książki
Autor: Stanisław Bajtlik | dodano: 2012-07-18
Sztuka wiedzy z niewiedzy

Paul J. Steinhardt, Neil Turok - Nieskończony Wszechświat. Poza teorię wielkiego wybuchu, przeł. Tomasz Krzysztoń, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Odkrycie przez Edwina Hubble’a rozszerzania się Wszechświata było jednym z największych osiągnięć XX wieku. Towarzyszyło temu opublikowanie przez Alberta Einsteina ogólnej teorii względności. Jedno pasowało do drugiego, choć wyniki były zaskakujące i sprzeczne z tzw. zdrowym rozsądkiem. Przełom w poznawaniu Wszechświata przyniosło odkrycie w 1965 roku przez Arno Penziasa i Roberta Wilsona mikrofalowego promieniowania tła – „echa Wielkiego Wybuchu”. Okazało się, że fantastyczna ludzka spekulacja, wysnuta z założeń o symetrii i prostocie praw przyrody, jest zdumiewająco skuteczna w opisie nie tylko ruchu planet wokół Słońca (anomalie ruchu Merkurego), lecz także ewolucji Wszechświata jako całości. Powstała teoria Wielkiego Wybuchu. Nazwana tak, prześmiewczo, przez Freda Hoyle’a, wielkiego brytyjskiego astronoma, pozwoliła zrozumieć zarówno „ucieczkę galaktyk”, jak i skład chemiczny Wszechświata, wypełniające go promieniowanie mikrofalowe oraz wiele innych, bardziej szczegółowych obserwacji.

Standardowa teoria Wielkiego Wybuchu znakomicie przeszła wiele testów obserwacyjnych. Niektóre z nich miały charakter experimentum crucis – testu, który mógł ją zabić w sposób nie do uratowania. Krytycy teorii Wielkiego Wybuchu doczekali się dziś statusu „oszołomów”, podobnego do tego, jaki mieli podejmujący próby zbudowania klasycznego modelu atomu albo zwalczający teorię względności. Nie oznacza to, że teoria ta jest pełna i zadowalająca. Tego nikt rozsądny nie twierdzi.

Teoria Wielkiego Wybuchu, zgodna z dostępnymi wynikami obserwacji, nie przynosi odpowiedzi na wiele podstawowych pytań. Nie wiemy, z jakiego powodu Wielki Wybuch w ogóle nastąpił ani dlaczego doszło do niego jednocześnie w całej przestrzeni (jak się wydaje, akauzalnie). Nie wiadomo też, co sprawia, że podstawowe parametry kosmologiczne przyjmują taką, a nie inną wartość. Pewne własności świata, takie jak na przykład topologia czasoprzestrzeni, w ogóle nie są opisywane przez żadną teorię fizyczną. Skąd biorą się prawa przyrody? Co nadało wartości stałym fizycznym? I czy one w ogóle istnieją, czy też są świadectwem naszej niewiedzy?

Książka Paula J. Steinhardta i Neila Turoka od lat zajmujących się kosmologią i fundamentalnymi teoriami fizycznymi (m.in. teorią superstrun) jest próbą popularyzacji tych najtrudniejszych pytań, przed którymi staje współczesna nauka. I jest to próba szalenie ambitna. Z własnego doświadczenia popularyzatora nauki wiem, że wytłumaczenie budowy atomu komuś, kto nie wie, jak stacza się kulka po równi pochyłej, graniczy z niemożliwością. Tymczasem autorzy zmierzają znacznie dalej. Chcą wyjaśnić szerokiemu ogółowi teorię, która jeszcze nie istnieje, fizycy jej nie znają, nie rozumieją, i, co gorsza, nie wszyscy się z nią nie zgadzają.

W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to czyste szaleństwo. Często zmęczony tłumaczeniem (w wersji trywialnej), że 2 plus 2 równa się 4, uważałem, że niektóre zagadnienia są niemożliwe do spopularyzowania, bo jednak wymagają pewnego przygotowania czytelnika. Steinhardt i Turok, wybitni naukowcy, pierwszy z Princeton University, drugi z Perimeter Institute for Theoretical Physics, próbują dowieść, że jest inaczej. Ich wywody są przekonujące, choć niekiedy można odnieść wrażenie, że zachowują się niczym czarodzieje i nikt poza nimi nie wie, dlaczego prowadzą nas akurat taką, a nie inną, drogą ani co jest na jej końcu. Ich książka jest nie mniej świetna i warta przeczytania, zwłaszcza przez krytyków teorii Wielkiego Wybuchu. Można się bowiem przekonać, że nie ma z nią żadnego problemu, a pytania i wątpliwości pojawiają się w obszarze, którego ona nigdy nie próbowała opisywać.

