człowiek
Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Poszukując satysfakcji

Wyobraźmy sobie, że mamy wybór: albo będziemy zarabiać 50 tys. dolarów rocznie, podczas gdy inni dwa razy mniej, albo 100 tys. dolarów rocznie, gdy inni ćwierć miliona. Za­kładamy, że w obu przypadkach ceny towarów i usług pozo­stają takie same. Co byście wybrali? To dziwne, ale z badań wynika, że większość z nas zdecydowałaby się na pierwszą z tych propozycji. Jak kiedyś żartobliwie zauważył bodaj H.L. Mencken: „Bogaty człowiek to ta­ki, który zarabia o 100 dolarów rocznie więcej od swego szwagra”.

Ta pozornie nielogiczna preferencja to tylko jedna z wielu zagadek, jakie mu­szą rozwiązać naukowcy, usiłując odpo­wiedzieć na pytanie, dlaczego dziś ludziom tak trudno za­znać szczęścia. Z kilku wydanych ostatnio książek, których autorzy zmierzyli się z tą problematyką, na moje sceptyczne oko najbardziej pouczająca okazała się analiza tego pojęcia w perspektywie historycznej.

Weźmy na przykład paradoks przedstawiony przez Richarda Layarda, ekonomistę z London School of Eco­nomics, w książce Happiness (Szczęście). Pokazuje on, że od 1950 roku poczucie szczęścia w społeczeństwie amerykańskim nie wzrosło, mimo że średnie dochody w tym czasie co najmniej się podwoiły i „mamy więcej żywności, ubrań, samochodów, większe domy, centralne ogrzewanie, wyjazdy zagraniczne, krótszy tydzień robo­czy, lepsze warunki, a nade wszystko wyższy poziom zdro­wia publicznego”. Gdy średni dochód roczny przekracza 20 tys. dolarów na głowę, wyższa płaca nie sprawia wcale, że człowiek jest szczęśliwszy. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, predylekcje do tego, by czuć się szczęśliwym albo nieszczęśliwym, są mniej więcej w połowie uwarunkowane genetycznie, a po drugie, poczucie szczęścia albo jego brak nie zależy od jakiejś skali bezwzględnej, lecz ściśle wiąże się z tym, co mają inni.

Szczęście polega bardziej na odczuwaniu satysfakcji niż przyjemności, ponieważ dążenie do przyjemności lokuje nas na niekończącej się spirali hedonizmu, która – para­doksalnie – prowadzi do udręki – stwierdza Gregory Berns, psychiatra z Emory University, w swojej książce Satisfac­tion. „Satysfakcja jest uczuciem wynikającym z czysto ludz­kiej potrzeby nadania sensu podejmowanym działaniom – konkluduje. – Podczas gdy przyjemność może być kwestią pomyślnego trafu – wygranej na loterii, obdarzenia przez naturę genami zapewniającymi pogodne usposobienie czy też faktu nieurodzenia się w biednej rodzinie – u podłoża satysfakcji musi leżeć świadoma decyzja dokonania czegoś. I to robi olbrzymią różnicę, ponieważ tylko za nasze własne działania możemy czuć się odpowiedzialni i zyskać dzięki nim uznanie w oczach innych”.

Harwardzki psycholog Daniel Gilbert w książce Stum­bling on Happiness (Potykając się o szczęście) jeszcze bar­dziej zagłębia się w naszą psychikę, stwierdzając: „Czło­wiek jest jedynym zwierzęciem, które myśli o przyszłości”. Nasze poczucie szczęścia w znacznej mierze oparte jest na wyobrażeniu sobie, co nas uczyni szczęśliwymi w przyszło­ści, niż na tym, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi tu i teraz i – jak wykazuje Gilbert – tego rodzaju prognozowanie nie jest bynajmniej naszą mocną stroną. Większość ludzi wyobra­ża sobie na przykład, że to różnorodność wrażeń nadaje życiu smak. Jednak w eksperymencie, w którym badani prze­widywali, że byliby bardziej zadowoleni, gdyby mogli co­dziennie jeść coraz to nowe dania, gdy faktycznie podawa­no im tydzień w tydzień nowe przysmaki, czuli się mniej usatysfakcjonowani niż członkowie grupy, której menu było bardziej monotonne. „Nadzwyczajność czegoś odczuwamy najsilniej za pierwszym razem, ale to wrażenie szybko słab­nie i przychodzi rutyna”.

