książki
Autor: Andrzej Koraszewski | dodano: 2012-07-18
Tylko teoria?

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji, przeł. Piotr J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, Stare Groszki 2010

Żyjemy w czasach zderzenia cywilizacji wiedzy z cywilizacją mitu. Ale już dziś można podejrzewać, że wygra strona spoza tego układu sił – Daleki Wschód, który najwyraźniej postawił na system edukacji promującej wiedzę i ignorującej mit.

Synowi przyjaciela wysłałem na bar micwę The Ancestor’s Tale Richarda Dawkinsa. Wnuk biologa i syn matematyka powinien przecież jak najwcześniej zapoznać się z tym autorem. Zastanawiam się jednak, czy nie należało mu raczej wyekspediować najnowszej publikacji Dawkinsa, bo ona jeszcze lepiej pokazuje mechanizm tego naszego zderzenia cywilizacyjnego.

Polski wydawca Najwspanialszego widowiska świata zachował oryginalną okładkę publikacji, opatrując ją hasłem: „Autor Boga urojonego”. I dobrze zrobił, bo w Polsce Dawkins znany jest bardziej jako słynny ateista niż znakomity biolog. Tych jego dwóch wcieleń nie wolno jednak rozpatrywać osobno. Dawkins napisał tylko jedną książkę poświęconą głównie Bogu i to tuż przed emeryturą. Bóg urojony szybko trafił na światowe listy bestsellerów, ale bestsellerami były w zasadzie wszystkie jego książki, począwszy od Samolubnego genu w 1976 roku. Od tamtej to pory twórczość Dawkinsa stała się również przedmiotem licznych kontrowersji i dziwacznych przekłamań. Nawet tak znakomici autorzy, jak Frans de Waal dopatrywali się w Samolubnym genie pochwały najgłupszej interpretacji ewolucjonizmu, czyli społecznego darwinizmu. Przez lata musiał więc Dawkins tłumaczyć, że teoria samolubnego genu nie oznacza bynajmniej teorii samolubnego człowieka.

Tymczasem nieprawdopodobny wprost postęp nauki, a zwłaszcza biologii i medycyny, który nastąpił w tym czasie, wzbudzał coraz większy niepokój formalnych i samozwańczych przedstawicieli instytucji religijnych. Paradoksalnie, im liczniejsze i bardziej bezsporne okazywały się dowody na słuszność teorii Karola Darwina, tym gwałtowniej przybywało jej przeciwników i tym częstsze pojawiały się żądania wyrzucenia teorii ewolucji z programów szkół lub przynajmniej prezentowania jej jako „tylko teorii” obok innych.

Tę narastającą frustrację widać dziś gołym okiem. Czy u jej źródła leży przekonanie, że to właśnie nauka ponosi odpowiedzialność za postęp laicyzacji? Czy teoria ewolucji narusza podstawy religii? Czy ów konflikt między nauką a religią jest rzeczywisty, czy tylko pozorny? Przecież nie wszyscy ludzie wierzący w Boga uważają postęp w biologii i medycynie za zagrożenie dla ich wiary. Również nie wszyscy niewierzący gotowi są postrzegać relacje między nauką a religią w kategoriach konfliktu. Wystarczy wspomnieć słynne utarczki Dawkinsa ze Stephenem Jayem Gouldem. Gould zbudował zgrabną teorię o „dwóch niezachodzących na siebie magisteriach” – nauki i religii. Dawkins nie miał problemu z udowodnieniem, że te „dobrosąsiedzkie” stosunki są iluzją, a religia ustawicznie ingeruje w naukę, negując ją bądź utrudniając jej uprawianie, przede wszystkim nieodmiennie szukając dróg do utrwalenia religijnego mitu na długo przedtem, zanim dziecko zetknie się z nauką.