Budzą się natomiast wątpliwości, czy popularyzacja nauki z obszarów „na froncie badań” ma w ogóle sens. Moim zdaniem w większości przypadków go nie ma. Sprowadza się bowiem do epatowania magicznymi terminami i w końcu wywołuje u czytelnika wrażenie, że nauka jest niczym innym, jak czarną magią. Niestety, trochę takiej czarnej magii jest w książce Steinhardta i Turoka. Tyle że obaj autorzy są mistrzami w swojej dziedzinie. Mamy zatem kompetentnych narratorów, którzy jednak nieco chyba przeceniają możliwości swoich odbiorców.

Wielką zaletą książki jest rozkład akcentów. Pokazanie, że problemy współczesnej kosmologii nie sprowadzają się tylko do dawnego sporu o poprawność teorii Wielkiego Wybuchu, lecz są znacznie szersze. To ambitna próba, polegająca również na wkraczaniu w obszary, które od zawsze towarzyszyły nauce, takie, gdzie styka się ona z fikcją, spekulacjami, fantazjami, przeczuciami, marzeniami, intuicjami, a te nawet nie są na tyle konkretne, by ubierać je w formę hipotez roboczych. Nieustannie tworzyły one otoczkę wokół nauki. Niekiedy coś z tej otoczki przenikało do „twardej nauki”, w większości sytuacji jednak – nie. Czy z M-teorii oraz innych spekulacji i fantazji, o których piszą Steinhardt i Turok, cokolwiek pozostanie w nauce? Czas pokaże. Pewnie jednak, mimo ich wysiłków oraz starań innych utalentowanych fizyków, na zawsze pozostaniemy ze starym pytaniem, postawionym jeszcze przez Gottfrieda Wilhelma Leibniza: „Dlaczego istnieje coś raczej niż nic?”.

http://www.proszynski.pl/Nieskonczony_wszechswiat__Poza_teorie_wielkiego_wybuchu-p-30131-.html

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 03/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
22
W 1904 r. urodził się Louis Néel, francuski fizyk, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Stanisław Bajtlik | dodano: 2012-07-18
Sztuka wiedzy z niewiedzy

Paul J. Steinhardt, Neil Turok - Nieskończony Wszechświat. Poza teorię wielkiego wybuchu, przeł. Tomasz Krzysztoń, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009

Odkrycie przez Edwina Hubble’a rozszerzania się Wszechświata było jednym z największych osiągnięć XX wieku. Towarzyszyło temu opublikowanie przez Alberta Einsteina ogólnej teorii względności. Jedno pasowało do drugiego, choć wyniki były zaskakujące i sprzeczne z tzw. zdrowym rozsądkiem. Przełom w poznawaniu Wszechświata przyniosło odkrycie w 1965 roku przez Arno Penziasa i Roberta Wilsona mikrofalowego promieniowania tła – „echa Wielkiego Wybuchu”. Okazało się, że fantastyczna ludzka spekulacja, wysnuta z założeń o symetrii i prostocie praw przyrody, jest zdumiewająco skuteczna w opisie nie tylko ruchu planet wokół Słońca (anomalie ruchu Merkurego), lecz także ewolucji Wszechświata jako całości. Powstała teoria Wielkiego Wybuchu. Nazwana tak, prześmiewczo, przez Freda Hoyle’a, wielkiego brytyjskiego astronoma, pozwoliła zrozumieć zarówno „ucieczkę galaktyk”, jak i skład chemiczny Wszechświata, wypełniające go promieniowanie mikrofalowe oraz wiele innych, bardziej szczegółowych obserwacji.

Standardowa teoria Wielkiego Wybuchu znakomicie przeszła wiele testów obserwacyjnych. Niektóre z nich miały charakter experimentum crucis – testu, który mógł ją zabić w sposób nie do uratowania. Krytycy teorii Wielkiego Wybuchu doczekali się dziś statusu „oszołomów”, podobnego do tego, jaki mieli podejmujący próby zbudowania klasycznego modelu atomu albo zwalczający teorię względności. Nie oznacza to, że teoria ta jest pełna i zadowalająca. Tego nikt rozsądny nie twierdzi.

