ziemia
Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
I sceptyk może się nawrócić

Książka The Skeptical Environmentalist (Sceptycznie o ekologii), która ukazała się w 2001 roku, mogła być świetnym tematem do dyskusji podczas cyklu publicznych wykładów organizowa­nych przez Skeptics Society w California Institute of Technolo­gy. Okazało się jednak, że wszystkie najważniejsze organizacje ekologiczne odmówiły w nich udziału. „Tu nie ma nad czym dyskutować” – powie­dział mi rzecznik jednej z nich. „Nie mamy zamiaru nobilitować tej książki” – oznajmił inny. A jeden z czołowych działaczy ostrzegł mnie, że moja reputacja dozna uszczerbku, jeśli będę się upierał przy realizacji tych planów. Co oczywiście zrobiłem.

Był to przykład głębokich problemów, jakie od dawna trapią ruch obrońców środowiska. Aktywiści podpalający hummery w salonach samochodowych i niszczący sprzęt do wyrębu la­sów to po prostu ekoterroryści, a ich wyczyny mają charakter kryminalny. Grupy ekologów wieszczące światu katastrofę, by zapewnić sobie stały dopływ pieniędzy, podważają jedynie wia­rygodność całego ruchu. W latach siedemdziesiątych, będąc studentem, dowiedziałem się (i potem święcie w to wierzyłem), że już w latach dziewięćdziesiątych przeludnienie świata do­prowadzi do głodu oraz wyczerpania się złóż minerałów, rud metali i ropy. Jak wiadomo, przewidywania te nie sprawdziły się. Tego rodzaju naginanie nauki do tez politycznych sprawiło, że do ekologii zacząłem podchodzić z dużą dozą sceptycyzmu.

Jednak fakty naukowe są silniejsze niż polityka – liczne infor­macje pochodzące z różnych źródeł skłoniły mnie do zmiany poglądów na globalne ocieplenie spowodowane przez człowie­ka. Moją uwagę zwróciło to, że 8 lutego tego roku 86 czoło­wych przedstawicieli ruchu ewangelicznych chrześcijan – bodaj ostatnich ludzi, których posądzałbym o skłonność do załapywa­nia się na ekologiczne mody – podpisało się pod „Ewangeliczną inicjatywą przeciwko zmianom klimatu”, wzywającą do stwo­rzenia „prawnych uregulowań na szczeblu federalnym, które wymusiłyby pożądany poziom ograniczeń [emisji związków węgla] w skali całej gospodarki”.

Następnie uczestniczyłem w konferencji TED (Technology, Entertainment, Design – technika, rozrywka i projektowanie) w Monterey w Kalifornii, na której były wiceprezydent USA wygłosił referat podsumowujący naukowe dowody na zjawisko globalnego ocieplenia, opierając się na nakręconym niedawno fil­mie dokumentalnym An Inconvenient Truth (Niewygodna praw­da) o jego działaniach na rzecz ochrony środowiska. Dla mnie szokujące były zwłaszcza wykonane w pewnym odstępie czasu zdjęcia ukazujące szybkie kurczenie się lodowców na świecie i to one właśnie sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie mam rację, powątpiewając w sens ochrony środowiska.

Ostatecznie szalę przeważyły cztery książki. Wydane w 2004 roku The Long Summer (Długie lato) archeologa Briana Fagana stawia tezę, że cywilizacja jest wytworem stosunkowo krótkiego okresu sprzyjających warunków klimatycznych. Geograf Jared Diamond w swej książce Collapse (Zapaść) z 2005 roku pokazuje, że zarówno naturalne, jak i wywołane przez człowieka katastro­fy prowadziły do upadku cywilizacji. Wydane w tym roku Field Notes from a Catastrophe (Zapiski z miejsca katastrofy) pióra dziennikarki Elizabeth Kol­bert to fascynująca relacja z jej licznych po­dróży po całym świecie z ekologami, którzy dokumentują zagładę gatunków i zmiany klimatyczne spowodowane działalnością człowieka. I wreszcie The Weather Makers (Twórcy klimatu) biologa Tima Flannery’ego ukazują drogę od sceptycznego traktowania ekologii do prowa­dzonych z pełnym przekonaniem działań na rzecz ochrony śro­dowiska, którą on sam przebył w ciągu ostatnich 10 lat, w miarę jak przybywało danych świadczących o związku globalnego ocie­plenia ze wzrostem zawartości CO2 w atmosferze.

