książki
Autor: Janusz Dąbrowski | dodano: 2012-07-17
Rewolucja ante portas

Thomas L. Friedman - GORĄCY, PŁASKI I ZATŁOCZONY. Dlaczego potrzebna jest nam zielona rewolucja i jak może ona odmienić Amerykę, przeł. Tomasz Hornowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2009

Recenzując w styczniowym numerze Świata Nauki książkę Następne sto lat George’a Friedmana, wytknąłem autorowi, że nie poruszył tam tak istotnych dla świata problemów, jak wojna z nędzą, walka z AIDS, eksplozja demograficzna w ubogich krajach czy też globalne ocieplenie i zagrożenia, które niesie ono dla klimatu. Nie przewidziałem jednak, że niemal natychmiast na rynku ukaże się kolejna prognoza, chociaż o krótszym, bo kilkunastoletnim horyzoncie czasowym, odnosząca się do tych właśnie kwestii. Przede wszystkim chodziło mi o efekt cieplarniany i globalne zagrożenie środowiska. Przedstawił ją Thomas S. Friedman, publicysta New York Timesa, który zdobył sławę bestsellerem Świat jest płaski. Krótka historia XXI wieku (Dom Wydawniczy REBIS, 2006), gdzie obwieścił, że w wyniku globalizacji świat jakościowo stał się zupełnie innym środowiskiem i z kulistego zmienił się w płaski. Tym razem, z charakterystycznym dla siebie optymizmem, ogłosił, że weszliśmy w „erę energetyczno-klimatyczną”. Niestety, w konfrontacji z oporem materii jego entuzjazm dość szybko przygasł.

Nowa książka Friedmana jest fascynująca, pełna niezwykłych informacji i nieznanych faktów, chociaż można mu wytknąć wiele niedociągnięć, zwłaszcza niezwykły amerykocentryzm. Myślę jednak, że ten jego przekaz powinien zostać potraktowany bardzo poważnie i to nie tylko przez laików, lecz także przede wszystkim przez ludzi odpowiedzialnych za gospodarkę, naukowców i polityków najwyższego szczebla. Główną ideą książki jest bowiem konieczność rewolucyjnego odejścia od dotychczasowego modelu rozwoju gospodarczego świata, a w szczególności od tzw. kapitalistycznego modelu konsumpcji krajów rozwiniętych, czyli „amerykańskiego stylu życia”. Nie ulega wątpliwości że autor antycypuje w ten sposób wiele przemyśleń, które pojawiły się wśród ekonomistów, politologów i socjologów na skutek kryzysu finansowego i gospodarczego dwóch minionych lat. Friedman materiały do swej publikacji zapewne jednak zbierał latami i tylko przypadek sprawił, że ukazała się ona właśnie teraz.

A jej przesłanie jest jednoznaczne. Neoliberalny model produkcji i konsumpcji, w którym naczelny cel to maksymalny wzrost produkcji na bazie „brudnych paliw kopalnych”, w skali globalnej jest nie do przyjęcia z energetycznego i środowiskowego punktu widzenia. O ile bowiem z trudem można by kontynuować ten model rozwoju naszej planety dla enklaw, takich jak Stany Zjednoczone, Japonia i Unia Europejska, to przyjęcie tych samych standardów poziomu życia przez 1.3-miliardowe Chiny, miliardowe Indie, 300 mln obywateli Pakistanu z Bangladeszem oraz 250 mld mieszkańców Indonezji jest po prostu niemożliwe z powodu deficytu energii i niedostatecznej pojemności środowiska.

