książki
Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2012-07-17
Potomkowie gotującej małpy

Richard Wrangham - WALKA O OGIEŃ, przeł. Anna E. Eichler, Magdalena Kawalec, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2009

W nauce, jak w życiu, nie wystarczy mieć rację, trzeba ją jeszcze potrafić sprzedać. Przy okazji kolejnych rocznic darwinowskich wciąż można przeczytać o zadziwiającym przeoczeniu narodzin ewolucjonizmu i idei doboru naturalnego na rok przed wydaniem O powstawaniu gatunków. W 1858 roku na posiedzeniu Towarzystwa Linneańskiego w Londynie zostały przedstawione trzy prace (dwie Darwina i jedna Wallace’a), które zawierały już zręby „darwinizmu”. Sam Darwin tak pisał na temat tekstu konkurenta, który sprowokował tę przyśpieszoną i nie w pełni przygotowaną prezentację: „nigdy nie spotkałem się z bardziej uderzającym zbiegiem okoliczności; gdyby Wallace dysponował rękopisem mojego szkicu z 1842 roku, nie mógłby sporządzić lepszego streszczenia! Nawet jego terminy stanowią teraz tytuły moich rozdziałów”. W 1858 roku darwinizm był więc już ukształtowany, a jednak się nie „przebił” – nie tylko do publicznej świadomości, lecz także do najbardziej zainteresowanych tematem kół naukowych.

A przecież to „najlepsze streszczenie” darwinizmu nie ukazało się w jakimś mało znanym czasopiśmie wydawanym w egzotycznym języku, ale zostało opublikowane w bodaj najpoczytniejszym periodyku naukowym najbardziej liczącego się kraju ówczesnego świata. Przewodniczący Towarzystwa Thomas Bell, omawiając w 1859 roku najciekawsze prace i idee ubiegłego sezonu, wypowiedział słynne słowa, wyrażające ubolewanie, że: „ostatni rok nie przyniósł żadnych uderzających odkryć z gatunku tych, które (…) rewolucjonizują gałąź nauki, z jakiej się wywodzą”. Tę wypowiedź wybitnego uczonego ze złośliwą satysfakcją wypomina mu się do dzisiaj. Już kilka miesięcy później owo „streszczenie” doczekało się wreszcie pośpiesznie napisanego i wbrew pierwotnym zamiarom Darwina znacznie okrojonego rozwinięcia*, uznanego od razu i niemal powszechnie za pracę przełomową, właśnie „z gatunku tych, które rewolucjonizują naukę”. Jej sześć kolejnych wydań (i tłumaczenia na wszystkie języki świata) przyniosło wydawcy i autorowi nieprzemijającą sławę i zasłużone zyski.

O powstawaniu gatunków było publikacją, ściśle biorąc, popularnonaukową, łatwo przyswajalnym „abstraktem” (tak Darwin zresztą początkowo zamierzał zatytułować swoje dzieło). Takie popularne streszczenia nie raz spowodowały przełom w rozwoju nauki i to one – nie ich naukowe odpowiedniki – docierały do powszechnej świadomości.

W Samolubnym genie na przykład Richard Dawkins nie prezentował własnych idei, posłużył się jedynie znanymi już w kręgach naukowych poglądami Williama Hamiltona i George’a C. Williamsa – ale rozwinął je i spopularyzował w tak nowatorski i oryginalny sposób, że zawładnął zbiorową wyobraźnią i trafił dosłownie pod strzechy (również naukowych instytutów). Odtąd ta iście rewolucyjna koncepcja nieodłącznie kojarzy się zarówno z jego nazwiskiem, jak i niezrównanymi metaforami. (A i Hamiltona też często pamięta się dzięki niezapomnianemu bon motowi, gdy na pytanie inspirowane jego koncepcjami egoizmu genowego: „Czy gotów byłby oddać życie za bliźniego?” – odparł bez wahania: „Tak, za dwóch braci lub czworo kuzynów”.) Więc rada dla naukowców, którzy chcieliby zrewolucjonizować jakąś dziedzinę: piszcie książki popularnonaukowe, a nie jedynie trudne elaboraty, róbcie to ciekawie, przystępnie oraz wykorzystujcie nośne metafory. I nie zapominajcie o jakichś łatwo wpadających w ucho i pobudzających wyobraźnię słowach kluczach, czyli skutecznych memach – by raz jeszcze powołać się na mistrza w tej dziedzinie, Richarda Dawkinsa.

