człowiek
Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Warto grać w kręgle

(Fot. Ali Mansuri/Wikipedia)

Czy religia jest potrzebna dla zdrowia społecznego? Dane na ten temat wydają się sprzeczne. Z jednej strony w opublikowanym w 2005 roku w Journal of Religion and Society studium „Kore­lacja wskaźników zdrowia publicznego z rozpowszechnieniem postaw religijnych i laickich w rozwiniętych państwach demo­kratycznych” niezależny badacz Gregory S. Paul zwrócił uwagę na odwrotny związek między religijnością (mierzoną stopniem przekonania o istnieniu Boga i dosłowności w interpretowa­niu opisów biblijnych oraz częstością modlitw i uczestnictwa w nabożeństwach) a zdrowiem społeczeństwa w 18 krajach uprzemysłowionych (mierzonym liczbą zabójstw, umieralno­ścią dzieci, przeciętnym dalszym trwaniem życia, zapadalnością na choroby przenoszone drogą płciową oraz liczbą ciąż i aborcji u nastola­tek). „Zasadniczo większa powszech­ność wiary w Stwórcę w rozwinię­tych krajach demokratycznych skorelowana jest z wyższymi wskaźnikami zabójstw, umieralności dzieci i młodzieży, chorób przenoszonych drogą płciową oraz ciąż i aborcji u nastoletnich dziewcząt” – stwierdza Paul. I rzeczywiście, Stany Zjednoczone przodują zarówno pod względem religijności, jak i (w dodatku znacząco) we wszystkich wymienionych statystykach.

Z drugiej strony profesor Syracuse University, Arthur C. Brooks, w książce Who Really Cares (Komu naprawdę zale­ży) utrzymuje, że jeśli chodzi o wsparcie finansowe i działal­ność charytatywną, dane liczbowe podważają mit o pełnych miłosierdzia liberałach i bezdusznych konserwatystach. Konserwatyści przeznaczają na pomoc bliźnim o 30% więcej pieniędzy niż liberałowie (nawet po uwzględnieniu różnic w poziomie zarobków), oddają więcej krwi i prze­pracowują więcej godzin jako wolontariusze. Najogólniej rzecz biorąc, ludzie wierzący wykazują trzykrotnie więk­szą hojność w działalności dobroczynnej wszelkiego typu, są o 14% bardziej szczodrzy podczas akcji charytatywnych niezwiązanych z instytucjami kościelnymi i o 57% bardziej skłonni niż niewierzący do pomocy bezdomnym. Jeśli cho­dzi o zdrowie publiczne, aktywni darczyńcy o 43% częściej niż ci, którzy nie świadczą pomocy w żadnej formie, uważa­ją się za bardzo szczęśliwych i o 25% częściej deklarują, że cieszą się doskonałym lub bardzo dobrym zdrowiem.

Czy ten podział według stosunku do religii dotyczy zarów­no lewicy, jak i prawicy? Zdaniem Pippy Norris z Harvard University i Ronalda Ingleharta z University of Michigan w Ann Arbor, autorów książki Sacred and Secular (Sacrum i świeckość), dane pochodzące ze Studium Porównawczego Systemów Wyborczych, w ramach którego przeanalizowano 37 wyborów prezydenckich i parlamentarnych przeprowa­dzonych w 32 państwach w ciągu ostatniego dziesięciolecia, świadczą, że 70% gorliwych wyznawców (uczestniczących w nabożeństwach co najmniej raz w tygodniu) głosuje na partie prawicowe w porównaniu z zaledwie 45% nieprakty­kujących. Efekt ten szczególnie silnie uwidacznia się w Sta­nach Zjednoczonych. Na przykład w amerykańskich wybo­rach prezydenckich w 2000 roku „religia była najsilniejszą determinantą, kto oddał głos na Busha, a kto na Gore’a – w znacznie większym stopniu niż pochodzenie społeczne, zawód czy też region geograficzny”.