Takie przywyknięcie do obfitości choćby najwspanial­szych doznań ekonomiści nazywają prawem malejącej użyteczności krańcowej, a pary małżeńskie – po prostu życiem. Jeśli jednak uważacie, że pikanterii życiu moż­na dodać, zmieniając partnerów seksualnych, to jesteście w błędzie. Z szeroko zakrojonych badań, których wyniki zamieszczono w 1994 roku w The Social Organization of Sexuality, publikacji University of Chicago Press, wynika, że ludzie pozostający w związku małżeńskim uprawiają seks częściej niż ludzie stanu wolnego i częściej przeży­wają orgazm. Historyczka Jennifer Michael Hecht podkre­śla to w książce The Happiness Myth (Mit szczęścia). Jej wnikliwa i przemyślana analiza pokazuje w perspektywie historycznej, w jakim stopniu wszelkie próby uchwyce­nia istoty szczęścia zależą od konkretnej epoki i kultury. „Współczesne poglądy na to, co człowiekowi daje szczę­ście, to jedna wielka bzdura” – pisze. Weźmy choćby seks. „Przed stu laty mężczyzna, który nie zaznał seksu od trzech lat, gratulował sobie zdrowia i wstrzemięźliwości, a kobie­ta gotowa była szczycić się tym, jak zdrowa i szczęśliwa jest po dziesięcioletniej abstynencji”.

Niemal wszystkie badania dotyczące szczęścia opierają się na własnych odczuciach badanych i Hecht twierdzi, że sto lat temu ludzie ankietowani na ten temat udzielaliby od­powiedzi krańcowo odmiennych niż obecnie. Aby w pełni zrozumieć, czym jest szczęście, potrzebujemy podejścia za­równo naukowego, jak i historycznego.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 04/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Poszukując satysfakcji

Wyobraźmy sobie, że mamy wybór: albo będziemy zarabiać 50 tys. dolarów rocznie, podczas gdy inni dwa razy mniej, albo 100 tys. dolarów rocznie, gdy inni ćwierć miliona. Za­kładamy, że w obu przypadkach ceny towarów i usług pozo­stają takie same. Co byście wybrali? To dziwne, ale z badań wynika, że większość z nas zdecydowałaby się na pierwszą z tych propozycji. Jak kiedyś żartobliwie zauważył bodaj H.L. Mencken: „Bogaty człowiek to ta­ki, który zarabia o 100 dolarów rocznie więcej od swego szwagra”.

Ta pozornie nielogiczna preferencja to tylko jedna z wielu zagadek, jakie mu­szą rozwiązać naukowcy, usiłując odpo­wiedzieć na pytanie, dlaczego dziś ludziom tak trudno za­znać szczęścia. Z kilku wydanych ostatnio książek, których autorzy zmierzyli się z tą problematyką, na moje sceptyczne oko najbardziej pouczająca okazała się analiza tego pojęcia w perspektywie historycznej.

Weźmy na przykład paradoks przedstawiony przez Richarda Layarda, ekonomistę z London School of Eco­nomics, w książce Happiness (Szczęście). Pokazuje on, że od 1950 roku poczucie szczęścia w społeczeństwie amerykańskim nie wzrosło, mimo że średnie dochody w tym czasie co najmniej się podwoiły i „mamy więcej żywności, ubrań, samochodów, większe domy, centralne ogrzewanie, wyjazdy zagraniczne, krótszy tydzień robo­czy, lepsze warunki, a nade wszystko wyższy poziom zdro­wia publicznego”. Gdy średni dochód roczny przekracza 20 tys. dolarów na głowę, wyższa płaca nie sprawia wcale, że człowiek jest szczęśliwszy. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, predylekcje do tego, by czuć się szczęśliwym albo nieszczęśliwym, są mniej więcej w połowie uwarunkowane genetycznie, a po drugie, poczucie szczęścia albo jego brak nie zależy od jakiejś skali bezwzględnej, lecz ściśle wiąże się z tym, co mają inni.