Z tej rady skorzystał najwyraźniej Richard Wrangham, którego książka Walka o ogień ma wszelkie dane ku temu, by stać się jednym z punktów zwrotnych paleoantropologii, czyli nauki o pochodzeniu człowieka. Sama koncepcja jest znana od ładnych kilku lat, a opracował ją i spopularyzował sam Wrangham, który od dawna twierdzi, że człowiek to „małpa gotująca” (cooking ape), a termiczna obróbka pożywienia okazała się wyznacznikiem naszego człowieczeństwa – najważniejszym mechanizmem, który w toku ewolucji hominidów zadecydował o przejściu małpich australopiteków w ludzkich przedstawicieli rodzaju Homo. Staliśmy się ludźmi, bo ze zwykłych konsumentów przekształciliśmy się w kucharzy.

Swój pogląd Wrangham głosił wielokrotnie i nieraz już wyjaśniał, czemu „termiczna obróbka żywności” jest tak ważna i dlaczego miała tak dalekosiężne konsekwencje. Ale jego tezy, choć znane specjalistom, pozostawały raczej na uboczu głównych idei antropologii i traktowano je jako niezobowiązujące ciekawostki. Na przykład w specjalnym wydaniu Scientific American poświęconym ewolucji człowieka znalazł się artykuł pod „Wranghamowskim” tytułem [patrz: William R. Leonard „Pokarm dla umysłu”; Świat Nauki, Wydanie Specjalne, nr 3; 2003], mówiący o roli pożywienia i jego obróbki w naszej ewolucji, ale o hipotezie „gotującej małpy” wspomniano tylko przelotnie i w osobnej ramce, jako o ciekawej, ale niepasującej do głównych tez wywodu osobliwości. Tymczasem Wrangham uważa, że ujarzmienie ognia i narodziny gotowania miały kapitalne znaczenie w ewolucji człowieka i obejmowały nie tylko aspekty kulinarne, lecz także odcisnęły wyraźne piętno na naszej anatomii, ekologii, psychice i życiu społecznym. Efektem obróbki termicznej były bowiem nadwyżki energii, które mogliśmy – a nawet musieliśmy – przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb jakichś szczególnie energożernych struktur, co w naszym przypadku oznaczało tkankę nerwową. Staliśmy się ludźmi nie dlatego, że rosnący mózg okazywał się coraz użyteczniejszy – jak głosiły hipotezy „człowieka łowcy”, „człowieka wytwórcy” czy „człowieka istoty społecznej” – ale wskutek tego, że udało nam się, poprzez jeden przełomowy wynalazek, jakim okazało się zapanowanie nad ogniem, wygospodarować nieoczekiwane nadwyżki energii, które tak czy inaczej należało do czegoś wykorzystać.

Mózg wcale nie był zresztą jedyną opcją – przy obfitości pożywienia (i energii) jeleniowate na przykład inwestują w poroże (co przydaje się – pośrednio – do reprodukcji), ptaki w mięśnie skrzydeł (co usprawnia lot), a ludzie w szare komórki (czego biologiczna funkcja nie jest do końca jasna). Koncepcja gotującej małpy ma ogromny potencjał. Czy może jednak spełnić wszystkie pokładane w niej nadzieje? Wiele na pewno tak. Ale grozi jej, że chcąc tłumaczyć zbyt wiele, stanie się jedną z licznych tzw. parasolowych hipotez (umbrella hypothesis, jak z przekąsem mówią Brytyjczycy), które cierpią na przerost ambicji. Świadczy o tym dobitnie teoria „człowieka łowcy”, a jeszcze wyraźniej teza „wodnej małpy” – obie upadły na skutek nadmiernych aspiracji. Dziś zachowało się z nich niewiele, choć ślady tej obecności można bez trudu odnaleźć w innych, bardziej popularnych interpretacjach.