Rozbieżności te próbuje się wyjaśnić za pomocą koncepcji „kapitału społecznego”. Według definicji podanej przez Rober­ta Putnama w książce Bowling Alone (Samotna gra w kręgle), kapitał społeczny to „ogół zależności między członkami społeczeń­stwa – sieć powiązań społecznych oraz kształtowane przez nie normy wzajemności i zaufania”. Analizując na przykład dane z sondażu World Values Survey, Norris i Inglehart znaleźli dodatnią korelację między „uczestnictwem w praktykach religijnych” a przyna­leżnością do „lokalnych grup o charakterze niewyznaniowym”, jak stowarzyszenia kobiece, młodzieżowe, pacyfistyczne, eko­logiczne, zajmujące się opieką społeczną czy też domagające się przestrzegania praw człowieka (i kluby kręglarskie, a jak­że). „Stwarzając okazję do regularnych spotkań członków społeczności i nawiązywania kontaktów międzyludzkich oraz promując postawy altruistyczne, instytucje religijne większo­ści wyznań (bynajmniej nie wszystkich) ewidentnie umacniają więzi leżące u podstaw społeczeństwa obywatelskiego”.

Kapitał społeczny o podłożu religijnym przynosi znako­mite rezultaty w zakresie ofiarności i organizowania się członków społeczeństwa, lecz w konfrontacji z takimi nega­tywnymi zjawiskami, jak zabójstwa, choroby weneryczne, ciąże i aborcje u nastoletnich dziewcząt, wypada gorzej niż pozareligijny kapitał społeczny. Nasuwają się tu trzy możli­we wyjaśnienia. Pierwsze, że przyczyny tego zła społeczne­go są całkowicie odmienne. Drugie, że pozareligijny kapitał społeczny pozwala lepiej rozwiązywać tego typu problemy. I trzecie, że w grę wchodzi to, co nazywam kapitałem mo­ralnym, czyli ogół powiązań między moralnością a zacho­waniem się jednostki, powstających zasadniczo w łonie rodziny, która jako fundamentalna komórka społeczna wy­kształciła się na wczesnych etapach ewolucji człowieka, na długo przed narodzinami wszelkich religii i ustrojów pań­stwowych. Nic dziwnego zatem, że zasady moralne dotyczą­ce zachowań agresywnych i sfery seksualnej są najskutecz­niej wpajane w rodzinie, niezależnie od tego, czy jest ona wierząca czy nie.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
23
W 2003 r. miało miejsce całkowite zaćmienie Słońca widoczne w Australii, Nowej Zelandii, Antarktyce i Ameryce Południowej.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
Warto grać w kręgle

(Fot. Ali Mansuri/Wikipedia)

Czy religia jest potrzebna dla zdrowia społecznego? Dane na ten temat wydają się sprzeczne. Z jednej strony w opublikowanym w 2005 roku w Journal of Religion and Society studium „Kore­lacja wskaźników zdrowia publicznego z rozpowszechnieniem postaw religijnych i laickich w rozwiniętych państwach demo­kratycznych” niezależny badacz Gregory S. Paul zwrócił uwagę na odwrotny związek między religijnością (mierzoną stopniem przekonania o istnieniu Boga i dosłowności w interpretowa­niu opisów biblijnych oraz częstością modlitw i uczestnictwa w nabożeństwach) a zdrowiem społeczeństwa w 18 krajach uprzemysłowionych (mierzonym liczbą zabójstw, umieralno­ścią dzieci, przeciętnym dalszym trwaniem życia, zapadalnością na choroby przenoszone drogą płciową oraz liczbą ciąż i aborcji u nastola­tek). „Zasadniczo większa powszech­ność wiary w Stwórcę w rozwinię­tych krajach demokratycznych skorelowana jest z wyższymi wskaźnikami zabójstw, umieralności dzieci i młodzieży, chorób przenoszonych drogą płciową oraz ciąż i aborcji u nastoletnich dziewcząt” – stwierdza Paul. I rzeczywiście, Stany Zjednoczone przodują zarówno pod względem religijności, jak i (w dodatku znacząco) we wszystkich wymienionych statystykach.

