książki
Autor: Marcin Machalski | dodano: 2012-07-18
Liczą się fakty



Jerry A. Coyne - EWOLUCJA JEST FAKTEM
, przeł. Marcin Ryszkiewicz, Wiesław Studencki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Argument często nadużywany przez przeciwników ewolucji głosi, że to przecież „tylko teoria, a nie fakt”. Kreacjoniści nawiązują tym samym do potocznego rozumienia „teorii” jako „domysłu, który wymaga jeszcze potwierdzenia przez fakty”. Tymczasem w języku nauki teoria to wewnętrznie spójny, oparty na faktach system pojęciowy, opisujący określony dział wiedzy. Polski tytuł książki Jerry’ego A. Coyne’a nawiązuje więc do popularnego argumentu antyewolucyjnego. Nie jest to zbyt szczęśliwe rozwiązanie, bo utrwala pozorny konflikt pojęć. Jednak, jeśliby przyjąć takie uzasadnienie, tytuł jest celny.



Na ponad 300 stronach swej książki Jerry A. Coyne przytacza długą listę dowodów popierających teorię ewolucji. Co prawda, żaden z nich nie jest nowy, lecz w popularyzacji nauki liczy się sposób prezentacji, a temu u Coyene’a nie sposób niczego zarzucić. Podobnie zresztą jak polskiemu przekładowi.

Coyne czerpie swe argumenty z wielu dyscyplin naukowych, od anatomii i genetyki po biogeografię i paleontologię. Szczególnie wyrazistą wymowę mają dane anatomiczne. W budowie organizmów aż roi się od nie najlepszych rozwiązań konstrukcyjnych, takich jak okrężny przebieg nerwu krtaniowego u człowieka, wymuszony przez ograniczenia konstrukcyjne odziedziczone jeszcze po rybich przodkach. Ewolucja nie buduje od zera, lecz przekształca stare rozwiązania, często niezbyt zręcznie. Gdyby organizmy powstały na drodze Inteligentnego Projektu, byłyby tak doskonałe, jak sam Projektant.

Równie ważny argument oparty jest na istnieniu form przejściowych, zwanych też brakującymi ogniwami. Coyne omawia wiele przykładów takich form występujących na przykład między rybami a płazami lub między dinozaurami a ptakami. Warto dodać, że termin „brakujące ogniwo” (missing link) powstał w 1868 roku, a więc już dziewięć lat po wydaniu dzieła O powstawaniu gatunków. Zafascynowany tezami Darwina niemiecki przyrodnik Ernst Haeckel wymyślił wtedy pitekantropa – istotę pośrednią między człowiekiem a małpami. Pitekantrop był tworem wirtualnym, dopóki zainspirowany tezami Haeckla holenderski lekarz Eugene Dubois nie odkrył na Jawie okazu Homo erectus.

Nie tylko Haeckel przewidywał istnienie form przejściowych. Na miano jasnowidza paleontologii zasługuje m.in. Neil Shubin, który przez kilka lat wytrwale poszukiwał formy przejściowej między rybami mięśniopłetwymi a najstarszymi znanymi czworonogami (Tetrapoda). Przypuszczenia amerykańskiego paleontologa zmaterializowały się w postaci wspaniale zachowanych szczątków tiktalika – osławionej płazoryby z dalekiej północy Kanady.

Z terminami „brakujące ogniwo” lub „forma przejściowa” wiąże się pojęciowe zamieszanie, skwapliwie wykorzystywane przez przeciwników ewolucji. W interpretacji rozpowszechnianej przez media to najczęściej gatunek będący bezpośrednim przodkiem określonej grupy organizmów. Wystarczy przejrzeć nagłówki gazet obwieszczające o odkryciu tiktalika, takie jak „Przyłapaliśmy ewolucję w momencie, gdy przodek zwierząt lądowych wypełzał z wody na ląd” w Gazecie Wyborczej z 6 kwietnia 2006 roku. A przecież dla współczesnych paleontologów gatunek „przejściowy” to nie to samo co „wyjściowy”, jak słusznie podkreśla Coyne. Biorąc pod uwagę niekompletność zapisu kopalnego, znalezienie prawdziwego gatunku wyjściowego, na przykład dla ptaków czy płazów, graniczyłoby z cudem. Ponadto najprawdopodobniej nie umielibyśmy go nawet zidentyfikować.