Aby przekonać do swych racji, Wrangham powinien przede wszystkim starać się nie tyle wyszukiwać argumenty, które je potwierdzają (to robi bez zarzutu, ale też ten etap narodzin nowej hipotezy jest zwykle najprostszy i najprzyjemniejszy), ile jeszcze rozejrzeć się za wszystkimi kłopotliwymi faktami – a tych najwyraźniej unika. W jego książce brak nawet wzmianki o małych ludziach z Flores, którzy – mimo wyraźnie mięsnej diety i umiejętności kontrolowania (i wykorzystywania) ognia – mieli mózgi o wielkości zredukowanej do rozmiarów tego narządu u naszych najstarszych małpich przodków. Być może Wrangham ma wątpliwości dotyczące statusu hobbitów i realności ich prymitywnych cech, ale powinien o tym powiedzieć, bo jeśli się okaże, że to odkrycie jest jak najbardziej autentyczne, ci karłowaci ludzie mogą mu sprawić ogromne problemy. A jeśli nawet nie hobbici, to pozostają jeszcze homininy z Dmanisi – też mięsożerne, też używające ognia (jak inaczej mogłyby przeżyć w górach Kaukazu?) i też – przynajmniej niektórzy ich przedstawiciele – o dziwnie małych mózgach. Nie da się udawać, że ich nigdy nie było.

Takich braków w Walce o ogień jest więcej, co dziwi tym bardziej, że niektóre mogłyby stanowić doskonałe potwierdzenie głoszonych przez autora tez. Koncepcja Wranghama dotyczy człowieka, ale powinna też tłumaczyć i inne przypadki wykorzystania nadmiaru energii do produkcji szarych komórek. Najlepszym przykładem są tu morskie ssaki, które – przechodząc do życia w tym środowisku – uzyskały nowe i niezwykle bogate źródło kalorii i substancji do budowy swoich ciał. Podobieństwo mózgów delfinów i ludzi (a zarazem psychicznych zdolności jednych i drugich) zawsze fascynowało i tu hipoteza Wranghama wiele by wniosła (nie w kwestii używania ognia – w tym delfiny nie są najlepsze – lecz alokacji nadwyżek energii), jednak autor nie próbuje tego tematu rozwijać. A szkoda, bo aż prosi się, by sprawdzić, jak pod względem encefalizacji („umózgowienia”) wyglądają inne morskie, choć roślinożerne ssaki, na przykład syreny, które wobec delfinów mogłyby odgrywać (ekologicznie) tę samą rolę, co australopiteki w stosunku do człowieka. Na swój użytek sprawdziłem, jaka jest względna wielkość ich mózgowia – okazuje się, że trzykrotnie mniejsza niż u ich drapieżnych odpowiedników; to dokładnie tak samo, jak w przypadku pary australopiteki–ludzie współcześni. Czy to nie ciekawe?

Książka Wranghama skłania do refleksji i pobudza do myślenia – mogę ją śmiało polecić każdemu, kogo interesuje, skąd i jak wzięliśmy się na świecie, oraz wszystkim smakoszom i miłośnikom dobrej (paleolitycznej) kuchni – miejscami czyta się ją jak oryginalną książkę kucharską. A wydawca (także redaktor i współtłumacz w jednej osobie) zwycięsko zmierzył się z tą trudną naukowo- -kulinarną materią i bardzo smakowicie nam ją podał. Naprawdę dobra to strawa dla umysłu.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 02/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
19
W 1912 r. urodził się George Emil Palade, amerykański cytolog, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2012-07-17
Potomkowie gotującej małpy

