książki
Autor: Janusz Dąbrowski | dodano: 2012-07-17
Dziwne sny o potędze

George Friedman - NASTĘPNE 100 LAT. Prognoza na XXI wiek, przeł. Maciej Antosiewicz, Andrzej Findeisen, A.M.F. Plus Group, Warszawa 2009

Regały bibliotek świata i archiwa poważnych instytucji pełne są błędnych, nietrafionych prognoz. Nie zraziło to jednak George’a Friedmana do podjęcia kolejnej próby ich wypełnienia.

Pracując wiele lat w Komitecie Polska 2000 przy PAN – polskiej instytucji zajmującej się prognozowaniem – miałem okazję poznać liczne krajowe i zagraniczne publikacje noszące miano prognoz. Nie było jednak wśród nich ani jednej, która sięgałaby tak odległego – bo aż stuletniego – horyzontu czasowego. Można podejrzewać, że to całkiem sprytny chwyt marketingowy autora. Z drugiej jednak strony, Friedman przyznaje, że napisał książkę „dla wnuków” i ciekaw jest, czy jego wróżby się sprawdzą.

Zasadniczą tezą dzieła jest dość powszechna wśród amerykańskich politologów nadzieja, że XXI wiek będzie erą amerykańskiej hegemonii. Czy tak się stanie? Nie wiadomo, dzisiejsze obserwacje skłaniają raczej do wniosku, że przyszłość należy jednak do Chin.

Friedman przekonuje nas do swych poglądów, dzieląc książkę na trzy główne części. Pierwsza, i najbardziej udana, to pasjonujący wykład polityczno-historyczny o tym, „jak Stany Zjednoczone zapanowały nad światem i trwać to będzie po wsze czasy”. Trzeba przyznać, że wszystko, o czym autor pisze w tej części, jest błyskotliwie udokumentowane, kompetentne i przekonujące. Niestety, ten wywód kończy się na roku 2009 i następuje przejście do prognozowania, lub raczej wieszczenia, obejmującego lata 2010–2099. Dla polskiego czytelnika jest to część najbardziej fascynująca, gdyż Friedman sporo pisze o tym, jak Polska z ubogiego i zacofanego kraju na peryferiach Europy stanie się światowym mocarstwem.

Warto przypomnieć, że mieliśmy już kilka epok w naszej historii, kiedy aspirowaliśmy do roli hegemona bądź to w skali Europy Wschodniej, bądź też nawet całego kontynentu. Wszystkie kończyły się marnie. Był okres Jagiellonów, gdy zajmowaliśmy dużą część Europy, a nasze wojska siały  postrach. Była II Rzeczpospolita, duża i ludna, jak na ówczesne warunki, no i wreszcie czasy Gierka, kiedy ogłosiliśmy się dziesiątym państwem przemysłowym świata. Trzeba jednak przyznać, że za każdym razem mocarstwowa pozycja Polski lub choćby iluzja jej mocarstwowości była efektem naszych własnych podbojów, gospodarowania lub… wyobrażeń. Tymczasem potęga, którą zdaniem Friedmana osiągnąć mamy już w połowie tego stulecia, ma być wynikiem uczynienia Polski z łaski USA swego rodzaju superbazą militarno-ekonomiczną, służącą dezintegracji Rosji.

Autor ma dość dziwne, jak na naukowca prognostę, obyczaje: jeżeli nie lubi jakiegoś państwa lub grupy państw, to po prostu, bez głębszego uzasadnienia eliminuje je ze swych rozważań oraz mapy politycznej. W drugiej części książki okazuje się więc, że na jego „liście negatywnej” znajdują się nie tylko Francja i Niemcy, lecz także NATO i cała Unia Europejska, którą Friedman skazuje na zagładę wraz z jej pokojowymi i humanistycznymi wartościami. Ale na tym jego działalność likwidatorska się nie kończy. Według niego w ciągu najwyżej 20 lat dojdzie do kompletnej dezintegracji Rosji i Chin, a więc dwóch potencjalnie największych rywali USA. Do rangi mocarstw i rywali swojego kraju awansuje zaś Turcję i Japonię.

