nauki ścisłe
Autor: Paweł Łuków | dodano: 2012-07-17
Bezinteresowna ciekawość

(Na zdjęciu: "Eksperyment z pompką próżniową", Joseph Wright of Derby)

Filozofom często zadaje się pytanie, po co zajmują się dziedziną tak abstrakcyjną i – powiedzmy szczerze – trudno poddającą się empirycznej weryfikacji. Dawniej pytano ich raczej o natu­rę świata i zaświatów, a także oczekiwano rad, jak żyć. Dzisiaj świat objaśniają naukowcy, z tą jednak różnicą, że na ogół nikt ich nie pyta, po co parają się nauką. A przecież w obydwu przypadkach jest to pytanie równie aroganckie.

To, że dzięki nauce możemy opanowywać świat, wydaje się usprawiedliwiać wydawanie na nią ogromnych publicznych i prywatnych pieniędzy. Wielu ludzi widzi zasadność prowadze­nia badań naukowych w tym, że ich wyniki można wykorzy­stać do uczynienia życia wygodniejszym. Z pewnością jest w tym dużo prawdy. Ale gdyby nauka nie dawała takich owoców? Czy należałoby ją z tego powodu porzucić? Naukowcy coraz częściej sięgają w rejony świata, których znajomość (o ile możemy zobaczyć to teraz) nie przy­da nam się do niczego. Jaki jest pożytek z odkrycia kolejnego księżyca Saturna? Co nam z wiedzy o tym, że 500 mln lat temu na dnie oceanów żyły trylobity? Jaka jest powszednia korzyść z twierdzenia Gödla o niezupełności systemów dedukcyjnych zawierających arytmetykę liczb naturalnych?

Na niewiele zda się tłumaczenie, że wiedza ta może się przydać w przyszłości. Jeżeli naukę uzasadnia użyteczność, to wysiłki należy skierować najpierw na te kierunki badań, które dają największą nadzieję na przyniesienie nam pożyt­ku. A nie obiecuje go ani zgłębianie tajemnic odległych re­gionów Układu Słonecznego, ani zamierzchłej przeszłości Ziemi, ani własności systemów dedukcyjnych.

Już samo pytanie o przydatność jakiejś aktywności inte­lektualnej jest nie na miejscu. Świadczy o niezrozumieniu nie tylko nauki, ale i jej twórcy – człowieka. Kiedy jak dzieci zmuszane do uczenia się ułamków pytamy: „A do czego mi się to przyda?”, zapominamy, że zawrotny sukces technologicz­ny ludzkości, zwłaszcza w ostatnich 200–300 latach, stał się możliwy nie tylko dzięki poszukiwaniu rozwiązań problemów praktycznych, ale także, czy może przede wszystkim, dzięki niezwykłemu zamiłowaniu ludzi do zdobywania wiedzy dla niej samej. Kopernik, Galileusz i Newton dokonywali przeło­mowych innowacji metodologicznych i odkryć naukowych nie po to, by rozwiązać jakieś problemy praktyczne. Tych wielkich ludzi trawił niepohamowany głód wiedzy, niepohamowany do tego stopnia, że aby zakrzyknąć: eureka!, gotowi byli niekiedy ryzykować swoją reputację, wolność, a nawet życie.

Zastosowania nauki przychodzą później. Najpierw poja­wia się ciekawość. Adaptacja ewolucyjna, jaką jest zdolność i pragnienie tworzenia sobie obrazu świata, wykształciła się nie tylko u ludzi; pozostałe gatunki nie są jednak aż tak bezin­teresowne w poznawaniu otoczenia jak my. Jedne zwierzęta potrafią tworzyć sobie obraz tylko bieżącej chwili i najbliższe­go środowiska, dzięki czemu zdobywają pożywienie i znajdują partnera reprodukcyjnego, jeśli te są w ich zasięgu. U innych, na przykład szympansów i goryli, zdolność ta wykracza poza tu i teraz. Ten poszerzony obraz świata pozwala im zdobywać pożywienie i partnera także wtedy, gdy ani jednego, ani dru­giego nie ma w polu ich widzenia.

Od innych zwierząt zdolnych tworzyć sobie obraz świata, który wykracza poza doraźność, różni nas większe usamo­dzielnienie się tej adaptacji ewolucyjnej. Wytwarzamy sobie obraz świata także wtedy, gdy nie jest on nam potrzebny do osiągania jakichkolwiek dalszych celów. Samo jego posiada­nie staje się celem ostatecznym. Choć trylobity nie mogą stać się naszym po­żywieniem, a twierdzenie Gödla nie da nam schronienia, to cenimy samą wie­dzę o nich. Nauka jest jednym ze sposobów bezinteresowne­go tworzenia sobie poszerzonego obrazu świata. Podobnie bezinteresownie postępujemy poza nauką: czytając gazety, zaglądając innym do okien i słuchając plotek. Chcemy wie­dzieć po to, żeby wiedzieć.