Mamy tu do czynienia z tzw. efektem Złotowłosej (dziewczyn­ki z angielskiej bajki, która lubiła owsiankę w sam raz, czyli nie za ciepłą i nie za zimną – przyp. red.). Podczas ostatniej epoki lodowcowej zawartość ditlenku węgla w atmosferze kształto­wała się na poziomie 180 ppm, wskutek czego było o wiele za zimno. W okresie pomiędzy rewolucją agrarną a przemysłową poziom ten wzrósł do 280 ppm, co dawało odpowiednią tem­peraturę. Obecnie wynosi on 380 ppm i przewiduje się, że pod koniec stulecia osiągnie 450–550 ppm, czyli będzie za gorąco. Podobnie jak w przypadku wody w czajniku, która zamienia się gwałtownie w parę, gdy temperatura wzrasta z 99 do 100oC, w niedalekiej przyszłości grozi nam skokowa zmiana warunków panujących w środowisku, wywołana wzrastającym stężeniem atmosferycznego CO2.

Według Flannery’ego, nawet gdyby udało nam się do ro­ku 2050 zmniejszyć emisję CO2 o 70%, to i tak wzrost śred­niej temperatury w skali globalnej do 2100 roku wyniesie od dwóch do dziewięciu stopni. Może to doprowadzić do cał­kowitego stopienia pokrywy lodowej Grenlandii, która jak podało Science z 24 marca, już obecnie kurczy się w tempie 224±41 km3 rocznie, dwukrotnie szybszym, niż wynikało z pomiarów dokonanych w 1996 roku. Jeśli ponadto stopnieje pokrywa lodowa zachodniej Antarktydy, poziom mórz podnie­sie się o 5–10 m, co zmusi 500 mln ludzi do przesiedlenia się.

Jeśli wziąć pod uwagę złożony charakter całego proble­mu, sceptycyzm co do kwestii ekologicznych był kiedyś w pełni uzasadniony. Ale to już przeszłość. Najwyższa pora, by go porzucić i zacząć aktywnie działać.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 07/2006 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
22
W 1904 r. urodził się Louis Néel, francuski fizyk, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Historia Polski pełna jest mitów, półprawd, przemilczeń i niedomówień. Różne jej wątki bywały w ciągu wieków retuszowane, poprawiane i wygładzane, by w końcu przybrać postać miłej dla ucha opowieści – stawały się narodowymi mitami.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Michael Shermer | dodano: 2012-07-17
I sceptyk może się nawrócić

Książka The Skeptical Environmentalist (Sceptycznie o ekologii), która ukazała się w 2001 roku, mogła być świetnym tematem do dyskusji podczas cyklu publicznych wykładów organizowa­nych przez Skeptics Society w California Institute of Technolo­gy. Okazało się jednak, że wszystkie najważniejsze organizacje ekologiczne odmówiły w nich udziału. „Tu nie ma nad czym dyskutować” – powie­dział mi rzecznik jednej z nich. „Nie mamy zamiaru nobilitować tej książki” – oznajmił inny. A jeden z czołowych działaczy ostrzegł mnie, że moja reputacja dozna uszczerbku, jeśli będę się upierał przy realizacji tych planów. Co oczywiście zrobiłem.

Był to przykład głębokich problemów, jakie od dawna trapią ruch obrońców środowiska. Aktywiści podpalający hummery w salonach samochodowych i niszczący sprzęt do wyrębu la­sów to po prostu ekoterroryści, a ich wyczyny mają charakter kryminalny. Grupy ekologów wieszczące światu katastrofę, by zapewnić sobie stały dopływ pieniędzy, podważają jedynie wia­rygodność całego ruchu. W latach siedemdziesiątych, będąc studentem, dowiedziałem się (i potem święcie w to wierzyłem), że już w latach dziewięćdziesiątych przeludnienie świata do­prowadzi do głodu oraz wyczerpania się złóż minerałów, rud metali i ropy. Jak wiadomo, przewidywania te nie sprawdziły się. Tego rodzaju naginanie nauki do tez politycznych sprawiło, że do ekologii zacząłem podchodzić z dużą dozą sceptycyzmu.

