książki
Autor: Jerzy Kowalski-Glikman | dodano: 2012-07-17
Czy wszystko wolno?

Mark Lilla - Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód, przeł. Jarosław Mikos, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009

Nasza współczesność jest paradoksalna. Z jednej strony żyjemy w społeczeństwie nie tyle nowoczesnym, ile wręcz ponowoczesnym, w którym rozdział Kościoła i państwa jest, przynajmniej w sferze deklaratywnej, oczywistością nawet dla biskupów katolickich; z drugiej – w ostatnim dwudziestoleciu co i rusz mieliśmy do czynienia z niezawoalowanymi próbami forsowania teologii politycznej – zamiarem przełożenia na praktykę polityczną i społeczną arbitralnego i autorytarnego zarazem rozumienia przekazu biblijnego. Według apologetów takiego pojmowania polityki jest ona emanacją boskiej woli dotyczącej losów ludzkich, realizacją Jego intencji, które nie wymagają usprawiedliwienia i refleksji, bowiem to On jest ostateczną instancją we wszystkich sprawach.

Tak więc, choć przyjemnie jest żyć w przekonaniu, że czasy sakralnego węzła łączącego religię i władzę świecką należą, tak jak kosmologia Ptolemeusza, do zamierzchłej przeszłości, wystarczy wziąć do ręki gazetę, by przekonać się, że to tylko złudzenie.

I nie będą tu żadną otuchą argumenty przywoływane przez Richarda Dawkinsa w Bogu urojonym, że Boga najprawdopodobniej nie ma. Zrozumieli to dobrze, jak się zdaje, nie tylko chrześcijańscy intelektualiści, lecz także nawet katoliccy zeloci, którzy zbyli tę książkę wzruszeniem ramion. Można za braćmi Karamazow przerzucać się bez końca stwierdzeniami „Bóg jest” – „Boga nie ma”. Ale nie tędy droga do uwolnienia się z uścisku odradzającej się chrześcijańskiej teologii politycznej, w której wielu, nie bez podstaw, upatruje jednego z głównych źródeł aktów przemocy politycznej i religijnej. Problem nie jest bowiem metafizyczny, ale czysto polityczny. Chodzi o to, by stworzyć spójną koncepcję polityki i życia społecznego, będącą odpowiedzią na dictum Fiodora Dostojewskiego „Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”.

Szukając wyzwolenia z sakralnego węzła, nie wystarczy więc powiedzieć, że Boga nie ma; trzeba cofnąć się do XVII wieku i przyjrzeć się dziełom Thomasa Hobbesa, Johna Locke’a, Davida Hume’a i ich następców, którzy węzeł ten usiłowali zerwać, podając argumenty legitymizujące władzę i jej działania bez odwoływania się do objawienia. Wydana niedawno książka Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód, autorstwa znanego amerykańskiego filozofa polityki z Columbia University, Marka Lilli, jest znakomitym przewodnikiem po skomplikowanej historii owego, jak to autor nazywa, eksperymentu sekularyzacyjnego.

Słowo „eksperyment” jak najbardziej tu zdaniem autora pasuje. Według niego sekularyzacja społeczna i polityczna Zachodu (choć ma swoje źródła w nieusuwalnych napięciach teologii chrześcijańskiej) nie jest zdobyczą oświecenia ani konieczną, bo wynikającą z logiki dziejów, ani trwałą. Dzieło Hobbesa i jego następców nie było czymś na kształt rewolucji kopernikańskiej w polityce, unieważniającej raz na zawsze teologiczne i polityczne fundamenty chrześcijańskiego europejskiego średniowiecza, wręcz przeciwnie, co i rusz pojawiali się myśliciele próbujący teologię polityczną w tej czy w innej postaci przywrócić do życia. Jeśli nie ma ona obecnie, nawet w Polsce, wystarczająco wiele mocy, by podważyć znaczenie instytucjonalnego kształtu współczesnego liberalno-demokratycznego państwa, często, deformując język, udaje jej się dość skutecznie podmywać fundamenty tych instytucji. (Nie mówi się więc o „płodzie” tylko o „dziecku nienarodzonym”; broni się obecności w szkołach publicznych „krzyży”, a nie „krucyfiksów” itp.) Dlatego też, jak podkreśla Lilla, aby podjąć intelektualne wyzwanie teologii politycznej, musimy, tak jak wielcy filozofowie XVII i XVIII wieku, próbować pojąć jej źródła i naturę.

Warto zatem, twierdzi autor, pójść ich śladem i zadać sobie pytania: W jakich warunkach można się obyć bez teologii politycznej, splatającej człowieka, kosmos i Boga? Czy możliwy jest ład polityczny nieodwołujący się do boskiego autorytetu, a jednocześnie pokojowy i sprawiedliwy? Czy realne są praktyki religijne nieprowadzące do konfliktów i przemocy? Czy i jak polityczny projekt wielkiej separacji da się praktycznie zrealizować?