Osobiście nie jestem w pełni przekonany co do głoszonej przez autora koncepcji, że emitowany w wyniku produkcji przemysłowej ditlenek węgla stwarza największe zagrożenie dla świata i wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Zgadzam się jednak w zupełności, że w wielu dziedzinach ludzkiej działalności, zarówno gdy chodzi o sposób produkcji, jak i życia, zabrnęliśmy w ślepą uliczkę i niezależnie od przyczyny wzrostu poziomu CO2 trzeba działać. Jeżeli bowiem wszyscy będziemy chcieli zostać konsumpcyjnymi „kowbojami z Beverly Hills”, zabawa ta może się skończyć fatalnie. Jeszcze do niedawna wyglądało na to, że obywatele Azji, Ameryki Południowej, Afryki czy krajów postkomunistycznych przez stulecia, lub dłużej, będą jedynie marzyć o tym, by „rosnąć w siłę i żyć coraz dostatniej”. Okazało się jednak, że Chiny, a w ślad za nimi Indie i inne państwa, przyśpieszyły tak gwałtownie w upowszechnianiu konsumpcyjnego modelu życia klasy średniej w energetycznym i konsumpcyjnym luksusie, że Friedman, wzywając nas do wywołania zielonej rewolucji i natychmiastowego przejścia na czystą energię, chyba ma rację. Tylko ona – jego zdaniem – może zapewnić dalszy rozwój świata, choć wymagać to będzie wielu wyrzeczeń.

Kraje, które są zdolne o tym zadecydować, to Stany Zjednoczone i Chiny, czyli dwaj najwięksi obecnie emitenci CO2 na świecie. Jest to zestawienie prowokujące, ale z drugiej strony wywód Friedmana składa się niemal z samych paradoksów. Jego zdaniem USA są największą nadzieją świata na upowszechnienie czystej energii ze względu na swoje największe zaawansowanie techniczne i naukowe. Jednocześnie jednak nie potrafią podjąć tego wyzwania z powodu różnego rodzaju lobby (wielkich korporacji związanych z węglem, gazem oraz z Arabią Saudyjską, głównym dostawcą ropy dla USA), które rządzą w Kongresie, Senacie i Białym Domu. W efekcie Ameryka stała się państwem całkowicie uzależnionym od „brudnych paliw kopalnych”. Zdaniem autora, który poświęcił tej tezie cały rozdział swej książki, związanie się USA z Arabią Saudyjską, swego rodzaju muzułmańskim „jądrem ciemności”, odpowiedzialnym za światowy fundamentalizm i terroryzm, jest prawdziwą tragedią tak ze względów gospodarczych, jak politycznych. Ciekawe, że gdy identyczny pogląd głosił Michael Moore w filmie Fahrenheit 9/11 za rządów poprzedniego prezydenta, nazywano go kłamcą, oszustem i odsądzano od czci i wiary.

Z kolei Chiny, największy obecnie truciciel, budujące jedna za drugą elektrownie węglowe, które emitują miliardy ton CO2, jednocześnie, przynajmniej teoretycznie, byłyby w stanie awansować się do roli przodującego „odtruwacza” i lidera nowych, czystych technologii, jeżeliby uwierzyły w to zagrożenie i podjęły odpowiednie decyzje, gdyż władza totalitarna może narzucić tam najtwardsze zakazy i limity, tak jak to było na przykład z kwestią regulacji urodzin.

Według autora Gorącego, płaskiego i zatłoczonego: „Najbardziej potrzebujemy spójnej polityki państwa – przepisów i norm, podatków i kredytów, zachęt i wymogów, minimów i maksimów – które pobudzą i ukierunkują rynek na dalszy rozwój innowacji, na dalszą komercjalizację nowych pomysłów i na szybsze rozpoczęcie rewolucji”. Friedman precyzyjnie i przystępnie przedstawia wszystkie rozwiązania techniczne, gospodarcze i systemowe w dziedzinie czystej energii, które już teraz są „do wzięcia” wprost z laboratoriów naukowych lub z produkcji pilotażowej, a zasługują na powszechne wdrożenie. Liczą się one w tysiącach, lecz szczególnie fascynuje go idea „energetycznego Internetu”, czyli interaktywnego systemu dostarczania, magazynowania i efektywnego wykorzystania czystej energii.