Logicznie rzecz biorąc, oba państwa rzeczywiście mają pewne predyspozycje, by zdobyć pozycję mocarstw. Dysponują potencjałem wynikającym z dużej populacji, bezpiecznego położenia geograficznego, siły militarnej oraz zasobów technologicznych, choć Turcji brakuje sporo w dziedzinie high tech. Rozważając taką argumentację, niezwykle trudno zrozumieć, że Polska, której potencjał demograficzny i wojskowy, poziom PKB oraz zaawansowanie technologiczne, a nade wszystko fatalne położenie, są poniżej wszelkich standardów, ma zostać mocarstwem, silniejszym zarówno od najpotężniejszych państw Unii Europejskiej, jak i Rosji, dysponującej drugim na świecie arsenałem nuklearnym. Mało tego, w III wojnie światowej, której wybuch Friedman przewiduje w 2050 roku, po zdradzieckim ataku Japonii na Stany Zjednoczone, czyli „nowym Pearl Harbour”, nasz kraj miałby zostać głównym sojusznikiem USA, który rozprawi się z Turcją (skądinąd szkoda, że nie znów pod Wiedniem).

Zresztą opis tej wojny, wypełniający całą trzecią część książki, a zwłaszcza działania na polu walki opancerzonych piechurów, wyposażonych w odbiorniki energii z kosmosu – coś w rodzaju współczesnych husarzy – sprawia wrażenie, jakby Friedman oglądał zbyt wiele filmów w rodzaju Gwiezdnych wojen. Prowadzone niemal na całym terenie Europy Wschodniej, a także w kosmosie kilkuletnie potyczki, zakończyć się mają zwycięstwem koalicji polsko-amerykańskiej. Następnie zapanuje okres rozkwitu. Niestety, największe straty w ludziach i gospodarcze poniesie nasz kraj; w dodatku wkrótce stracimy sympatię Stanów Zjednoczonych, które uznają, że staliśmy się zbyt silni i zaczną nas dyscyplinować przy pomocy Wielkiej Brytanii. W międzyczasie Polska wygra także wojnę z Francją i Niemcami, toczoną zupełnie nie wiadomo po co i dlaczego.

Jednak w zakończeniu książki, obejmującym lata siedemdziesiąte, pojawia się pointa, która zresztą mieści się  w znanych nam scenariuszach z ostatnich kilku tysięcy lat historii wielkich imperiów. Kiedy Ameryka wygra już wszystkie wojny na najbardziej odległych frontach, otrzyma potężny cios od wewnątrz, a właściwie z pogranicza południowo-zachodniego i ugnie się pod naporem latynoskich emigrantów. I tak Kalifornia, Nowy Meksyk, Arizona oraz Nevada mogą zostać prędzej czy później niejako wchłonięte przez rosnący w siłę Meksyk, a lokalny rozkład sił wróci do stanu sprzed roku 1848, kiedy terytoria te USA przejęły na mocy traktatu z Guadalupe Hidalgo, i z roku 1845, gdy USA zdobyły Teksas. Zważywszy na to, że niemal cała potęga przemysłu komputerowego, elektronicznego i militarnego skoncentrowana jest właśnie na południowym zachodzie USA, konsekwencje przejęcia, w wyniku bezprecedensowej pokojowej presji imigracyjnej, politycznej władzy w tych stanach przez Meksykanów mogą przebić wszystkie spekulacje autora, zarówno pod względem rozmiarów, jak i tempa.

Podsumowując tę niewątpliwie ciekawą symulację geopolityczną, trzeba zauważyć, że autora opisującego najbliższe 100 lat, zupełnie nie interesują takie drobiazgi, jak postęp techniki, biologii czy medycyny, nadprodukcja uprzemysłowionego rolnictwa, walka z nędzą i AIDS, globalne ocieplenie i inne sprawy środowiska, a nawet wyczerpywanie się surowców. Tego typu problemy pomija, natomiast główny, traktowany przez niego wręcz obsesyjnie temat rozważań to przyszłe wojny: prewencyjne, zimne i gorące, a nawet globalne oraz intrygi polityczne, które, rzecz jasna, powinny służyć umacnianiu potęgi USA.