Z drugiej strony profesor Syracuse University, Arthur C. Brooks, w książce Who Really Cares (Komu naprawdę zale­ży) utrzymuje, że jeśli chodzi o wsparcie finansowe i działal­ność charytatywną, dane liczbowe podważają mit o pełnych miłosierdzia liberałach i bezdusznych konserwatystach. Konserwatyści przeznaczają na pomoc bliźnim o 30% więcej pieniędzy niż liberałowie (nawet po uwzględnieniu różnic w poziomie zarobków), oddają więcej krwi i prze­pracowują więcej godzin jako wolontariusze. Najogólniej rzecz biorąc, ludzie wierzący wykazują trzykrotnie więk­szą hojność w działalności dobroczynnej wszelkiego typu, są o 14% bardziej szczodrzy podczas akcji charytatywnych niezwiązanych z instytucjami kościelnymi i o 57% bardziej skłonni niż niewierzący do pomocy bezdomnym. Jeśli cho­dzi o zdrowie publiczne, aktywni darczyńcy o 43% częściej niż ci, którzy nie świadczą pomocy w żadnej formie, uważa­ją się za bardzo szczęśliwych i o 25% częściej deklarują, że cieszą się doskonałym lub bardzo dobrym zdrowiem.

Czy ten podział według stosunku do religii dotyczy zarów­no lewicy, jak i prawicy? Zdaniem Pippy Norris z Harvard University i Ronalda Ingleharta z University of Michigan w Ann Arbor, autorów książki Sacred and Secular (Sacrum i świeckość), dane pochodzące ze Studium Porównawczego Systemów Wyborczych, w ramach którego przeanalizowano 37 wyborów prezydenckich i parlamentarnych przeprowa­dzonych w 32 państwach w ciągu ostatniego dziesięciolecia, świadczą, że 70% gorliwych wyznawców (uczestniczących w nabożeństwach co najmniej raz w tygodniu) głosuje na partie prawicowe w porównaniu z zaledwie 45% nieprakty­kujących. Efekt ten szczególnie silnie uwidacznia się w Sta­nach Zjednoczonych. Na przykład w amerykańskich wybo­rach prezydenckich w 2000 roku „religia była najsilniejszą determinantą, kto oddał głos na Busha, a kto na Gore’a – w znacznie większym stopniu niż pochodzenie społeczne, zawód czy też region geograficzny”.

Rozbieżności te próbuje się wyjaśnić za pomocą koncepcji „kapitału społecznego”. Według definicji podanej przez Rober­ta Putnama w książce Bowling Alone (Samotna gra w kręgle), kapitał społeczny to „ogół zależności między członkami społeczeń­stwa – sieć powiązań społecznych oraz kształtowane przez nie normy wzajemności i zaufania”. Analizując na przykład dane z sondażu World Values Survey, Norris i Inglehart znaleźli dodatnią korelację między „uczestnictwem w praktykach religijnych” a przyna­leżnością do „lokalnych grup o charakterze niewyznaniowym”, jak stowarzyszenia kobiece, młodzieżowe, pacyfistyczne, eko­logiczne, zajmujące się opieką społeczną czy też domagające się przestrzegania praw człowieka (i kluby kręglarskie, a jak­że). „Stwarzając okazję do regularnych spotkań członków społeczności i nawiązywania kontaktów międzyludzkich oraz promując postawy altruistyczne, instytucje religijne większo­ści wyznań (bynajmniej nie wszystkich) ewidentnie umacniają więzi leżące u podstaw społeczeństwa obywatelskiego”.

Kapitał społeczny o podłożu religijnym przynosi znako­mite rezultaty w zakresie ofiarności i organizowania się członków społeczeństwa, lecz w konfrontacji z takimi nega­tywnymi zjawiskami, jak zabójstwa, choroby weneryczne, ciąże i aborcje u nastoletnich dziewcząt, wypada gorzej niż pozareligijny kapitał społeczny. Nasuwają się tu trzy możli­we wyjaśnienia. Pierwsze, że przyczyny tego zła społeczne­go są całkowicie odmienne. Drugie, że pozareligijny kapitał społeczny pozwala lepiej rozwiązywać tego typu problemy. I trzecie, że w grę wchodzi to, co nazywam kapitałem mo­ralnym, czyli ogół powiązań między moralnością a zacho­waniem się jednostki, powstających zasadniczo w łonie rodziny, która jako fundamentalna komórka społeczna wy­kształciła się na wczesnych etapach ewolucji człowieka, na długo przed narodzinami wszelkich religii i ustrojów pań­stwowych. Nic dziwnego zatem, że zasady moralne dotyczą­ce zachowań agresywnych i sfery seksualnej są najskutecz­niej wpajane w rodzinie, niezależnie od tego, czy jest ona wierząca czy nie.