Według myślicieli oświeceniowych punktem wyjścia powinno być zastąpienie pytania: „Czego Bóg od nas oczekuje?”, innym: „Dlaczego ludzie ciągle zapytują, czego Bóg może od nich chcieć?”. Jednym słowem receptą jest przekształcenie pytań teologicznych w pytania odwołujące się do psychologii i antropologii, znalezienie w ludziach owego pierwotnego źródła prawa i polityki. Dla Hobbesa religia jest odzwierciedleniem atawistycznego strachu, który budzi namiętności i tłumi rozum. Zdaniem Rousseau autentyczna religia nie zagraża ładowi społecznemu, bo nie ma nic wspólnego z ignorancją lub lękiem. To zepsucie instytucji politycznych i religijnych podsyca przemoc, przesądy i nietolerancję. Dla obu i ich następców odrzucenie teologii politycznej było oczywistością, a spór toczy się nie o boskie zamiary i sposoby ich odczytania, ale o naturę ludzką i dynamikę ludzkich interakcji społecznych, instytucjonalnych i politycznych.

Ale, jak wciąż podkreśla Lilla, dorobek oświecenia wcale nie musi być uniwersalny i trwały. W konkluzji Bezsilnego Boga pisze: „Raz po raz musimy przypominać sobie, że żyjemy w świecie pewnego eksperymentu i że to my jesteśmy wyjątkiem. Nie mamy powodu oczekiwać, że inne cywilizacje pójdą naszą niezwykłą drogą (…). Uznaliśmy, że będzie mądrzej raczej strzec się sił wyzwolonych przez mesjanistyczną obietnicę biblijną, niż próbować wykorzystywać je dla publicznego dobra. Postanowiliśmy, że nasze życie polityczne będzie toczyć się z dala od światła objawienia. Jeśli nasz eksperyment ma przetrwać, musimy polegać na jasności naszego własnego umysłu”.

Trzeźwy namysł jest naprawdę wystarczająco dobrym drogowskazem. Mieszanie go z objawieniem zbyt często już prowadziło do katastrof i dramatów, byśmy mogli pozwolić sobie na powtórzenie tego tragicznego w skutkach błędu.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
17
W 1833 r. urodził się Lucjan Rydel, polski lekarz, okulista, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Jerzy Kowalski-Glikman | dodano: 2012-07-17
Czy wszystko wolno?

Mark Lilla - Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód, przeł. Jarosław Mikos, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009

Nasza współczesność jest paradoksalna. Z jednej strony żyjemy w społeczeństwie nie tyle nowoczesnym, ile wręcz ponowoczesnym, w którym rozdział Kościoła i państwa jest, przynajmniej w sferze deklaratywnej, oczywistością nawet dla biskupów katolickich; z drugiej – w ostatnim dwudziestoleciu co i rusz mieliśmy do czynienia z niezawoalowanymi próbami forsowania teologii politycznej – zamiarem przełożenia na praktykę polityczną i społeczną arbitralnego i autorytarnego zarazem rozumienia przekazu biblijnego. Według apologetów takiego pojmowania polityki jest ona emanacją boskiej woli dotyczącej losów ludzkich, realizacją Jego intencji, które nie wymagają usprawiedliwienia i refleksji, bowiem to On jest ostateczną instancją we wszystkich sprawach.

Tak więc, choć przyjemnie jest żyć w przekonaniu, że czasy sakralnego węzła łączącego religię i władzę świecką należą, tak jak kosmologia Ptolemeusza, do zamierzchłej przeszłości, wystarczy wziąć do ręki gazetę, by przekonać się, że to tylko złudzenie.

I nie będą tu żadną otuchą argumenty przywoływane przez Richarda Dawkinsa w Bogu urojonym, że Boga najprawdopodobniej nie ma. Zrozumieli to dobrze, jak się zdaje, nie tylko chrześcijańscy intelektualiści, lecz także nawet katoliccy zeloci, którzy zbyli tę książkę wzruszeniem ramion. Można za braćmi Karamazow przerzucać się bez końca stwierdzeniami „Bóg jest” – „Boga nie ma”. Ale nie tędy droga do uwolnienia się z uścisku odradzającej się chrześcijańskiej teologii politycznej, w której wielu, nie bez podstaw, upatruje jednego z głównych źródeł aktów przemocy politycznej i religijnej. Problem nie jest bowiem metafizyczny, ale czysto polityczny. Chodzi o to, by stworzyć spójną koncepcję polityki i życia społecznego, będącą odpowiedzią na dictum Fiodora Dostojewskiego „Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”.