W wizji świata opisywanej przez Friedmana nie ma miejsca ani na pokojową koegzystencję i współpracę, ani na tworzenie związków państw w rodzaju UE, której jednym z głównych celów było przecież ustabilizowanie pokojowe Europy, rejonu, w którym wybuchły dwie najbardziej tragiczne wojny światowe. Jednocześnie, chociaż na całym globie rządzi Ameryka i ofiarnie odgrywa rolę światowego żandarma, zamiast całkowitego rozbrojenia, nadal trwają mniej lub bardziej zakamuflowane wyścigi zbrojeń, zaś najwięcej w „superbroń” inwestują Stany Zjednoczone.

A swoją drogą, zastanawiająca jest teza autora, że istnieje naród wybrany i szczególnie predestynowany do tego, żeby zarządzać całym światem, podporządkowując swoim interesom wszystkie inne kraje, o niejednokrotnie wielkiej kulturze i cywilizacji, narzucając im zestaw własnych wartości.

Zdaniem Friedmana, od kiedy Stany Zjednoczone zrezygnowały z izolacjonizmu przed I i częściowo II wojną światową, zdominowanie przez nie świata było procesem nieuchronnym i po załamaniu się Związku Radzieckiego w 1990 roku cały glob musiał zostać podporządkowany USA, po czym miała nastąpić „era amerykańska” i „koniec historii”. Jednak poza potęgą militarną uzasadnienia dla takiego ciągu wydarzeń są dość słabe, a ponadto większości ludności świata perspektywa taka wcale nie cieszy i myślę, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Szkoda, że, pisząc książkę, nie potrafił wyciągnąć z tego faktu logicznych wniosków.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
20
W 1985 r. Microsoft zaprezentował system operacyjny Windows 1.0.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Janusz Dąbrowski | dodano: 2012-07-17
Dziwne sny o potędze

George Friedman - NASTĘPNE 100 LAT. Prognoza na XXI wiek, przeł. Maciej Antosiewicz, Andrzej Findeisen, A.M.F. Plus Group, Warszawa 2009

Regały bibliotek świata i archiwa poważnych instytucji pełne są błędnych, nietrafionych prognoz. Nie zraziło to jednak George’a Friedmana do podjęcia kolejnej próby ich wypełnienia.

Pracując wiele lat w Komitecie Polska 2000 przy PAN – polskiej instytucji zajmującej się prognozowaniem – miałem okazję poznać liczne krajowe i zagraniczne publikacje noszące miano prognoz. Nie było jednak wśród nich ani jednej, która sięgałaby tak odległego – bo aż stuletniego – horyzontu czasowego. Można podejrzewać, że to całkiem sprytny chwyt marketingowy autora. Z drugiej jednak strony, Friedman przyznaje, że napisał książkę „dla wnuków” i ciekaw jest, czy jego wróżby się sprawdzą.

Zasadniczą tezą dzieła jest dość powszechna wśród amerykańskich politologów nadzieja, że XXI wiek będzie erą amerykańskiej hegemonii. Czy tak się stanie? Nie wiadomo, dzisiejsze obserwacje skłaniają raczej do wniosku, że przyszłość należy jednak do Chin.

Friedman przekonuje nas do swych poglądów, dzieląc książkę na trzy główne części. Pierwsza, i najbardziej udana, to pasjonujący wykład polityczno-historyczny o tym, „jak Stany Zjednoczone zapanowały nad światem i trwać to będzie po wsze czasy”. Trzeba przyznać, że wszystko, o czym autor pisze w tej części, jest błyskotliwie udokumentowane, kompetentne i przekonujące. Niestety, ten wywód kończy się na roku 2009 i następuje przejście do prognozowania, lub raczej wieszczenia, obejmującego lata 2010–2099. Dla polskiego czytelnika jest to część najbardziej fascynująca, gdyż Friedman sporo pisze o tym, jak Polska z ubogiego i zacofanego kraju na peryferiach Europy stanie się światowym mocarstwem.