Aby jednak wprowadzić ten rewelacyjny pomysł w życie, potrzebna jest całkowita zmiana obowiązującego w amerykańskiej gospodarce sposobu myślenia opierającego się na maksymalizacji zysku poprzez maksymalizację sprzedaży produktów, w tym wypadku energii, czym kierują się producenci z „brudnego lobby”. W zamian należy wprowadzić, i to w przypadku wszystkich produktów, skomplikowany system premiowania oszczędnej konsumpcji. Oznacza to kompletną zmianę jej modelu i jego kontrolę przez państwo. Potrzebna jest zatem z jednej strony bardzo silna interwencja rządu, a z drugiej – konsekwentna akcja edukacyjna. Oba zadania wydają się obecnie tak karkołomne, że w jednym z rozdziałów książki Friedman zaczyna marzyć o tym, aby chociaż na jeden dzień zamienić USA w Chiny, z ich totalitarnym systemem zarządzania, gdzie państwo może podejmować drastyczne decyzje, nawet wbrew krótkookresowym interesom społeczeństwa.

Dla polskiego czytelnika najciekawsze są jednak trzy problemy. Pierwszy z nich to szokująca dla zagorzałego liberała, za jakiego uchodzi autor, wiara w konieczność rozszerzenia regulującej roli państwa, które jego zdaniem ma do odegrania główną rolę w zwalczeniu wpływów i władzy lobby ropo-gazowo-węglowych. Wprawdzie w wielu miejscach swego projektu Friedman proponuje rozwiązania rynkowe, lub quasi-rynkowe, na przykład manipulowanie stawkami podatkowymi, które by zachęcały lub zniechęcały do poszczególnych metod produkcji czystej lub brudnej energii, ale jest zdania, że mechanizmy te są zbyt powolne w obliczu nadciągającej nieuchronnie katastrofy.

Drugim problemem jest wymieniona w tytule książki kwestia „zatłoczenia” naszej planety. Friedman dostrzega, że Ziemia może nie wytrzymać obciążenia urbanizacją i rozrzutną konsumpcją, którą demonstruje klasa średnia bogacących się krajów. Ale to nie tylko ona będzie ciężarem dla środowiska i nie tylko ona będzie generować gazy cieplarniane. Także ubodzy mieszkańcy dżungli Brazylii czy Indonezji, niszcząc lasy deszczowe i paląc wyrąbane drewno, wprowadzają do atmosfery ogromne ilości ditlenku węgla, a trzeba pamiętać, że właśnie w tych ubogich regionach mamy do czynienia z największym przyrostem naturalnym, wręcz bombą demograficzną. Szkoda zatem, że zabrakło mu odwagi, by napisać o tym, jak wielu skrajnych w swych poglądach demografów i ile organizacji ekologicznych wręcz żąda najszybszego i jak najdalej idącego ograniczenia liczby mieszkańców Ziemi.

Pozostaje wreszcie problem trzeci. Wprawdzie Friedman redukuje cały świat do dwóch mocarstw, których polityka przesądzi o losie naszej planety, ale przecież rodzi się pytanie: co powinny robić inne kraje? I dla nich, niestety, autor nie ma propozycji. Może więc warto samodzielnie pomyśleć, jak powinna się zachować Polska, w momencie kiedy na świecie będzie trwał wyścig energetyczny między największymi potęgami? Czy staniemy po stronie „brudnych” lobby, czy też podejmiemy wysiłek, aby wejść do kategorii „czyściochów”?

Póki co chowamy głowę w piasek, by uciec przed wielomiliardowymi kosztami, jakie pociąga za sobą ograniczenie emisji CO2. Ostatecznie możemy przystać na stopniowe montowanie wiatraków, ogniw słonecznych, wdrażanie geotermii i ocieplanie budynków. Może jednak należałoby jak najszybciej zabrać się za modernizację systemową, powszechne i drastyczne oszczędności energetyczne, produkcję urządzeń najnowszej generacji i ów „energetyczny Internet”? Obawiam się jednak, że szanse na to są nikłe. Nie jesteśmy przecież państwem totalitarnym, mamy wielkie ambicje w dziedzinie energochłonnej konsumpcji i, co gorsza, brakuje nam świadomości energetycznej i środowiskowej – społecznej i wśród ustawodawców, która pozwoliłaby na „wielki skok modernizacyjny” wydajnej energetycznie infrastruktury zarówno w skali krajowej, jak i regionalnej.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 02/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
24
W 1859 r. Karol Darwin opublikował dzieło O powstaniu gatunków na drodze doboru naturalnego.
Warto przeczytać
Historia Polski pełna jest mitów, półprawd, przemilczeń i niedomówień. Różne jej wątki bywały w ciągu wieków retuszowane, poprawiane i wygładzane, by w końcu przybrać postać miłej dla ucha opowieści – stawały się narodowymi mitami.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Janusz Dąbrowski | dodano: 2012-07-17
Rewolucja ante portas