Teoria Wielkiego Wybuchu, zgodna z dostępnymi wynikami obserwacji, nie przynosi odpowiedzi na wiele podstawowych pytań. Nie wiemy, z jakiego powodu Wielki Wybuch w ogóle nastąpił ani dlaczego doszło do niego jednocześnie w całej przestrzeni (jak się wydaje, akauzalnie). Nie wiadomo też, co sprawia, że podstawowe parametry kosmologiczne przyjmują taką, a nie inną wartość. Pewne własności świata, takie jak na przykład topologia czasoprzestrzeni, w ogóle nie są opisywane przez żadną teorię fizyczną. Skąd biorą się prawa przyrody? Co nadało wartości stałym fizycznym? I czy one w ogóle istnieją, czy też są świadectwem naszej niewiedzy?

Książka Paula J. Steinhardta i Neila Turoka od lat zajmujących się kosmologią i fundamentalnymi teoriami fizycznymi (m.in. teorią superstrun) jest próbą popularyzacji tych najtrudniejszych pytań, przed którymi staje współczesna nauka. I jest to próba szalenie ambitna. Z własnego doświadczenia popularyzatora nauki wiem, że wytłumaczenie budowy atomu komuś, kto nie wie, jak stacza się kulka po równi pochyłej, graniczy z niemożliwością. Tymczasem autorzy zmierzają znacznie dalej. Chcą wyjaśnić szerokiemu ogółowi teorię, która jeszcze nie istnieje, fizycy jej nie znają, nie rozumieją, i, co gorsza, nie wszyscy się z nią nie zgadzają.

W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to czyste szaleństwo. Często zmęczony tłumaczeniem (w wersji trywialnej), że 2 plus 2 równa się 4, uważałem, że niektóre zagadnienia są niemożliwe do spopularyzowania, bo jednak wymagają pewnego przygotowania czytelnika. Steinhardt i Turok, wybitni naukowcy, pierwszy z Princeton University, drugi z Perimeter Institute for Theoretical Physics, próbują dowieść, że jest inaczej. Ich wywody są przekonujące, choć niekiedy można odnieść wrażenie, że zachowują się niczym czarodzieje i nikt poza nimi nie wie, dlaczego prowadzą nas akurat taką, a nie inną, drogą ani co jest na jej końcu. Ich książka jest nie mniej świetna i warta przeczytania, zwłaszcza przez krytyków teorii Wielkiego Wybuchu. Można się bowiem przekonać, że nie ma z nią żadnego problemu, a pytania i wątpliwości pojawiają się w obszarze, którego ona nigdy nie próbowała opisywać.

Budzą się natomiast wątpliwości, czy popularyzacja nauki z obszarów „na froncie badań” ma w ogóle sens. Moim zdaniem w większości przypadków go nie ma. Sprowadza się bowiem do epatowania magicznymi terminami i w końcu wywołuje u czytelnika wrażenie, że nauka jest niczym innym, jak czarną magią. Niestety, trochę takiej czarnej magii jest w książce Steinhardta i Turoka. Tyle że obaj autorzy są mistrzami w swojej dziedzinie. Mamy zatem kompetentnych narratorów, którzy jednak nieco chyba przeceniają możliwości swoich odbiorców.

Wielką zaletą książki jest rozkład akcentów. Pokazanie, że problemy współczesnej kosmologii nie sprowadzają się tylko do dawnego sporu o poprawność teorii Wielkiego Wybuchu, lecz są znacznie szersze. To ambitna próba, polegająca również na wkraczaniu w obszary, które od zawsze towarzyszyły nauce, takie, gdzie styka się ona z fikcją, spekulacjami, fantazjami, przeczuciami, marzeniami, intuicjami, a te nawet nie są na tyle konkretne, by ubierać je w formę hipotez roboczych. Nieustannie tworzyły one otoczkę wokół nauki. Niekiedy coś z tej otoczki przenikało do „twardej nauki”, w większości sytuacji jednak – nie. Czy z M-teorii oraz innych spekulacji i fantazji, o których piszą Steinhardt i Turok, cokolwiek pozostanie w nauce? Czas pokaże. Pewnie jednak, mimo ich wysiłków oraz starań innych utalentowanych fizyków, na zawsze pozostaniemy ze starym pytaniem, postawionym jeszcze przez Gottfrieda Wilhelma Leibniza: „Dlaczego istnieje coś raczej niż nic?”.

http://www.proszynski.pl/Nieskonczony_wszechswiat__Poza_teorie_wielkiego_wybuchu-p-30131-.html