Richard Wrangham - WALKA O OGIEŃ, przeł. Anna E. Eichler, Magdalena Kawalec, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2009

W nauce, jak w życiu, nie wystarczy mieć rację, trzeba ją jeszcze potrafić sprzedać. Przy okazji kolejnych rocznic darwinowskich wciąż można przeczytać o zadziwiającym przeoczeniu narodzin ewolucjonizmu i idei doboru naturalnego na rok przed wydaniem O powstawaniu gatunków. W 1858 roku na posiedzeniu Towarzystwa Linneańskiego w Londynie zostały przedstawione trzy prace (dwie Darwina i jedna Wallace’a), które zawierały już zręby „darwinizmu”. Sam Darwin tak pisał na temat tekstu konkurenta, który sprowokował tę przyśpieszoną i nie w pełni przygotowaną prezentację: „nigdy nie spotkałem się z bardziej uderzającym zbiegiem okoliczności; gdyby Wallace dysponował rękopisem mojego szkicu z 1842 roku, nie mógłby sporządzić lepszego streszczenia! Nawet jego terminy stanowią teraz tytuły moich rozdziałów”. W 1858 roku darwinizm był więc już ukształtowany, a jednak się nie „przebił” – nie tylko do publicznej świadomości, lecz także do najbardziej zainteresowanych tematem kół naukowych.

A przecież to „najlepsze streszczenie” darwinizmu nie ukazało się w jakimś mało znanym czasopiśmie wydawanym w egzotycznym języku, ale zostało opublikowane w bodaj najpoczytniejszym periodyku naukowym najbardziej liczącego się kraju ówczesnego świata. Przewodniczący Towarzystwa Thomas Bell, omawiając w 1859 roku najciekawsze prace i idee ubiegłego sezonu, wypowiedział słynne słowa, wyrażające ubolewanie, że: „ostatni rok nie przyniósł żadnych uderzających odkryć z gatunku tych, które (…) rewolucjonizują gałąź nauki, z jakiej się wywodzą”. Tę wypowiedź wybitnego uczonego ze złośliwą satysfakcją wypomina mu się do dzisiaj. Już kilka miesięcy później owo „streszczenie” doczekało się wreszcie pośpiesznie napisanego i wbrew pierwotnym zamiarom Darwina znacznie okrojonego rozwinięcia*, uznanego od razu i niemal powszechnie za pracę przełomową, właśnie „z gatunku tych, które rewolucjonizują naukę”. Jej sześć kolejnych wydań (i tłumaczenia na wszystkie języki świata) przyniosło wydawcy i autorowi nieprzemijającą sławę i zasłużone zyski.

O powstawaniu gatunków było publikacją, ściśle biorąc, popularnonaukową, łatwo przyswajalnym „abstraktem” (tak Darwin zresztą początkowo zamierzał zatytułować swoje dzieło). Takie popularne streszczenia nie raz spowodowały przełom w rozwoju nauki i to one – nie ich naukowe odpowiedniki – docierały do powszechnej świadomości.

W Samolubnym genie na przykład Richard Dawkins nie prezentował własnych idei, posłużył się jedynie znanymi już w kręgach naukowych poglądami Williama Hamiltona i George’a C. Williamsa – ale rozwinął je i spopularyzował w tak nowatorski i oryginalny sposób, że zawładnął zbiorową wyobraźnią i trafił dosłownie pod strzechy (również naukowych instytutów). Odtąd ta iście rewolucyjna koncepcja nieodłącznie kojarzy się zarówno z jego nazwiskiem, jak i niezrównanymi metaforami. (A i Hamiltona też często pamięta się dzięki niezapomnianemu bon motowi, gdy na pytanie inspirowane jego koncepcjami egoizmu genowego: „Czy gotów byłby oddać życie za bliźniego?” – odparł bez wahania: „Tak, za dwóch braci lub czworo kuzynów”.) Więc rada dla naukowców, którzy chcieliby zrewolucjonizować jakąś dziedzinę: piszcie książki popularnonaukowe, a nie jedynie trudne elaboraty, róbcie to ciekawie, przystępnie oraz wykorzystujcie nośne metafory. I nie zapominajcie o jakichś łatwo wpadających w ucho i pobudzających wyobraźnię słowach kluczach, czyli skutecznych memach – by raz jeszcze powołać się na mistrza w tej dziedzinie, Richarda Dawkinsa.