Thomas L. Friedman - GORĄCY, PŁASKI I ZATŁOCZONY. Dlaczego potrzebna jest nam zielona rewolucja i jak może ona odmienić Amerykę, przeł. Tomasz Hornowski, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2009

Recenzując w styczniowym numerze Świata Nauki książkę Następne sto lat George’a Friedmana, wytknąłem autorowi, że nie poruszył tam tak istotnych dla świata problemów, jak wojna z nędzą, walka z AIDS, eksplozja demograficzna w ubogich krajach czy też globalne ocieplenie i zagrożenia, które niesie ono dla klimatu. Nie przewidziałem jednak, że niemal natychmiast na rynku ukaże się kolejna prognoza, chociaż o krótszym, bo kilkunastoletnim horyzoncie czasowym, odnosząca się do tych właśnie kwestii. Przede wszystkim chodziło mi o efekt cieplarniany i globalne zagrożenie środowiska. Przedstawił ją Thomas S. Friedman, publicysta New York Timesa, który zdobył sławę bestsellerem Świat jest płaski. Krótka historia XXI wieku (Dom Wydawniczy REBIS, 2006), gdzie obwieścił, że w wyniku globalizacji świat jakościowo stał się zupełnie innym środowiskiem i z kulistego zmienił się w płaski. Tym razem, z charakterystycznym dla siebie optymizmem, ogłosił, że weszliśmy w „erę energetyczno-klimatyczną”. Niestety, w konfrontacji z oporem materii jego entuzjazm dość szybko przygasł.

Nowa książka Friedmana jest fascynująca, pełna niezwykłych informacji i nieznanych faktów, chociaż można mu wytknąć wiele niedociągnięć, zwłaszcza niezwykły amerykocentryzm. Myślę jednak, że ten jego przekaz powinien zostać potraktowany bardzo poważnie i to nie tylko przez laików, lecz także przede wszystkim przez ludzi odpowiedzialnych za gospodarkę, naukowców i polityków najwyższego szczebla. Główną ideą książki jest bowiem konieczność rewolucyjnego odejścia od dotychczasowego modelu rozwoju gospodarczego świata, a w szczególności od tzw. kapitalistycznego modelu konsumpcji krajów rozwiniętych, czyli „amerykańskiego stylu życia”. Nie ulega wątpliwości że autor antycypuje w ten sposób wiele przemyśleń, które pojawiły się wśród ekonomistów, politologów i socjologów na skutek kryzysu finansowego i gospodarczego dwóch minionych lat. Friedman materiały do swej publikacji zapewne jednak zbierał latami i tylko przypadek sprawił, że ukazała się ona właśnie teraz.

A jej przesłanie jest jednoznaczne. Neoliberalny model produkcji i konsumpcji, w którym naczelny cel to maksymalny wzrost produkcji na bazie „brudnych paliw kopalnych”, w skali globalnej jest nie do przyjęcia z energetycznego i środowiskowego punktu widzenia. O ile bowiem z trudem można by kontynuować ten model rozwoju naszej planety dla enklaw, takich jak Stany Zjednoczone, Japonia i Unia Europejska, to przyjęcie tych samych standardów poziomu życia przez 1.3-miliardowe Chiny, miliardowe Indie, 300 mln obywateli Pakistanu z Bangladeszem oraz 250 mld mieszkańców Indonezji jest po prostu niemożliwe z powodu deficytu energii i niedostatecznej pojemności środowiska.