Współczesna paleontologia jako „formy przejściowe” określa gatunki, wykazujące mieszaninę cech charakterystycznych dla grupy wyjściowej i potomnej – kontynuuje Coyne. Ich budowa jedynie sugeruje nam, jakimi ścieżkami postępowała ewolucja. Tak więc, najnowsze odkrycie starszych od tiktalika tropów czworonogów w Górach Świętokrzyskich, co ogłoszono w Nature z 7 stycznia br., wcale nie „rozbija w pył” dotychczasowej wizji ewolucji, jak obwieściły portale kreacjonistyczne, tylko ją modyfikuje. Kanadyjska płazoryba pozostaje nadal ważnym dowodem świadczącym o pochodzeniu czworonogów od ryb, choć stanowiła boczną i spóźnioną gałąź ewolucji. W pył obróciła się tylko etykietka „gatunku wyjściowego”, którą przyczepiono tiktalikowi z chwilą jego odkrycia.

Historia kołem się toczy. Donosząc o odkryciu świętokrzyskich tropów, gazety zakrzyknęły jednym głosem, że z morza wyszliśmy pod Kielcami. Jednak jest bardzo prawdopodobne, że wkrótce natrafimy na kości lub tropy jeszcze starszych czworonogów. Ich istnienie przewidują nawet odkrywcy świętokrzyskich śladów. Gdy nowe znaleziska ujrzą światło dzienne, gazety ogłoszą istnienie kolejnego „pierwszego czworonoga”, a kreacjoniści odtrąbią detronizację kolejnego „brakującego ogniwa”. Warto przeczytać dokładnie książkę Coyne’a, by trzeźwo spojrzeć na medialne zawirowania wokół form przejściowych.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 03/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
20
W 1985 r. Microsoft zaprezentował system operacyjny Windows 1.0.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Marcin Machalski | dodano: 2012-07-18
Liczą się fakty



Jerry A. Coyne - EWOLUCJA JEST FAKTEM
, przeł. Marcin Ryszkiewicz, Wiesław Studencki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Argument często nadużywany przez przeciwników ewolucji głosi, że to przecież „tylko teoria, a nie fakt”. Kreacjoniści nawiązują tym samym do potocznego rozumienia „teorii” jako „domysłu, który wymaga jeszcze potwierdzenia przez fakty”. Tymczasem w języku nauki teoria to wewnętrznie spójny, oparty na faktach system pojęciowy, opisujący określony dział wiedzy. Polski tytuł książki Jerry’ego A. Coyne’a nawiązuje więc do popularnego argumentu antyewolucyjnego. Nie jest to zbyt szczęśliwe rozwiązanie, bo utrwala pozorny konflikt pojęć. Jednak, jeśliby przyjąć takie uzasadnienie, tytuł jest celny.



Na ponad 300 stronach swej książki Jerry A. Coyne przytacza długą listę dowodów popierających teorię ewolucji. Co prawda, żaden z nich nie jest nowy, lecz w popularyzacji nauki liczy się sposób prezentacji, a temu u Coyene’a nie sposób niczego zarzucić. Podobnie zresztą jak polskiemu przekładowi.

Coyne czerpie swe argumenty z wielu dyscyplin naukowych, od anatomii i genetyki po biogeografię i paleontologię. Szczególnie wyrazistą wymowę mają dane anatomiczne. W budowie organizmów aż roi się od nie najlepszych rozwiązań konstrukcyjnych, takich jak okrężny przebieg nerwu krtaniowego u człowieka, wymuszony przez ograniczenia konstrukcyjne odziedziczone jeszcze po rybich przodkach. Ewolucja nie buduje od zera, lecz przekształca stare rozwiązania, często niezbyt zręcznie. Gdyby organizmy powstały na drodze Inteligentnego Projektu, byłyby tak doskonałe, jak sam Projektant.