Dawkins (i nie on jeden) nie tylko nie zaprzecza tezie, że nauka regularnie podważa religijny mit, a wiara w siły nadprzyrodzone i cuda poważnie utrudnia rozumienie nauki, ale wręcz jej broni. Sam tytuł tej jego książki początkowo miał brzmieć „Tylko teoria?”. Określenie „tylko teoria” jest bowiem bojowym okrzykiem współczesnych kreacjonistów. W Polsce mamy ich stosunkowo niewielu. I tak naprawdę nie o Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne mi chodzi, a o to, co dziecko słyszy w domu, w przedszkolu, wreszcie w szkole, a także o pakiet książek przygotowujących je do zrozumienia świata w kategoriach nauki i w kategoriach mitu.

W świetle nauki ewolucja jest faktem. (Pod takim właśnie tytułem, Ewolucja jest faktem, ukazała się w ubiegłym roku w wydawnictwie Prószyński i S-ka, polska wersja świetnej książki Jerry’ego Coyne’a Why Evolution Is True.) Najnowsza publikacja Dawkinsa jest próbą rozprawienia się z negującymi ewolucję. Ze względu na jej główne przesłanie autor prowadzi czytelnika innymi ścieżkami niż Coyne czy Neil Shubin w Naszej wewnętrznej menażerii [patrz: Marcin Machalski „Co nam zostało z tamtych lat”, RECENZJE; Świat Nauki, wrzesień 2009]. Na początek stawia w niej pytanie, dlaczego koncepcja ewolucji gatunków w drodze doboru naturalnego pojawiła się tak późno i dlaczego dla wielu jest tak trudna do zaakceptowania? Co bardziej przeszkadzało nam w zmianie paradygmatu – religijny mit czy filozoficzne koncepcje platońskich idei?

Od rozdziału drugiego daje jednak o sobie znać trzecia natura Dawkinsa – genialnego nauczyciela. Nawet jeśli czytelnik zna wszystkie argumenty, które on wytacza (a większość z nich zaprezentował już w swoich poprzednich książkach), tę pozycję czyta się wręcz znakomicie i trudno nie podziwiać przy tym wirtuozerii autora. (Dawkins jako dydaktyk zachwycił mnie po raz pierwszy swoim fenomenalnym cyklem bożonarodzeniowych wykładów dla dzieci i młodzieży z 1991 roku „Growing up in the Universe”.) Nie bez powodu, specjalnie dla niego utworzono na Oxford University katedrę Charles Simonyi Professor for the Public Understanding of Science. Była ona wprost fenomenalną instytucją przybliżania społeczeństwu nauki i gdyby tej klasy nauczycieli udawało się pozyskiwać spośród elity badaczy, taka koncepcja popularyzacji badań naukowych warta jest ze wszech miar upowszechniania.

Czytając polskie wydanie najnowszej książki Dawkinsa, zastanawiałem się nad dolną granicą wieku jej potencjalnych czytelników. Jestem przekonany, że mogę ją z powodzeniem zarekomendować co najmniej jednej uzdolnionej i zafascynowanej biologią uczennicy gimnazjum, z pewnością sporej grupce licealistów, tak naprawdę jednak wszystkim i starym, i młodym, niezależnie od tego, czy mieli wcześniej do czynienia z biologią, czy nie. Przede wszystkim jednak należałoby ją wręcz polecić nauczycielom biologii. Podobnie jak we wszystkich innych książkach Richarda Dawkinsa (może poza Bogiem urojonym) polemiki z kreacjonistami i z religią jako taką stanowią tu kompletny (acz pikantny) margines. Jest to bowiem znakomita i wartka opowieść o ewolucji, tym rzeczywiście najwspanialszym widowisku świata. Opowieść uporządkowana, barwna i wnikliwa, z setkami anegdot, która nawet tych niewiele dowiadujących się z niej nowego wbija w fotel jak dobry kryminał.