Osobiście nie jestem w pełni przekonany co do głoszonej przez autora koncepcji, że emitowany w wyniku produkcji przemysłowej ditlenek węgla stwarza największe zagrożenie dla świata i wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Zgadzam się jednak w zupełności, że w wielu dziedzinach ludzkiej działalności, zarówno gdy chodzi o sposób produkcji, jak i życia, zabrnęliśmy w ślepą uliczkę i niezależnie od przyczyny wzrostu poziomu CO2 trzeba działać. Jeżeli bowiem wszyscy będziemy chcieli zostać konsumpcyjnymi „kowbojami z Beverly Hills”, zabawa ta może się skończyć fatalnie. Jeszcze do niedawna wyglądało na to, że obywatele Azji, Ameryki Południowej, Afryki czy krajów postkomunistycznych przez stulecia, lub dłużej, będą jedynie marzyć o tym, by „rosnąć w siłę i żyć coraz dostatniej”. Okazało się jednak, że Chiny, a w ślad za nimi Indie i inne państwa, przyśpieszyły tak gwałtownie w upowszechnianiu konsumpcyjnego modelu życia klasy średniej w energetycznym i konsumpcyjnym luksusie, że Friedman, wzywając nas do wywołania zielonej rewolucji i natychmiastowego przejścia na czystą energię, chyba ma rację. Tylko ona – jego zdaniem – może zapewnić dalszy rozwój świata, choć wymagać to będzie wielu wyrzeczeń.

Kraje, które są zdolne o tym zadecydować, to Stany Zjednoczone i Chiny, czyli dwaj najwięksi obecnie emitenci CO2 na świecie. Jest to zestawienie prowokujące, ale z drugiej strony wywód Friedmana składa się niemal z samych paradoksów. Jego zdaniem USA są największą nadzieją świata na upowszechnienie czystej energii ze względu na swoje największe zaawansowanie techniczne i naukowe. Jednocześnie jednak nie potrafią podjąć tego wyzwania z powodu różnego rodzaju lobby (wielkich korporacji związanych z węglem, gazem oraz z Arabią Saudyjską, głównym dostawcą ropy dla USA), które rządzą w Kongresie, Senacie i Białym Domu. W efekcie Ameryka stała się państwem całkowicie uzależnionym od „brudnych paliw kopalnych”. Zdaniem autora, który poświęcił tej tezie cały rozdział swej książki, związanie się USA z Arabią Saudyjską, swego rodzaju muzułmańskim „jądrem ciemności”, odpowiedzialnym za światowy fundamentalizm i terroryzm, jest prawdziwą tragedią tak ze względów gospodarczych, jak politycznych. Ciekawe, że gdy identyczny pogląd głosił Michael Moore w filmie Fahrenheit 9/11 za rządów poprzedniego prezydenta, nazywano go kłamcą, oszustem i odsądzano od czci i wiary.

Z kolei Chiny, największy obecnie truciciel, budujące jedna za drugą elektrownie węglowe, które emitują miliardy ton CO2, jednocześnie, przynajmniej teoretycznie, byłyby w stanie awansować się do roli przodującego „odtruwacza” i lidera nowych, czystych technologii, jeżeliby uwierzyły w to zagrożenie i podjęły odpowiednie decyzje, gdyż władza totalitarna może narzucić tam najtwardsze zakazy i limity, tak jak to było na przykład z kwestią regulacji urodzin.

Według autora Gorącego, płaskiego i zatłoczonego: „Najbardziej potrzebujemy spójnej polityki państwa – przepisów i norm, podatków i kredytów, zachęt i wymogów, minimów i maksimów – które pobudzą i ukierunkują rynek na dalszy rozwój innowacji, na dalszą komercjalizację nowych pomysłów i na szybsze rozpoczęcie rewolucji”. Friedman precyzyjnie i przystępnie przedstawia wszystkie rozwiązania techniczne, gospodarcze i systemowe w dziedzinie czystej energii, które już teraz są „do wzięcia” wprost z laboratoriów naukowych lub z produkcji pilotażowej, a zasługują na powszechne wdrożenie. Liczą się one w tysiącach, lecz szczególnie fascynuje go idea „energetycznego Internetu”, czyli interaktywnego systemu dostarczania, magazynowania i efektywnego wykorzystania czystej energii.

