dzieci i ukrywanie się za enigmatycznym stwierdzeniem: najważniejsze, aby dzieci były szczęśliwe.

W „modelu chińskim” szczęście nie jest priorytetem. Najistotniejszy jest cel. A celem autorki było wychowanie córek tak, aby mogły osiągnąć sukces życiowy. Dlatego też wysoko stawiała im poprzeczkę. Dzieci uczyły się czytać i pisać, nim skończyły trzy lata. Matka wybrała dla nich „wartościowe” zajęcia dodatkowe – grę na fortepianie dla starszej córki i na skrzypcach – dla młodszej.

We współczesnych modelach wychowawczych istotną rolę przypisuje się prawu dzieci do samostanowienia i szacunku. Z kolei według włoskiej pedagog Marii Montessori należy uczyć je m.in. samokontroli, dyscypliny, koncentracji i – co ważne – uniezależnienia od rywalizacji i nagród. W tym świetle dość powierzchowny wydaje się nacisk na zdobywanie jak najlepszych ocen (szóstka minus to porażka w „modelu chińskim” ) oraz złotych medali i świadectw z czerwonym paskiem. Czy chodzi o nagrodę, palmę pierwszeństwa? Dlaczego pierwsze miejsce ma być tak ważne? A może wartością jest ciężka praca, kształtowanie charakteru?

Jako „chińska matka” Amy Chua zabraniała dzieciom m.in. występowania w przedstawieniach szkolnych, oglądania telewizji, grania w gry komputerowe, zabaw i nocowania poza domem, aby nie marnowały czasu i nie nabierały złych nawyków. Autorka zanegowała ideę wolności wyboru, twierdząc, że aby dać dzieciom szansę na osiągnięcie sukcesu, należy rygorystycznie narzucić im codzienne obowiązki. „Model chiński” okazuje się jednak nieprzydatny, kiedy dziecko mimo wszystkich tych zabiegów ponosi porażkę. „Chińska matka” nie zakłada bowiem przegranej, nie umie więc sobie z nią radzić ani nauczyć tej umiejętności własnego dziecka. Chua musiała to przyznać, kiedy doszło do konfliktu z młodszą córką. Dała wtedy latorośli swobodę w wyborze hobby – okazał się nim tenis – przyjmując strategię „zachodnich rodziców”.

Wcześniej oceniała ich jednak jednoznacznie, uważając, że nie zastanawiają się oni nad wychowaniem potomstwa, a jedynie powielają schematy przyjęte w środowisku. Nie męczą się pracą z dzieckiem, nie pilnują, by solidnie się uczyło, a wolny czas spędzało użytecznie. Dziecko nie musi dostawać samych szóstek, byle było szczęśliwe, głoszą. A skoro uszczęśliwia je oglądanie telewizji lub gra na komputerze… no cóż, to też dla ludzi.

Książka jest interesująca, chociaż niektóre fragmenty mogą dziwić lub szokować – na przykład nazwanie córki „śmieciem”, gdy ta była nieposłuszna, lub wyrabianie przez dziewczynki „nadgodzin” przy instrumentach. Zawiera też wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących błędów w postępowaniu rodziców i – być może – warto je sobie wziąć do serca. Aczkolwiek może nie te o konieczności ćwiczenia gry na instrumentach również w czasie wakacji i wycieczek. Bo chyba nawet Adam Małysz przed zawodami miał więcej luzu!