Warto przypomnieć, że mieliśmy już kilka epok w naszej historii, kiedy aspirowaliśmy do roli hegemona bądź to w skali Europy Wschodniej, bądź też nawet całego kontynentu. Wszystkie kończyły się marnie. Był okres Jagiellonów, gdy zajmowaliśmy dużą część Europy, a nasze wojska siały  postrach. Była II Rzeczpospolita, duża i ludna, jak na ówczesne warunki, no i wreszcie czasy Gierka, kiedy ogłosiliśmy się dziesiątym państwem przemysłowym świata. Trzeba jednak przyznać, że za każdym razem mocarstwowa pozycja Polski lub choćby iluzja jej mocarstwowości była efektem naszych własnych podbojów, gospodarowania lub… wyobrażeń. Tymczasem potęga, którą zdaniem Friedmana osiągnąć mamy już w połowie tego stulecia, ma być wynikiem uczynienia Polski z łaski USA swego rodzaju superbazą militarno-ekonomiczną, służącą dezintegracji Rosji.

Autor ma dość dziwne, jak na naukowca prognostę, obyczaje: jeżeli nie lubi jakiegoś państwa lub grupy państw, to po prostu, bez głębszego uzasadnienia eliminuje je ze swych rozważań oraz mapy politycznej. W drugiej części książki okazuje się więc, że na jego „liście negatywnej” znajdują się nie tylko Francja i Niemcy, lecz także NATO i cała Unia Europejska, którą Friedman skazuje na zagładę wraz z jej pokojowymi i humanistycznymi wartościami. Ale na tym jego działalność likwidatorska się nie kończy. Według niego w ciągu najwyżej 20 lat dojdzie do kompletnej dezintegracji Rosji i Chin, a więc dwóch potencjalnie największych rywali USA. Do rangi mocarstw i rywali swojego kraju awansuje zaś Turcję i Japonię.

Logicznie rzecz biorąc, oba państwa rzeczywiście mają pewne predyspozycje, by zdobyć pozycję mocarstw. Dysponują potencjałem wynikającym z dużej populacji, bezpiecznego położenia geograficznego, siły militarnej oraz zasobów technologicznych, choć Turcji brakuje sporo w dziedzinie high tech. Rozważając taką argumentację, niezwykle trudno zrozumieć, że Polska, której potencjał demograficzny i wojskowy, poziom PKB oraz zaawansowanie technologiczne, a nade wszystko fatalne położenie, są poniżej wszelkich standardów, ma zostać mocarstwem, silniejszym zarówno od najpotężniejszych państw Unii Europejskiej, jak i Rosji, dysponującej drugim na świecie arsenałem nuklearnym. Mało tego, w III wojnie światowej, której wybuch Friedman przewiduje w 2050 roku, po zdradzieckim ataku Japonii na Stany Zjednoczone, czyli „nowym Pearl Harbour”, nasz kraj miałby zostać głównym sojusznikiem USA, który rozprawi się z Turcją (skądinąd szkoda, że nie znów pod Wiedniem).

Zresztą opis tej wojny, wypełniający całą trzecią część książki, a zwłaszcza działania na polu walki opancerzonych piechurów, wyposażonych w odbiorniki energii z kosmosu – coś w rodzaju współczesnych husarzy – sprawia wrażenie, jakby Friedman oglądał zbyt wiele filmów w rodzaju Gwiezdnych wojen. Prowadzone niemal na całym terenie Europy Wschodniej, a także w kosmosie kilkuletnie potyczki, zakończyć się mają zwycięstwem koalicji polsko-amerykańskiej. Następnie zapanuje okres rozkwitu. Niestety, największe straty w ludziach i gospodarcze poniesie nasz kraj; w dodatku wkrótce stracimy sympatię Stanów Zjednoczonych, które uznają, że staliśmy się zbyt silni i zaczną nas dyscyplinować przy pomocy Wielkiej Brytanii. W międzyczasie Polska wygra także wojnę z Francją i Niemcami, toczoną zupełnie nie wiadomo po co i dlaczego.