Szukając wyzwolenia z sakralnego węzła, nie wystarczy więc powiedzieć, że Boga nie ma; trzeba cofnąć się do XVII wieku i przyjrzeć się dziełom Thomasa Hobbesa, Johna Locke’a, Davida Hume’a i ich następców, którzy węzeł ten usiłowali zerwać, podając argumenty legitymizujące władzę i jej działania bez odwoływania się do objawienia. Wydana niedawno książka Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód, autorstwa znanego amerykańskiego filozofa polityki z Columbia University, Marka Lilli, jest znakomitym przewodnikiem po skomplikowanej historii owego, jak to autor nazywa, eksperymentu sekularyzacyjnego.

Słowo „eksperyment” jak najbardziej tu zdaniem autora pasuje. Według niego sekularyzacja społeczna i polityczna Zachodu (choć ma swoje źródła w nieusuwalnych napięciach teologii chrześcijańskiej) nie jest zdobyczą oświecenia ani konieczną, bo wynikającą z logiki dziejów, ani trwałą. Dzieło Hobbesa i jego następców nie było czymś na kształt rewolucji kopernikańskiej w polityce, unieważniającej raz na zawsze teologiczne i polityczne fundamenty chrześcijańskiego europejskiego średniowiecza, wręcz przeciwnie, co i rusz pojawiali się myśliciele próbujący teologię polityczną w tej czy w innej postaci przywrócić do życia. Jeśli nie ma ona obecnie, nawet w Polsce, wystarczająco wiele mocy, by podważyć znaczenie instytucjonalnego kształtu współczesnego liberalno-demokratycznego państwa, często, deformując język, udaje jej się dość skutecznie podmywać fundamenty tych instytucji. (Nie mówi się więc o „płodzie” tylko o „dziecku nienarodzonym”; broni się obecności w szkołach publicznych „krzyży”, a nie „krucyfiksów” itp.) Dlatego też, jak podkreśla Lilla, aby podjąć intelektualne wyzwanie teologii politycznej, musimy, tak jak wielcy filozofowie XVII i XVIII wieku, próbować pojąć jej źródła i naturę.

Warto zatem, twierdzi autor, pójść ich śladem i zadać sobie pytania: W jakich warunkach można się obyć bez teologii politycznej, splatającej człowieka, kosmos i Boga? Czy możliwy jest ład polityczny nieodwołujący się do boskiego autorytetu, a jednocześnie pokojowy i sprawiedliwy? Czy realne są praktyki religijne nieprowadzące do konfliktów i przemocy? Czy i jak polityczny projekt wielkiej separacji da się praktycznie zrealizować?

Według myślicieli oświeceniowych punktem wyjścia powinno być zastąpienie pytania: „Czego Bóg od nas oczekuje?”, innym: „Dlaczego ludzie ciągle zapytują, czego Bóg może od nich chcieć?”. Jednym słowem receptą jest przekształcenie pytań teologicznych w pytania odwołujące się do psychologii i antropologii, znalezienie w ludziach owego pierwotnego źródła prawa i polityki. Dla Hobbesa religia jest odzwierciedleniem atawistycznego strachu, który budzi namiętności i tłumi rozum. Zdaniem Rousseau autentyczna religia nie zagraża ładowi społecznemu, bo nie ma nic wspólnego z ignorancją lub lękiem. To zepsucie instytucji politycznych i religijnych podsyca przemoc, przesądy i nietolerancję. Dla obu i ich następców odrzucenie teologii politycznej było oczywistością, a spór toczy się nie o boskie zamiary i sposoby ich odczytania, ale o naturę ludzką i dynamikę ludzkich interakcji społecznych, instytucjonalnych i politycznych.

Ale, jak wciąż podkreśla Lilla, dorobek oświecenia wcale nie musi być uniwersalny i trwały. W konkluzji Bezsilnego Boga pisze: „Raz po raz musimy przypominać sobie, że żyjemy w świecie pewnego eksperymentu i że to my jesteśmy wyjątkiem. Nie mamy powodu oczekiwać, że inne cywilizacje pójdą naszą niezwykłą drogą (…). Uznaliśmy, że będzie mądrzej raczej strzec się sił wyzwolonych przez mesjanistyczną obietnicę biblijną, niż próbować wykorzystywać je dla publicznego dobra. Postanowiliśmy, że nasze życie polityczne będzie toczyć się z dala od światła objawienia. Jeśli nasz eksperyment ma przetrwać, musimy polegać na jasności naszego własnego umysłu”.

Trzeźwy namysł jest naprawdę wystarczająco dobrym drogowskazem. Mieszanie go z objawieniem zbyt często już prowadziło do katastrof i dramatów, byśmy mogli pozwolić sobie na powtórzenie tego tragicznego w skutkach błędu.