Jednak fakty naukowe są silniejsze niż polityka – liczne infor­macje pochodzące z różnych źródeł skłoniły mnie do zmiany poglądów na globalne ocieplenie spowodowane przez człowie­ka. Moją uwagę zwróciło to, że 8 lutego tego roku 86 czoło­wych przedstawicieli ruchu ewangelicznych chrześcijan – bodaj ostatnich ludzi, których posądzałbym o skłonność do załapywa­nia się na ekologiczne mody – podpisało się pod „Ewangeliczną inicjatywą przeciwko zmianom klimatu”, wzywającą do stwo­rzenia „prawnych uregulowań na szczeblu federalnym, które wymusiłyby pożądany poziom ograniczeń [emisji związków węgla] w skali całej gospodarki”.

Następnie uczestniczyłem w konferencji TED (Technology, Entertainment, Design – technika, rozrywka i projektowanie) w Monterey w Kalifornii, na której były wiceprezydent USA wygłosił referat podsumowujący naukowe dowody na zjawisko globalnego ocieplenia, opierając się na nakręconym niedawno fil­mie dokumentalnym An Inconvenient Truth (Niewygodna praw­da) o jego działaniach na rzecz ochrony środowiska. Dla mnie szokujące były zwłaszcza wykonane w pewnym odstępie czasu zdjęcia ukazujące szybkie kurczenie się lodowców na świecie i to one właśnie sprawiły, że zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie mam rację, powątpiewając w sens ochrony środowiska.

Ostatecznie szalę przeważyły cztery książki. Wydane w 2004 roku The Long Summer (Długie lato) archeologa Briana Fagana stawia tezę, że cywilizacja jest wytworem stosunkowo krótkiego okresu sprzyjających warunków klimatycznych. Geograf Jared Diamond w swej książce Collapse (Zapaść) z 2005 roku pokazuje, że zarówno naturalne, jak i wywołane przez człowieka katastro­fy prowadziły do upadku cywilizacji. Wydane w tym roku Field Notes from a Catastrophe (Zapiski z miejsca katastrofy) pióra dziennikarki Elizabeth Kol­bert to fascynująca relacja z jej licznych po­dróży po całym świecie z ekologami, którzy dokumentują zagładę gatunków i zmiany klimatyczne spowodowane działalnością człowieka. I wreszcie The Weather Makers (Twórcy klimatu) biologa Tima Flannery’ego ukazują drogę od sceptycznego traktowania ekologii do prowa­dzonych z pełnym przekonaniem działań na rzecz ochrony śro­dowiska, którą on sam przebył w ciągu ostatnich 10 lat, w miarę jak przybywało danych świadczących o związku globalnego ocie­plenia ze wzrostem zawartości CO2 w atmosferze.

Mamy tu do czynienia z tzw. efektem Złotowłosej (dziewczyn­ki z angielskiej bajki, która lubiła owsiankę w sam raz, czyli nie za ciepłą i nie za zimną – przyp. red.). Podczas ostatniej epoki lodowcowej zawartość ditlenku węgla w atmosferze kształto­wała się na poziomie 180 ppm, wskutek czego było o wiele za zimno. W okresie pomiędzy rewolucją agrarną a przemysłową poziom ten wzrósł do 280 ppm, co dawało odpowiednią tem­peraturę. Obecnie wynosi on 380 ppm i przewiduje się, że pod koniec stulecia osiągnie 450–550 ppm, czyli będzie za gorąco. Podobnie jak w przypadku wody w czajniku, która zamienia się gwałtownie w parę, gdy temperatura wzrasta z 99 do 100oC, w niedalekiej przyszłości grozi nam skokowa zmiana warunków panujących w środowisku, wywołana wzrastającym stężeniem atmosferycznego CO2.

Według Flannery’ego, nawet gdyby udało nam się do ro­ku 2050 zmniejszyć emisję CO2 o 70%, to i tak wzrost śred­niej temperatury w skali globalnej do 2100 roku wyniesie od dwóch do dziewięciu stopni. Może to doprowadzić do cał­kowitego stopienia pokrywy lodowej Grenlandii, która jak podało Science z 24 marca, już obecnie kurczy się w tempie 224±41 km3 rocznie, dwukrotnie szybszym, niż wynikało z pomiarów dokonanych w 1996 roku. Jeśli ponadto stopnieje pokrywa lodowa zachodniej Antarktydy, poziom mórz podnie­sie się o 5–10 m, co zmusi 500 mln ludzi do przesiedlenia się.

Jeśli wziąć pod uwagę złożony charakter całego proble­mu, sceptycyzm co do kwestii ekologicznych był kiedyś w pełni uzasadniony. Ale to już przeszłość. Najwyższa pora, by go porzucić i zacząć aktywnie działać.