człowiek
Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Jedzmy, pijmy i cieszmy się życiem

Nawet wśród sportowców ogarniętych obsesją na punkcie swo­jej wagi my, rowerzyści, nie mamy sobie równych. Podczas treningów nieustannie rozmawiamy o tym, kto ile kilogra­mów przytył albo stracił, bądź też o najnowszych dietach i odżywkach. Robimy też różne postanowienia, które potem łamiemy. Wszyscy wiedzą, że w przypadku wzniesienia o na­chyleniu 5% każde pięć dodatkowych kilogramów u rowerzy­sty zmniejsza prędkość podjazdu o niemal kilometr na godzi­nę. Potwierdza to znany wzór Newtona, po prostu F = ma. Siła, z jaką należy naciskać pedały, jest równa iloczynowi przyśpieszenia i masy m spoczywającej na siodełku.

Jednak chłopaki, z którymi urządzam sobie rowerowe przejażdżki, to tacy jak ja – wszyscy po czterdziestce, a nawet po pięćdziesiątce, z rodzinami, na stanowiskach, dawno w wieku, w którym można byłoby się pokusić o bicie jakichś kolarskich rekordów. Jeździmy sobie wyłącz­nie dla przyjemności i zachowania formy fizycznej. Po co więc przejmo-wać się dodatkowymi kilograma­mi? Bo jest to element pewnej kultury, typowej zresztą w obec­nych czasach nie tylko dla rowerzystów, ale i dla większości społeczeństwa – kultury, u podłoża której leży całkiem inna reguła: poczucie winy jest wprost proporcjonalne do ilości i smakowitości spożywanych dań.

Sęk w tym, że nasza skłonność do obfitego i dobrego jedze­nia ma głębsze, wręcz wrodzone podłoże, albowiem na prze­strzeni dziejów człowiek niezbyt często miał pod dostatkiem pożywienia. Jak zatem mielibyśmy się oprzeć pokusie? Otóż nie powinniśmy, a przynajmniej nie do końca – radzi Barry Glassner, socjolog z University of Southern California i autor mającej się wkrótce ukazać książki The Gospel of Food: Eve­rything You Think You Know about Food Is Wrong (Ewangelia zdrowej żywności. Wszystko, czego dowiadujecie się o jedze­niu, to nieprawda). Niesłusznie daliśmy sobie wmówić coś, co Glassner nazywa „ewangelią niczego”, czyli pogląd, że wartość pokarmu sprowadza się do tego, czego w nim nie ma. Im mniej cukru, soli, tłuszczu, kalorii, węglowodanów, konserwantów, dodatków i innych potencjalnie szkodliwych substancji zawie­ra dany produkt spożywczy, tym jest lepszy. Nauka jednak tej kulinarnej religii nie potwierdza – twierdzi Glassner.

Jeśli chodzi o przyswajanie niezbędnych organizmowi składników pokarmowych, smak posiłku odgrywa niebagatelną rolę. Glassner przytacza wyniki eksperymentu, w ramach którego „kobietom pochodzącym ze Szwecji i Tajlandii po­dano tajską potrawę, którą Szwedki uznały za zbyt ostrą, a Tajki spałaszowały ze smakiem, i okazało się, że przyswoiły o wiele więcej zawartego w nim żelaza. Gdy następnie bada­cze dla odmiany zaserwowali im hamburgera z ziemniakami i fasolką, więcej żelaza przyswoiły Szwedki, którym to danie bardziej smakowało. Najwymowniejsze dane uzyskano na trzecim etapie, kiedy to i Szwedkom, i Tajkom podano nad­zwyczaj bogaty w składniki pokarmowe posiłek, lecz w po­staci kleistej, pozbawionej smaku papki. W tym przypadku poziom przyswajanego żelaza był bardzo niski u obu grup”.

A skoro mowa o żelazie, czy to prawda, że dieta Atkinsa jest już démodé i mięsa należy się wystrzegać? Ależ nic po­dobnego! Glassner przytacza opracowanie, z którego wynika, że w grupach złożonych z Greków, Włochów i Japończyków wraz ze wzrostem spożycia mięsa i poziomu cholesterolu we krwi spadała umieralność na choroby serca. Podaje też wyniki badań świadczące o 28-procentowym spadku zapadalności na choroby serca osób niepalących, które poświęcały pół godziny dziennie na gimnastykę i spożywały posiłki zawierające ryby, błonnik i kwas foliowy, unikając zarazem tłuszczów nasyco­nych, tłuszczów nienasyconych trans oraz węglowodanów, wywołujących gwałtowny skok poziomu glukozy we krwi. Zda­niem Karin Michels, epidemiologa z Harvard University, „wygląda na to, że o wiele większą rolę odgrywa zwiększenie spożycia na co dzień zdrowych pokarmów niż zmniejszenie regularnego spożywania pokarmów uznawanych za mniej zdrowe”.