Aby jednak wprowadzić ten rewelacyjny pomysł w życie, potrzebna jest całkowita zmiana obowiązującego w amerykańskiej gospodarce sposobu myślenia opierającego się na maksymalizacji zysku poprzez maksymalizację sprzedaży produktów, w tym wypadku energii, czym kierują się producenci z „brudnego lobby”. W zamian należy wprowadzić, i to w przypadku wszystkich produktów, skomplikowany system premiowania oszczędnej konsumpcji. Oznacza to kompletną zmianę jej modelu i jego kontrolę przez państwo. Potrzebna jest zatem z jednej strony bardzo silna interwencja rządu, a z drugiej – konsekwentna akcja edukacyjna. Oba zadania wydają się obecnie tak karkołomne, że w jednym z rozdziałów książki Friedman zaczyna marzyć o tym, aby chociaż na jeden dzień zamienić USA w Chiny, z ich totalitarnym systemem zarządzania, gdzie państwo może podejmować drastyczne decyzje, nawet wbrew krótkookresowym interesom społeczeństwa.

Dla polskiego czytelnika najciekawsze są jednak trzy problemy. Pierwszy z nich to szokująca dla zagorzałego liberała, za jakiego uchodzi autor, wiara w konieczność rozszerzenia regulującej roli państwa, które jego zdaniem ma do odegrania główną rolę w zwalczeniu wpływów i władzy lobby ropo-gazowo-węglowych. Wprawdzie w wielu miejscach swego projektu Friedman proponuje rozwiązania rynkowe, lub quasi-rynkowe, na przykład manipulowanie stawkami podatkowymi, które by zachęcały lub zniechęcały do poszczególnych metod produkcji czystej lub brudnej energii, ale jest zdania, że mechanizmy te są zbyt powolne w obliczu nadciągającej nieuchronnie katastrofy.

Drugim problemem jest wymieniona w tytule książki kwestia „zatłoczenia” naszej planety. Friedman dostrzega, że Ziemia może nie wytrzymać obciążenia urbanizacją i rozrzutną konsumpcją, którą demonstruje klasa średnia bogacących się krajów. Ale to nie tylko ona będzie ciężarem dla środowiska i nie tylko ona będzie generować gazy cieplarniane. Także ubodzy mieszkańcy dżungli Brazylii czy Indonezji, niszcząc lasy deszczowe i paląc wyrąbane drewno, wprowadzają do atmosfery ogromne ilości ditlenku węgla, a trzeba pamiętać, że właśnie w tych ubogich regionach mamy do czynienia z największym przyrostem naturalnym, wręcz bombą demograficzną. Szkoda zatem, że zabrakło mu odwagi, by napisać o tym, jak wielu skrajnych w swych poglądach demografów i ile organizacji ekologicznych wręcz żąda najszybszego i jak najdalej idącego ograniczenia liczby mieszkańców Ziemi.

Pozostaje wreszcie problem trzeci. Wprawdzie Friedman redukuje cały świat do dwóch mocarstw, których polityka przesądzi o losie naszej planety, ale przecież rodzi się pytanie: co powinny robić inne kraje? I dla nich, niestety, autor nie ma propozycji. Może więc warto samodzielnie pomyśleć, jak powinna się zachować Polska, w momencie kiedy na świecie będzie trwał wyścig energetyczny między największymi potęgami? Czy staniemy po stronie „brudnych” lobby, czy też podejmiemy wysiłek, aby wejść do kategorii „czyściochów”?

Póki co chowamy głowę w piasek, by uciec przed wielomiliardowymi kosztami, jakie pociąga za sobą ograniczenie emisji CO2. Ostatecznie możemy przystać na stopniowe montowanie wiatraków, ogniw słonecznych, wdrażanie geotermii i ocieplanie budynków. Może jednak należałoby jak najszybciej zabrać się za modernizację systemową, powszechne i drastyczne oszczędności energetyczne, produkcję urządzeń najnowszej generacji i ów „energetyczny Internet”? Obawiam się jednak, że szanse na to są nikłe. Nie jesteśmy przecież państwem totalitarnym, mamy wielkie ambicje w dziedzinie energochłonnej konsumpcji i, co gorsza, brakuje nam świadomości energetycznej i środowiskowej – społecznej i wśród ustawodawców, która pozwoliłaby na „wielki skok modernizacyjny” wydajnej energetycznie infrastruktury zarówno w skali krajowej, jak i regionalnej.