Szczęście polega bardziej na odczuwaniu satysfakcji niż przyjemności, ponieważ dążenie do przyjemności lokuje nas na niekończącej się spirali hedonizmu, która – para­doksalnie – prowadzi do udręki – stwierdza Gregory Berns, psychiatra z Emory University, w swojej książce Satisfac­tion. „Satysfakcja jest uczuciem wynikającym z czysto ludz­kiej potrzeby nadania sensu podejmowanym działaniom – konkluduje. – Podczas gdy przyjemność może być kwestią pomyślnego trafu – wygranej na loterii, obdarzenia przez naturę genami zapewniającymi pogodne usposobienie czy też faktu nieurodzenia się w biednej rodzinie – u podłoża satysfakcji musi leżeć świadoma decyzja dokonania czegoś. I to robi olbrzymią różnicę, ponieważ tylko za nasze własne działania możemy czuć się odpowiedzialni i zyskać dzięki nim uznanie w oczach innych”.

Harwardzki psycholog Daniel Gilbert w książce Stum­bling on Happiness (Potykając się o szczęście) jeszcze bar­dziej zagłębia się w naszą psychikę, stwierdzając: „Czło­wiek jest jedynym zwierzęciem, które myśli o przyszłości”. Nasze poczucie szczęścia w znacznej mierze oparte jest na wyobrażeniu sobie, co nas uczyni szczęśliwymi w przyszło­ści, niż na tym, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi tu i teraz i – jak wykazuje Gilbert – tego rodzaju prognozowanie nie jest bynajmniej naszą mocną stroną. Większość ludzi wyobra­ża sobie na przykład, że to różnorodność wrażeń nadaje życiu smak. Jednak w eksperymencie, w którym badani prze­widywali, że byliby bardziej zadowoleni, gdyby mogli co­dziennie jeść coraz to nowe dania, gdy faktycznie podawa­no im tydzień w tydzień nowe przysmaki, czuli się mniej usatysfakcjonowani niż członkowie grupy, której menu było bardziej monotonne. „Nadzwyczajność czegoś odczuwamy najsilniej za pierwszym razem, ale to wrażenie szybko słab­nie i przychodzi rutyna”.

Takie przywyknięcie do obfitości choćby najwspanial­szych doznań ekonomiści nazywają prawem malejącej użyteczności krańcowej, a pary małżeńskie – po prostu życiem. Jeśli jednak uważacie, że pikanterii życiu moż­na dodać, zmieniając partnerów seksualnych, to jesteście w błędzie. Z szeroko zakrojonych badań, których wyniki zamieszczono w 1994 roku w The Social Organization of Sexuality, publikacji University of Chicago Press, wynika, że ludzie pozostający w związku małżeńskim uprawiają seks częściej niż ludzie stanu wolnego i częściej przeży­wają orgazm. Historyczka Jennifer Michael Hecht podkre­śla to w książce The Happiness Myth (Mit szczęścia). Jej wnikliwa i przemyślana analiza pokazuje w perspektywie historycznej, w jakim stopniu wszelkie próby uchwyce­nia istoty szczęścia zależą od konkretnej epoki i kultury. „Współczesne poglądy na to, co człowiekowi daje szczę­ście, to jedna wielka bzdura” – pisze. Weźmy choćby seks. „Przed stu laty mężczyzna, który nie zaznał seksu od trzech lat, gratulował sobie zdrowia i wstrzemięźliwości, a kobie­ta gotowa była szczycić się tym, jak zdrowa i szczęśliwa jest po dziesięcioletniej abstynencji”.

Niemal wszystkie badania dotyczące szczęścia opierają się na własnych odczuciach badanych i Hecht twierdzi, że sto lat temu ludzie ankietowani na ten temat udzielaliby od­powiedzi krańcowo odmiennych niż obecnie. Aby w pełni zrozumieć, czym jest szczęście, potrzebujemy podejścia za­równo naukowego, jak i historycznego.