Ale sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Glassner powołuje się na badania wskazujące, że stopień zagroże­nia zawałem, nowotworami i innymi chorobami znacząco podwyższają takie czynniki, jak „infekcje wirusowe i bakte­ryjne, stresująca praca, stresujące sąsiedztwo, niedożywie­nie w dzieciństwie, niska waga urodzeniowa, niedostatek opieki rodzicielskiej oraz chroniczna bezsenność w okresie dojrzewania i dorosłości”. Z innego studium wynika, że ta­kie choroby „występują częściej tam, gdzie nie wykształciło się społeczeństwo obywatelskie, panują uprzedzenia rasowe bądź zachodzą rażące różnice między dochodami bogatych i biednych czy też kobiet i mężczyzn”.

Jako podsumowanie tego wysypu danych Glassner cytuje Marcię Angell, byłą redaktor naczelną New England Journal of Medicine: „Chociaż wszyscy chętnie wierzymy, że poprzez zmianę sposobu odżywiania się czy trybu życia jesteśmy w stanie znacząco poprawić nasze zdrowie, na ogół, z nie­licznymi wyjątkami, jak rzucenie palenia, tego rodzaju zmia­na nie przynosi większych efektów, a często wręcz żadnych. Ponadto efekty te nie są bynajmniej jednoznaczne. Bywa tak, że coś, co ewidentnie szkodzi jednemu człowiekowi, nie po­woduje najmniejszego uszczerbku na zdrowiu innego”.

Albowiem rzecze Eklezjasta (Koh 8, 15): „Sławiłem więc radość, bo nic dla człowieka lepszego pod słońcem, niż żeby jadł, pił i doznawał radości”.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 03/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Zmyl trop to użyteczna, ale i pełna powabu oraz przekonująca, kieszonkowa esencja wszystkiego, co chcielibyście wiedzieć o obronie przed inwigilacją.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Jedzmy, pijmy i cieszmy się życiem

Nawet wśród sportowców ogarniętych obsesją na punkcie swo­jej wagi my, rowerzyści, nie mamy sobie równych. Podczas treningów nieustannie rozmawiamy o tym, kto ile kilogra­mów przytył albo stracił, bądź też o najnowszych dietach i odżywkach. Robimy też różne postanowienia, które potem łamiemy. Wszyscy wiedzą, że w przypadku wzniesienia o na­chyleniu 5% każde pięć dodatkowych kilogramów u rowerzy­sty zmniejsza prędkość podjazdu o niemal kilometr na godzi­nę. Potwierdza to znany wzór Newtona, po prostu F = ma. Siła, z jaką należy naciskać pedały, jest równa iloczynowi przyśpieszenia i masy m spoczywającej na siodełku.

Jednak chłopaki, z którymi urządzam sobie rowerowe przejażdżki, to tacy jak ja – wszyscy po czterdziestce, a nawet po pięćdziesiątce, z rodzinami, na stanowiskach, dawno w wieku, w którym można byłoby się pokusić o bicie jakichś kolarskich rekordów. Jeździmy sobie wyłącz­nie dla przyjemności i zachowania formy fizycznej. Po co więc przejmo-wać się dodatkowymi kilograma­mi? Bo jest to element pewnej kultury, typowej zresztą w obec­nych czasach nie tylko dla rowerzystów, ale i dla większości społeczeństwa – kultury, u podłoża której leży całkiem inna reguła: poczucie winy jest wprost proporcjonalne do ilości i smakowitości spożywanych dań.