Z tej rady skorzystał najwyraźniej Richard Wrangham, którego książka Walka o ogień ma wszelkie dane ku temu, by stać się jednym z punktów zwrotnych paleoantropologii, czyli nauki o pochodzeniu człowieka. Sama koncepcja jest znana od ładnych kilku lat, a opracował ją i spopularyzował sam Wrangham, który od dawna twierdzi, że człowiek to „małpa gotująca” (cooking ape), a termiczna obróbka pożywienia okazała się wyznacznikiem naszego człowieczeństwa – najważniejszym mechanizmem, który w toku ewolucji hominidów zadecydował o przejściu małpich australopiteków w ludzkich przedstawicieli rodzaju Homo. Staliśmy się ludźmi, bo ze zwykłych konsumentów przekształciliśmy się w kucharzy.

Swój pogląd Wrangham głosił wielokrotnie i nieraz już wyjaśniał, czemu „termiczna obróbka żywności” jest tak ważna i dlaczego miała tak dalekosiężne konsekwencje. Ale jego tezy, choć znane specjalistom, pozostawały raczej na uboczu głównych idei antropologii i traktowano je jako niezobowiązujące ciekawostki. Na przykład w specjalnym wydaniu Scientific American poświęconym ewolucji człowieka znalazł się artykuł pod „Wranghamowskim” tytułem [patrz: William R. Leonard „Pokarm dla umysłu”; Świat Nauki, Wydanie Specjalne, nr 3; 2003], mówiący o roli pożywienia i jego obróbki w naszej ewolucji, ale o hipotezie „gotującej małpy” wspomniano tylko przelotnie i w osobnej ramce, jako o ciekawej, ale niepasującej do głównych tez wywodu osobliwości. Tymczasem Wrangham uważa, że ujarzmienie ognia i narodziny gotowania miały kapitalne znaczenie w ewolucji człowieka i obejmowały nie tylko aspekty kulinarne, lecz także odcisnęły wyraźne piętno na naszej anatomii, ekologii, psychice i życiu społecznym. Efektem obróbki termicznej były bowiem nadwyżki energii, które mogliśmy – a nawet musieliśmy – przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb jakichś szczególnie energożernych struktur, co w naszym przypadku oznaczało tkankę nerwową. Staliśmy się ludźmi nie dlatego, że rosnący mózg okazywał się coraz użyteczniejszy – jak głosiły hipotezy „człowieka łowcy”, „człowieka wytwórcy” czy „człowieka istoty społecznej” – ale wskutek tego, że udało nam się, poprzez jeden przełomowy wynalazek, jakim okazało się zapanowanie nad ogniem, wygospodarować nieoczekiwane nadwyżki energii, które tak czy inaczej należało do czegoś wykorzystać.

Mózg wcale nie był zresztą jedyną opcją – przy obfitości pożywienia (i energii) jeleniowate na przykład inwestują w poroże (co przydaje się – pośrednio – do reprodukcji), ptaki w mięśnie skrzydeł (co usprawnia lot), a ludzie w szare komórki (czego biologiczna funkcja nie jest do końca jasna). Koncepcja gotującej małpy ma ogromny potencjał. Czy może jednak spełnić wszystkie pokładane w niej nadzieje? Wiele na pewno tak. Ale grozi jej, że chcąc tłumaczyć zbyt wiele, stanie się jedną z licznych tzw. parasolowych hipotez (umbrella hypothesis, jak z przekąsem mówią Brytyjczycy), które cierpią na przerost ambicji. Świadczy o tym dobitnie teoria „człowieka łowcy”, a jeszcze wyraźniej teza „wodnej małpy” – obie upadły na skutek nadmiernych aspiracji. Dziś zachowało się z nich niewiele, choć ślady tej obecności można bez trudu odnaleźć w innych, bardziej popularnych interpretacjach.