Kiedy bezinteresowna ciekawość wykracza poza świat dzia­łań możliwych, a nawet takich, które tylko dają się wyobrazić, staje się ciekawością filozoficzną. Filozofowie zajmują się pro­blemami naukowo nierozwiązywalnymi: analizują metodę na­ukową, pytają o to, czym jest dobre życie, i o głęboką strukturę wszystkiego, co istnieje. Uprawianie filozofii jest bezinteresow­ne właśnie dlatego, że często nie można pytać nawet o moż­liwość wykorzystania znajdowanych przez nią odpowiedzi. Może to niechęć do pogodzenia się z tą kompletną nieprzy­datnością praktyczną skłania do pytania o pożytek z filozofii. Może też i to, że rezultaty refleksji filozoficznej nie są przed­miotem tak powszechnej zgody jak wyniki badań naukowych, a kryteria trafności tez filozoficznych nie są podzielane przez filozofów w takim stopniu, jak kryteria poprawności naukowej przez naukowców.

Nauka i filozofia mają jednak ważny element wspólny: ich pierwszym celem są one same, przez co w jednakowym stop­niu ujawniają specyfikę człowieczeństwa. Pytając o ich cel, irytujemy i w pewnym sensie obrażamy naukowców tak sa­mo jak filozofów; żądamy bowiem usprawiedliwienia czegoś, czego nie można nie robić. Nie dziwmy się więc, że i jedni, i drudzy miewają wielkie kłopoty z udzieleniem jasnej i nietry­wialnej odpowiedzi na pytanie, po co właściwie zajmują się tym, czym się zajmują. Bo czy można wyjaśnić i usprawiedli­wić to, że jest się człowiekiem?

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 07/2006 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
24
W 1859 r. Karol Darwin opublikował dzieło O powstaniu gatunków na drodze doboru naturalnego.
Warto przeczytać
Historia Polski pełna jest mitów, półprawd, przemilczeń i niedomówień. Różne jej wątki bywały w ciągu wieków retuszowane, poprawiane i wygładzane, by w końcu przybrać postać miłej dla ucha opowieści – stawały się narodowymi mitami.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Paweł Łuków | dodano: 2012-07-17
Bezinteresowna ciekawość

(Na zdjęciu: "Eksperyment z pompką próżniową", Joseph Wright of Derby)

Filozofom często zadaje się pytanie, po co zajmują się dziedziną tak abstrakcyjną i – powiedzmy szczerze – trudno poddającą się empirycznej weryfikacji. Dawniej pytano ich raczej o natu­rę świata i zaświatów, a także oczekiwano rad, jak żyć. Dzisiaj świat objaśniają naukowcy, z tą jednak różnicą, że na ogół nikt ich nie pyta, po co parają się nauką. A przecież w obydwu przypadkach jest to pytanie równie aroganckie.

To, że dzięki nauce możemy opanowywać świat, wydaje się usprawiedliwiać wydawanie na nią ogromnych publicznych i prywatnych pieniędzy. Wielu ludzi widzi zasadność prowadze­nia badań naukowych w tym, że ich wyniki można wykorzy­stać do uczynienia życia wygodniejszym. Z pewnością jest w tym dużo prawdy. Ale gdyby nauka nie dawała takich owoców? Czy należałoby ją z tego powodu porzucić? Naukowcy coraz częściej sięgają w rejony świata, których znajomość (o ile możemy zobaczyć to teraz) nie przy­da nam się do niczego. Jaki jest pożytek z odkrycia kolejnego księżyca Saturna? Co nam z wiedzy o tym, że 500 mln lat temu na dnie oceanów żyły trylobity? Jaka jest powszednia korzyść z twierdzenia Gödla o niezupełności systemów dedukcyjnych zawierających arytmetykę liczb naturalnych?

Na niewiele zda się tłumaczenie, że wiedza ta może się przydać w przyszłości. Jeżeli naukę uzasadnia użyteczność, to wysiłki należy skierować najpierw na te kierunki badań, które dają największą nadzieję na przyniesienie nam pożyt­ku. A nie obiecuje go ani zgłębianie tajemnic odległych re­gionów Układu Słonecznego, ani zamierzchłej przeszłości Ziemi, ani własności systemów dedukcyjnych.