Jednak w zakończeniu książki, obejmującym lata siedemdziesiąte, pojawia się pointa, która zresztą mieści się  w znanych nam scenariuszach z ostatnich kilku tysięcy lat historii wielkich imperiów. Kiedy Ameryka wygra już wszystkie wojny na najbardziej odległych frontach, otrzyma potężny cios od wewnątrz, a właściwie z pogranicza południowo-zachodniego i ugnie się pod naporem latynoskich emigrantów. I tak Kalifornia, Nowy Meksyk, Arizona oraz Nevada mogą zostać prędzej czy później niejako wchłonięte przez rosnący w siłę Meksyk, a lokalny rozkład sił wróci do stanu sprzed roku 1848, kiedy terytoria te USA przejęły na mocy traktatu z Guadalupe Hidalgo, i z roku 1845, gdy USA zdobyły Teksas. Zważywszy na to, że niemal cała potęga przemysłu komputerowego, elektronicznego i militarnego skoncentrowana jest właśnie na południowym zachodzie USA, konsekwencje przejęcia, w wyniku bezprecedensowej pokojowej presji imigracyjnej, politycznej władzy w tych stanach przez Meksykanów mogą przebić wszystkie spekulacje autora, zarówno pod względem rozmiarów, jak i tempa.

Podsumowując tę niewątpliwie ciekawą symulację geopolityczną, trzeba zauważyć, że autora opisującego najbliższe 100 lat, zupełnie nie interesują takie drobiazgi, jak postęp techniki, biologii czy medycyny, nadprodukcja uprzemysłowionego rolnictwa, walka z nędzą i AIDS, globalne ocieplenie i inne sprawy środowiska, a nawet wyczerpywanie się surowców. Tego typu problemy pomija, natomiast główny, traktowany przez niego wręcz obsesyjnie temat rozważań to przyszłe wojny: prewencyjne, zimne i gorące, a nawet globalne oraz intrygi polityczne, które, rzecz jasna, powinny służyć umacnianiu potęgi USA.

W wizji świata opisywanej przez Friedmana nie ma miejsca ani na pokojową koegzystencję i współpracę, ani na tworzenie związków państw w rodzaju UE, której jednym z głównych celów było przecież ustabilizowanie pokojowe Europy, rejonu, w którym wybuchły dwie najbardziej tragiczne wojny światowe. Jednocześnie, chociaż na całym globie rządzi Ameryka i ofiarnie odgrywa rolę światowego żandarma, zamiast całkowitego rozbrojenia, nadal trwają mniej lub bardziej zakamuflowane wyścigi zbrojeń, zaś najwięcej w „superbroń” inwestują Stany Zjednoczone.

A swoją drogą, zastanawiająca jest teza autora, że istnieje naród wybrany i szczególnie predestynowany do tego, żeby zarządzać całym światem, podporządkowując swoim interesom wszystkie inne kraje, o niejednokrotnie wielkiej kulturze i cywilizacji, narzucając im zestaw własnych wartości.

Zdaniem Friedmana, od kiedy Stany Zjednoczone zrezygnowały z izolacjonizmu przed I i częściowo II wojną światową, zdominowanie przez nie świata było procesem nieuchronnym i po załamaniu się Związku Radzieckiego w 1990 roku cały glob musiał zostać podporządkowany USA, po czym miała nastąpić „era amerykańska” i „koniec historii”. Jednak poza potęgą militarną uzasadnienia dla takiego ciągu wydarzeń są dość słabe, a ponadto większości ludności świata perspektywa taka wcale nie cieszy i myślę, że autor świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Szkoda, że, pisząc książkę, nie potrafił wyciągnąć z tego faktu logicznych wniosków.