Równie ważny argument oparty jest na istnieniu form przejściowych, zwanych też brakującymi ogniwami. Coyne omawia wiele przykładów takich form występujących na przykład między rybami a płazami lub między dinozaurami a ptakami. Warto dodać, że termin „brakujące ogniwo” (missing link) powstał w 1868 roku, a więc już dziewięć lat po wydaniu dzieła O powstawaniu gatunków. Zafascynowany tezami Darwina niemiecki przyrodnik Ernst Haeckel wymyślił wtedy pitekantropa – istotę pośrednią między człowiekiem a małpami. Pitekantrop był tworem wirtualnym, dopóki zainspirowany tezami Haeckla holenderski lekarz Eugene Dubois nie odkrył na Jawie okazu Homo erectus.

Nie tylko Haeckel przewidywał istnienie form przejściowych. Na miano jasnowidza paleontologii zasługuje m.in. Neil Shubin, który przez kilka lat wytrwale poszukiwał formy przejściowej między rybami mięśniopłetwymi a najstarszymi znanymi czworonogami (Tetrapoda). Przypuszczenia amerykańskiego paleontologa zmaterializowały się w postaci wspaniale zachowanych szczątków tiktalika – osławionej płazoryby z dalekiej północy Kanady.

Z terminami „brakujące ogniwo” lub „forma przejściowa” wiąże się pojęciowe zamieszanie, skwapliwie wykorzystywane przez przeciwników ewolucji. W interpretacji rozpowszechnianej przez media to najczęściej gatunek będący bezpośrednim przodkiem określonej grupy organizmów. Wystarczy przejrzeć nagłówki gazet obwieszczające o odkryciu tiktalika, takie jak „Przyłapaliśmy ewolucję w momencie, gdy przodek zwierząt lądowych wypełzał z wody na ląd” w Gazecie Wyborczej z 6 kwietnia 2006 roku. A przecież dla współczesnych paleontologów gatunek „przejściowy” to nie to samo co „wyjściowy”, jak słusznie podkreśla Coyne. Biorąc pod uwagę niekompletność zapisu kopalnego, znalezienie prawdziwego gatunku wyjściowego, na przykład dla ptaków czy płazów, graniczyłoby z cudem. Ponadto najprawdopodobniej nie umielibyśmy go nawet zidentyfikować.

Współczesna paleontologia jako „formy przejściowe” określa gatunki, wykazujące mieszaninę cech charakterystycznych dla grupy wyjściowej i potomnej – kontynuuje Coyne. Ich budowa jedynie sugeruje nam, jakimi ścieżkami postępowała ewolucja. Tak więc, najnowsze odkrycie starszych od tiktalika tropów czworonogów w Górach Świętokrzyskich, co ogłoszono w Nature z 7 stycznia br., wcale nie „rozbija w pył” dotychczasowej wizji ewolucji, jak obwieściły portale kreacjonistyczne, tylko ją modyfikuje. Kanadyjska płazoryba pozostaje nadal ważnym dowodem świadczącym o pochodzeniu czworonogów od ryb, choć stanowiła boczną i spóźnioną gałąź ewolucji. W pył obróciła się tylko etykietka „gatunku wyjściowego”, którą przyczepiono tiktalikowi z chwilą jego odkrycia.

Historia kołem się toczy. Donosząc o odkryciu świętokrzyskich tropów, gazety zakrzyknęły jednym głosem, że z morza wyszliśmy pod Kielcami. Jednak jest bardzo prawdopodobne, że wkrótce natrafimy na kości lub tropy jeszcze starszych czworonogów. Ich istnienie przewidują nawet odkrywcy świętokrzyskich śladów. Gdy nowe znaleziska ujrzą światło dzienne, gazety ogłoszą istnienie kolejnego „pierwszego czworonoga”, a kreacjoniści odtrąbią detronizację kolejnego „brakującego ogniwa”. Warto przeczytać dokładnie książkę Coyne’a, by trzeźwo spojrzeć na medialne zawirowania wokół form przejściowych.