Aby przekonać do swych racji, Wrangham powinien przede wszystkim starać się nie tyle wyszukiwać argumenty, które je potwierdzają (to robi bez zarzutu, ale też ten etap narodzin nowej hipotezy jest zwykle najprostszy i najprzyjemniejszy), ile jeszcze rozejrzeć się za wszystkimi kłopotliwymi faktami – a tych najwyraźniej unika. W jego książce brak nawet wzmianki o małych ludziach z Flores, którzy – mimo wyraźnie mięsnej diety i umiejętności kontrolowania (i wykorzystywania) ognia – mieli mózgi o wielkości zredukowanej do rozmiarów tego narządu u naszych najstarszych małpich przodków. Być może Wrangham ma wątpliwości dotyczące statusu hobbitów i realności ich prymitywnych cech, ale powinien o tym powiedzieć, bo jeśli się okaże, że to odkrycie jest jak najbardziej autentyczne, ci karłowaci ludzie mogą mu sprawić ogromne problemy. A jeśli nawet nie hobbici, to pozostają jeszcze homininy z Dmanisi – też mięsożerne, też używające ognia (jak inaczej mogłyby przeżyć w górach Kaukazu?) i też – przynajmniej niektórzy ich przedstawiciele – o dziwnie małych mózgach. Nie da się udawać, że ich nigdy nie było.

Takich braków w Walce o ogień jest więcej, co dziwi tym bardziej, że niektóre mogłyby stanowić doskonałe potwierdzenie głoszonych przez autora tez. Koncepcja Wranghama dotyczy człowieka, ale powinna też tłumaczyć i inne przypadki wykorzystania nadmiaru energii do produkcji szarych komórek. Najlepszym przykładem są tu morskie ssaki, które – przechodząc do życia w tym środowisku – uzyskały nowe i niezwykle bogate źródło kalorii i substancji do budowy swoich ciał. Podobieństwo mózgów delfinów i ludzi (a zarazem psychicznych zdolności jednych i drugich) zawsze fascynowało i tu hipoteza Wranghama wiele by wniosła (nie w kwestii używania ognia – w tym delfiny nie są najlepsze – lecz alokacji nadwyżek energii), jednak autor nie próbuje tego tematu rozwijać. A szkoda, bo aż prosi się, by sprawdzić, jak pod względem encefalizacji („umózgowienia”) wyglądają inne morskie, choć roślinożerne ssaki, na przykład syreny, które wobec delfinów mogłyby odgrywać (ekologicznie) tę samą rolę, co australopiteki w stosunku do człowieka. Na swój użytek sprawdziłem, jaka jest względna wielkość ich mózgowia – okazuje się, że trzykrotnie mniejsza niż u ich drapieżnych odpowiedników; to dokładnie tak samo, jak w przypadku pary australopiteki–ludzie współcześni. Czy to nie ciekawe?

Książka Wranghama skłania do refleksji i pobudza do myślenia – mogę ją śmiało polecić każdemu, kogo interesuje, skąd i jak wzięliśmy się na świecie, oraz wszystkim smakoszom i miłośnikom dobrej (paleolitycznej) kuchni – miejscami czyta się ją jak oryginalną książkę kucharską. A wydawca (także redaktor i współtłumacz w jednej osobie) zwycięsko zmierzył się z tą trudną naukowo- -kulinarną materią i bardzo smakowicie nam ją podał. Naprawdę dobra to strawa dla umysłu.