Już samo pytanie o przydatność jakiejś aktywności inte­lektualnej jest nie na miejscu. Świadczy o niezrozumieniu nie tylko nauki, ale i jej twórcy – człowieka. Kiedy jak dzieci zmuszane do uczenia się ułamków pytamy: „A do czego mi się to przyda?”, zapominamy, że zawrotny sukces technologicz­ny ludzkości, zwłaszcza w ostatnich 200–300 latach, stał się możliwy nie tylko dzięki poszukiwaniu rozwiązań problemów praktycznych, ale także, czy może przede wszystkim, dzięki niezwykłemu zamiłowaniu ludzi do zdobywania wiedzy dla niej samej. Kopernik, Galileusz i Newton dokonywali przeło­mowych innowacji metodologicznych i odkryć naukowych nie po to, by rozwiązać jakieś problemy praktyczne. Tych wielkich ludzi trawił niepohamowany głód wiedzy, niepohamowany do tego stopnia, że aby zakrzyknąć: eureka!, gotowi byli niekiedy ryzykować swoją reputację, wolność, a nawet życie.

Zastosowania nauki przychodzą później. Najpierw poja­wia się ciekawość. Adaptacja ewolucyjna, jaką jest zdolność i pragnienie tworzenia sobie obrazu świata, wykształciła się nie tylko u ludzi; pozostałe gatunki nie są jednak aż tak bezin­teresowne w poznawaniu otoczenia jak my. Jedne zwierzęta potrafią tworzyć sobie obraz tylko bieżącej chwili i najbliższe­go środowiska, dzięki czemu zdobywają pożywienie i znajdują partnera reprodukcyjnego, jeśli te są w ich zasięgu. U innych, na przykład szympansów i goryli, zdolność ta wykracza poza tu i teraz. Ten poszerzony obraz świata pozwala im zdobywać pożywienie i partnera także wtedy, gdy ani jednego, ani dru­giego nie ma w polu ich widzenia.

Od innych zwierząt zdolnych tworzyć sobie obraz świata, który wykracza poza doraźność, różni nas większe usamo­dzielnienie się tej adaptacji ewolucyjnej. Wytwarzamy sobie obraz świata także wtedy, gdy nie jest on nam potrzebny do osiągania jakichkolwiek dalszych celów. Samo jego posiada­nie staje się celem ostatecznym. Choć trylobity nie mogą stać się naszym po­żywieniem, a twierdzenie Gödla nie da nam schronienia, to cenimy samą wie­dzę o nich. Nauka jest jednym ze sposobów bezinteresowne­go tworzenia sobie poszerzonego obrazu świata. Podobnie bezinteresownie postępujemy poza nauką: czytając gazety, zaglądając innym do okien i słuchając plotek. Chcemy wie­dzieć po to, żeby wiedzieć.

Kiedy bezinteresowna ciekawość wykracza poza świat dzia­łań możliwych, a nawet takich, które tylko dają się wyobrazić, staje się ciekawością filozoficzną. Filozofowie zajmują się pro­blemami naukowo nierozwiązywalnymi: analizują metodę na­ukową, pytają o to, czym jest dobre życie, i o głęboką strukturę wszystkiego, co istnieje. Uprawianie filozofii jest bezinteresow­ne właśnie dlatego, że często nie można pytać nawet o moż­liwość wykorzystania znajdowanych przez nią odpowiedzi. Może to niechęć do pogodzenia się z tą kompletną nieprzy­datnością praktyczną skłania do pytania o pożytek z filozofii. Może też i to, że rezultaty refleksji filozoficznej nie są przed­miotem tak powszechnej zgody jak wyniki badań naukowych, a kryteria trafności tez filozoficznych nie są podzielane przez filozofów w takim stopniu, jak kryteria poprawności naukowej przez naukowców.

Nauka i filozofia mają jednak ważny element wspólny: ich pierwszym celem są one same, przez co w jednakowym stop­niu ujawniają specyfikę człowieczeństwa. Pytając o ich cel, irytujemy i w pewnym sensie obrażamy naukowców tak sa­mo jak filozofów; żądamy bowiem usprawiedliwienia czegoś, czego nie można nie robić. Nie dziwmy się więc, że i jedni, i drudzy miewają wielkie kłopoty z udzieleniem jasnej i nietry­wialnej odpowiedzi na pytanie, po co właściwie zajmują się tym, czym się zajmują. Bo czy można wyjaśnić i usprawiedli­wić to, że jest się człowiekiem?