Z biologią jest jak z matematyką, fascynuje, ale łatwo się do niej zniechęcić na wczesnym etapie nauki. Kiedy pytam młodych ludzi o nauczanie ewolucji w ich szkole, często słyszę zdumiewające wręcz odpowiedzi, jak choćby taką: „Przez 12 lat nauki w szkole nie usłyszałem słowa ewolucja”. Raczej niewielu opuszcza szkolne mury w przekonaniu, że ewolucja to najwspanialsze widowisko świata. Właśnie dostałem list od zrozpaczonej matki, która w podręczniku syna, ucznia II klasy szkoły podstawowej, natknęła się na taki oto fragment dotyczący ćwiczeń na Wielkanoc: „... jajko, kurczak i kaczuszka są znakami nowego życia. Przypominają, że Chrystus zmartwychwstał, czyli zaczął żyć na nowo (...) zajączek przypomina, że nie tylko ludzie cieszą się ze zmartwychwstania Jezusa, ale i zwierzęta”.

Coyne chwali się na swoim blogu, że jego Ewolucja jest faktem znalazła się na liście 10 najważniejszych książek wydanych w Chinach w roku 2009. Najnowsza książka Dawkinsa też już oczywiście została przełożona na chiński i ponoć sprzedaje się tam lepiej niż Bóg urojony. Przypomina mi to opowieść Thomasa Friedmana z New York Timesa, który wspominał, że kiedy był mały, to matka mówiła mu: „Jedz, bo dzieci w Chinach głodują”. On sam dziś często upomina swoje córki: „Uczcie się dziewczyny, bo dzieci w Chinach tylko czekają na waszą pracę”. Tak, zderzenie cywilizacji wiedzy z cywilizacją mitu to nie żarty. Wielu mądrych ludzi jest przekonanych (i nie bez powodu), że wiek XXI będzie należał do biologii. Zrozumienie ewolucji życia na Ziemi to nie tylko fascynująca przygoda (która powinna zaczynać się już w przedszkolu), lecz także warunek konieczny, aby móc skutecznie uczestniczyć w konkurencji gospodarek opartych na wiedzy. Na Najwspanialsze widowisko świata z pewnością nie wolno pożałować pieniędzy.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 04/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
19
W 1912 r. urodził się George Emil Palade, amerykański cytolog, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Koraszewski | dodano: 2012-07-18
Tylko teoria?

Richard Dawkins - Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji, przeł. Piotr J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, Stare Groszki 2010

Żyjemy w czasach zderzenia cywilizacji wiedzy z cywilizacją mitu. Ale już dziś można podejrzewać, że wygra strona spoza tego układu sił – Daleki Wschód, który najwyraźniej postawił na system edukacji promującej wiedzę i ignorującej mit.

Synowi przyjaciela wysłałem na bar micwę The Ancestor’s Tale Richarda Dawkinsa. Wnuk biologa i syn matematyka powinien przecież jak najwcześniej zapoznać się z tym autorem. Zastanawiam się jednak, czy nie należało mu raczej wyekspediować najnowszej publikacji Dawkinsa, bo ona jeszcze lepiej pokazuje mechanizm tego naszego zderzenia cywilizacyjnego.

Polski wydawca Najwspanialszego widowiska świata zachował oryginalną okładkę publikacji, opatrując ją hasłem: „Autor Boga urojonego”. I dobrze zrobił, bo w Polsce Dawkins znany jest bardziej jako słynny ateista niż znakomity biolog. Tych jego dwóch wcieleń nie wolno jednak rozpatrywać osobno. Dawkins napisał tylko jedną książkę poświęconą głównie Bogu i to tuż przed emeryturą. Bóg urojony szybko trafił na światowe listy bestsellerów, ale bestsellerami były w zasadzie wszystkie jego książki, począwszy od Samolubnego genu w 1976 roku. Od tamtej to pory twórczość Dawkinsa stała się również przedmiotem licznych kontrowersji i dziwacznych przekłamań. Nawet tak znakomici autorzy, jak Frans de Waal dopatrywali się w Samolubnym genie pochwały najgłupszej interpretacji ewolucjonizmu, czyli społecznego darwinizmu. Przez lata musiał więc Dawkins tłumaczyć, że teoria samolubnego genu nie oznacza bynajmniej teorii samolubnego człowieka.