Sęk w tym, że nasza skłonność do obfitego i dobrego jedze­nia ma głębsze, wręcz wrodzone podłoże, albowiem na prze­strzeni dziejów człowiek niezbyt często miał pod dostatkiem pożywienia. Jak zatem mielibyśmy się oprzeć pokusie? Otóż nie powinniśmy, a przynajmniej nie do końca – radzi Barry Glassner, socjolog z University of Southern California i autor mającej się wkrótce ukazać książki The Gospel of Food: Eve­rything You Think You Know about Food Is Wrong (Ewangelia zdrowej żywności. Wszystko, czego dowiadujecie się o jedze­niu, to nieprawda). Niesłusznie daliśmy sobie wmówić coś, co Glassner nazywa „ewangelią niczego”, czyli pogląd, że wartość pokarmu sprowadza się do tego, czego w nim nie ma. Im mniej cukru, soli, tłuszczu, kalorii, węglowodanów, konserwantów, dodatków i innych potencjalnie szkodliwych substancji zawie­ra dany produkt spożywczy, tym jest lepszy. Nauka jednak tej kulinarnej religii nie potwierdza – twierdzi Glassner.

Jeśli chodzi o przyswajanie niezbędnych organizmowi składników pokarmowych, smak posiłku odgrywa niebagatelną rolę. Glassner przytacza wyniki eksperymentu, w ramach którego „kobietom pochodzącym ze Szwecji i Tajlandii po­dano tajską potrawę, którą Szwedki uznały za zbyt ostrą, a Tajki spałaszowały ze smakiem, i okazało się, że przyswoiły o wiele więcej zawartego w nim żelaza. Gdy następnie bada­cze dla odmiany zaserwowali im hamburgera z ziemniakami i fasolką, więcej żelaza przyswoiły Szwedki, którym to danie bardziej smakowało. Najwymowniejsze dane uzyskano na trzecim etapie, kiedy to i Szwedkom, i Tajkom podano nad­zwyczaj bogaty w składniki pokarmowe posiłek, lecz w po­staci kleistej, pozbawionej smaku papki. W tym przypadku poziom przyswajanego żelaza był bardzo niski u obu grup”.

A skoro mowa o żelazie, czy to prawda, że dieta Atkinsa jest już démodé i mięsa należy się wystrzegać? Ależ nic po­dobnego! Glassner przytacza opracowanie, z którego wynika, że w grupach złożonych z Greków, Włochów i Japończyków wraz ze wzrostem spożycia mięsa i poziomu cholesterolu we krwi spadała umieralność na choroby serca. Podaje też wyniki badań świadczące o 28-procentowym spadku zapadalności na choroby serca osób niepalących, które poświęcały pół godziny dziennie na gimnastykę i spożywały posiłki zawierające ryby, błonnik i kwas foliowy, unikając zarazem tłuszczów nasyco­nych, tłuszczów nienasyconych trans oraz węglowodanów, wywołujących gwałtowny skok poziomu glukozy we krwi. Zda­niem Karin Michels, epidemiologa z Harvard University, „wygląda na to, że o wiele większą rolę odgrywa zwiększenie spożycia na co dzień zdrowych pokarmów niż zmniejszenie regularnego spożywania pokarmów uznawanych za mniej zdrowe”.

Ale sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Glassner powołuje się na badania wskazujące, że stopień zagroże­nia zawałem, nowotworami i innymi chorobami znacząco podwyższają takie czynniki, jak „infekcje wirusowe i bakte­ryjne, stresująca praca, stresujące sąsiedztwo, niedożywie­nie w dzieciństwie, niska waga urodzeniowa, niedostatek opieki rodzicielskiej oraz chroniczna bezsenność w okresie dojrzewania i dorosłości”. Z innego studium wynika, że ta­kie choroby „występują częściej tam, gdzie nie wykształciło się społeczeństwo obywatelskie, panują uprzedzenia rasowe bądź zachodzą rażące różnice między dochodami bogatych i biednych czy też kobiet i mężczyzn”.

Jako podsumowanie tego wysypu danych Glassner cytuje Marcię Angell, byłą redaktor naczelną New England Journal of Medicine: „Chociaż wszyscy chętnie wierzymy, że poprzez zmianę sposobu odżywiania się czy trybu życia jesteśmy w stanie znacząco poprawić nasze zdrowie, na ogół, z nie­licznymi wyjątkami, jak rzucenie palenia, tego rodzaju zmia­na nie przynosi większych efektów, a często wręcz żadnych. Ponadto efekty te nie są bynajmniej jednoznaczne. Bywa tak, że coś, co ewidentnie szkodzi jednemu człowiekowi, nie po­woduje najmniejszego uszczerbku na zdrowiu innego”.

Albowiem rzecze Eklezjasta (Koh 8, 15): „Sławiłem więc radość, bo nic dla człowieka lepszego pod słońcem, niż żeby jadł, pił i doznawał radości”.