Tymczasem nieprawdopodobny wprost postęp nauki, a zwłaszcza biologii i medycyny, który nastąpił w tym czasie, wzbudzał coraz większy niepokój formalnych i samozwańczych przedstawicieli instytucji religijnych. Paradoksalnie, im liczniejsze i bardziej bezsporne okazywały się dowody na słuszność teorii Karola Darwina, tym gwałtowniej przybywało jej przeciwników i tym częstsze pojawiały się żądania wyrzucenia teorii ewolucji z programów szkół lub przynajmniej prezentowania jej jako „tylko teorii” obok innych.

Tę narastającą frustrację widać dziś gołym okiem. Czy u jej źródła leży przekonanie, że to właśnie nauka ponosi odpowiedzialność za postęp laicyzacji? Czy teoria ewolucji narusza podstawy religii? Czy ów konflikt między nauką a religią jest rzeczywisty, czy tylko pozorny? Przecież nie wszyscy ludzie wierzący w Boga uważają postęp w biologii i medycynie za zagrożenie dla ich wiary. Również nie wszyscy niewierzący gotowi są postrzegać relacje między nauką a religią w kategoriach konfliktu. Wystarczy wspomnieć słynne utarczki Dawkinsa ze Stephenem Jayem Gouldem. Gould zbudował zgrabną teorię o „dwóch niezachodzących na siebie magisteriach” – nauki i religii. Dawkins nie miał problemu z udowodnieniem, że te „dobrosąsiedzkie” stosunki są iluzją, a religia ustawicznie ingeruje w naukę, negując ją bądź utrudniając jej uprawianie, przede wszystkim nieodmiennie szukając dróg do utrwalenia religijnego mitu na długo przedtem, zanim dziecko zetknie się z nauką.

Dawkins (i nie on jeden) nie tylko nie zaprzecza tezie, że nauka regularnie podważa religijny mit, a wiara w siły nadprzyrodzone i cuda poważnie utrudnia rozumienie nauki, ale wręcz jej broni. Sam tytuł tej jego książki początkowo miał brzmieć „Tylko teoria?”. Określenie „tylko teoria” jest bowiem bojowym okrzykiem współczesnych kreacjonistów. W Polsce mamy ich stosunkowo niewielu. I tak naprawdę nie o Polskie Towarzystwo Kreacjonistyczne mi chodzi, a o to, co dziecko słyszy w domu, w przedszkolu, wreszcie w szkole, a także o pakiet książek przygotowujących je do zrozumienia świata w kategoriach nauki i w kategoriach mitu.

W świetle nauki ewolucja jest faktem. (Pod takim właśnie tytułem, Ewolucja jest faktem, ukazała się w ubiegłym roku w wydawnictwie Prószyński i S-ka, polska wersja świetnej książki Jerry’ego Coyne’a Why Evolution Is True.) Najnowsza publikacja Dawkinsa jest próbą rozprawienia się z negującymi ewolucję. Ze względu na jej główne przesłanie autor prowadzi czytelnika innymi ścieżkami niż Coyne czy Neil Shubin w Naszej wewnętrznej menażerii [patrz: Marcin Machalski „Co nam zostało z tamtych lat”, RECENZJE; Świat Nauki, wrzesień 2009]. Na początek stawia w niej pytanie, dlaczego koncepcja ewolucji gatunków w drodze doboru naturalnego pojawiła się tak późno i dlaczego dla wielu jest tak trudna do zaakceptowania? Co bardziej przeszkadzało nam w zmianie paradygmatu – religijny mit czy filozoficzne koncepcje platońskich idei?

Od rozdziału drugiego daje jednak o sobie znać trzecia natura Dawkinsa – genialnego nauczyciela. Nawet jeśli czytelnik zna wszystkie argumenty, które on wytacza (a większość z nich zaprezentował już w swoich poprzednich książkach), tę pozycję czyta się wręcz znakomicie i trudno nie podziwiać przy tym wirtuozerii autora. (Dawkins jako dydaktyk zachwycił mnie po raz pierwszy swoim fenomenalnym cyklem bożonarodzeniowych wykładów dla dzieci i młodzieży z 1991 roku „Growing up in the Universe”.) Nie bez powodu, specjalnie dla niego utworzono na Oxford University katedrę Charles Simonyi Professor for the Public Understanding of Science. Była ona wprost fenomenalną instytucją przybliżania społeczeństwu nauki i gdyby tej klasy nauczycieli udawało się pozyskiwać spośród elity badaczy, taka koncepcja popularyzacji badań naukowych warta jest ze wszech miar upowszechniania.

Czytając polskie wydanie najnowszej książki Dawkinsa, zastanawiałem się nad dolną granicą wieku jej potencjalnych czytelników. Jestem przekonany, że mogę ją z powodzeniem zarekomendować co najmniej jednej uzdolnionej i zafascynowanej biologią uczennicy gimnazjum, z pewnością sporej grupce licealistów, tak naprawdę jednak wszystkim i starym, i młodym, niezależnie od tego, czy mieli wcześniej do czynienia z biologią, czy nie. Przede wszystkim jednak należałoby ją wręcz polecić nauczycielom biologii. Podobnie jak we wszystkich innych książkach Richarda Dawkinsa (może poza Bogiem urojonym) polemiki z kreacjonistami i z religią jako taką stanowią tu kompletny (acz pikantny) margines. Jest to bowiem znakomita i wartka opowieść o ewolucji, tym rzeczywiście najwspanialszym widowisku świata. Opowieść uporządkowana, barwna i wnikliwa, z setkami anegdot, która nawet tych niewiele dowiadujących się z niej nowego wbija w fotel jak dobry kryminał.

Z biologią jest jak z matematyką, fascynuje, ale łatwo się do niej zniechęcić na wczesnym etapie nauki. Kiedy pytam młodych ludzi o nauczanie ewolucji w ich szkole, często słyszę zdumiewające wręcz odpowiedzi, jak choćby taką: „Przez 12 lat nauki w szkole nie usłyszałem słowa ewolucja”. Raczej niewielu opuszcza szkolne mury w przekonaniu, że ewolucja to najwspanialsze widowisko świata. Właśnie dostałem list od zrozpaczonej matki, która w podręczniku syna, ucznia II klasy szkoły podstawowej, natknęła się na taki oto fragment dotyczący ćwiczeń na Wielkanoc: „... jajko, kurczak i kaczuszka są znakami nowego życia. Przypominają, że Chrystus zmartwychwstał, czyli zaczął żyć na nowo (...) zajączek przypomina, że nie tylko ludzie cieszą się ze zmartwychwstania Jezusa, ale i zwierzęta”.

Coyne chwali się na swoim blogu, że jego Ewolucja jest faktem znalazła się na liście 10 najważniejszych książek wydanych w Chinach w roku 2009. Najnowsza książka Dawkinsa też już oczywiście została przełożona na chiński i ponoć sprzedaje się tam lepiej niż Bóg urojony. Przypomina mi to opowieść Thomasa Friedmana z New York Timesa, który wspominał, że kiedy był mały, to matka mówiła mu: „Jedz, bo dzieci w Chinach głodują”. On sam dziś często upomina swoje córki: „Uczcie się dziewczyny, bo dzieci w Chinach tylko czekają na waszą pracę”. Tak, zderzenie cywilizacji wiedzy z cywilizacją mitu to nie żarty. Wielu mądrych ludzi jest przekonanych (i nie bez powodu), że wiek XXI będzie należał do biologii. Zrozumienie ewolucji życia na Ziemi to nie tylko fascynująca przygoda (która powinna zaczynać się już w przedszkolu), lecz także warunek konieczny, aby móc skutecznie uczestniczyć w konkurencji gospodarek opartych na wiedzy. Na Najwspanialsze widowisko świata z pewnością nie wolno pożałować pieniędzy.