ziemia
Autor: Richard Conniff | dodano: 2017-11-23
Koniec wędkowania

To jeden z tych nielicznych programów rządowych, który kocha większość podatników. Zarybianie amerykańskich wód powierzchniowych cieszy się niezmiennie wielkim poparciem, ponieważ prawie wszystkim podoba się idea, że dowolne jezioro lub rzeczka może się stać miejscem, gdzie przeciętny dzieciak (lub dorosły) zarzuci wędkę i wyciągnie sobie coś na obiad.

Zarybianie stanowi także podstawę rekreacyjnej gospodarki wędkarskiej wartej 25,7 mld dolarów rocznie, według danych zebranych w 2011 roku przez U.S. Fish and Wildlife Service. Z tego powodu już w pierwszych dekadach XX wieku zaczęto masowo hodować narybek, a następnie przenosić go do lokalnych jeziorek, a w latach 50. wprowadzono zarybianie nawet odległych zbiorników wodnych, do których młode ryby są dowożone samolotami.

Wydaje się jednak, że takie masowe wpuszczanie do rzek i jezior ryb pożądanych przez wędkarzy jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie ludzie zrobili środowisku, ponieważ gatunki introdukowane zazwyczaj wypierają ze zbiornika gatunki rodzime. „Proszę tylko się zastanowić – mówi Julian D. Olden, ekolog z University of Washington prowadzący badania nad nierodzimymi populacjami ryb. – Dla wędkarzy atrakcyjne są ryby, które szybko rosną, są płodne i osiągają duże rozmiary” – zauważa, nawiązując do tego, że w USA gatunkami najczęściej wprowadzanymi do wód śródlądowych są pstrąg, bass, szczupak pospolity i szczupak amerykański. Jak widać, wybieramy agresywne drapieżniki. „Dlatego nie ma się co dziwić, że te same cechy gatunku, które cieszą nas jako wędkarzy, odpowiadają równocześnie za to, że ów gatunek szybko wypiera z ekosystemu jego rodzimych mieszkańców” – tłumaczy Olden.

Oczywiście, zdarzają się takie sytuacje, gdy zarybianie pomaga w odbudowaniu zagrożonej populacji gatunku – na przykład, wprowadzenie palii jeziorowej do Wielkich Jezior lub też pstrąga źródlanego do strumieni Parku Narodowego Great Smoky Mountains. Jednak do niedawna było raczej tak, że zarybianie było doskonałą wymówką pozwalającą poświęcić rzekę lub jezioro dla rozmaitych celów gospodarczych – zauważa Rick Williams, biolog prowadzący badania na łowiskach i doradzający organizacji Fly Fishing International. „Od autorów takich inicjatyw słyszy się na przykład: «Zbudujemy na tej rzece tamę, która przyniesie nam wiele rozmaitych korzyści». Owszem, przyznają, że taka ingerencja oznacza także negatywne konsekwencje, na przykład, dla żyjącego w rzece łososia albo pstrąga tęczowego, ale gładko prześlizgują się nad tą kwestią, dorzucając, że przecież nie ma się czym martwić, bo rzeka będzie regularnie zarybiana”. Dopiero na końcu, gdy pierwotne siedlisko zostanie kompletnie zniszczone, ludzie orientują się, że „ryba z wylęgarni nie jest rybą dziko żyjącą”. Umiejętności przystosowawcze przydające się młodej rybce w przetrwaniu w ścisku wylęgarni nie przekładają się łatwo na jej sukces w naturze. Badania z 2016 roku pokazały, że wystarczyło jedno pokolenie pstrąga tęczowego wyhodowane w wylęgarni, by zaczął się on różnić od swojego dziko żyjącego krewniaka ekspresją setek genów.

Dlatego niektórzy urzędnicy stanowi i federalni wspólnie z częścią wędkarzy uznali, że trzeba przemyśleć dotychczasowe zauroczenie zarybianiem i spróbować naprawić szkody, nieraz bardzo poważne, wynikające z tej praktyki. W sierpniu 2016 roku dyrekcja National Park Service zaakceptowała plan usunięcia sztucznie wprowadzonych wcześniej gatunków ryb z 85 górskich jezior znajdujących się w parkach narodowych na wschód od Fresno w Kalifornii. Również w zeszłym roku stan Oregon zniósł limity na połowy ryb wprowadzonych do rzek i jezior, aby w ten sposób ulżyć rdzennym gatunkom. Ponadto w 2015 roku trzy stany Karolina Północna, Georia i Tennessee wspólnie utworzyły w dorzeczu Little Tennessee River pierwszą w USA „strefę ochrony naturalnych gatunków ryb”. Ma to być początek ogólnokrajowej sieci obszarów ich ochrony.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 12/2017 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Grudzień
13

W 1962 r. NASA wystrzeliła pierwszego satelitę telekomunikacyjnego Relay 1.
Warto przeczytać
Historia Polski pełna jest mitów, półprawd, przemilczeń i niedomówień. Różne jej wątki bywały w ciągu wieków retuszowane, poprawiane i wygładzane, by w końcu przybrać postać miłej dla ucha opowieści – stawały się narodowymi mitami.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Richard Conniff | dodano: 2017-11-23
Koniec wędkowania

To jeden z tych nielicznych programów rządowych, który kocha większość podatników. Zarybianie amerykańskich wód powierzchniowych cieszy się niezmiennie wielkim poparciem, ponieważ prawie wszystkim podoba się idea, że dowolne jezioro lub rzeczka może się stać miejscem, gdzie przeciętny dzieciak (lub dorosły) zarzuci wędkę i wyciągnie sobie coś na obiad.

Zarybianie stanowi także podstawę rekreacyjnej gospodarki wędkarskiej wartej 25,7 mld dolarów rocznie, według danych zebranych w 2011 roku przez U.S. Fish and Wildlife Service. Z tego powodu już w pierwszych dekadach XX wieku zaczęto masowo hodować narybek, a następnie przenosić go do lokalnych jeziorek, a w latach 50. wprowadzono zarybianie nawet odległych zbiorników wodnych, do których młode ryby są dowożone samolotami.

Wydaje się jednak, że takie masowe wpuszczanie do rzek i jezior ryb pożądanych przez wędkarzy jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie ludzie zrobili środowisku, ponieważ gatunki introdukowane zazwyczaj wypierają ze zbiornika gatunki rodzime. „Proszę tylko się zastanowić – mówi Julian D. Olden, ekolog z University of Washington prowadzący badania nad nierodzimymi populacjami ryb. – Dla wędkarzy atrakcyjne są ryby, które szybko rosną, są płodne i osiągają duże rozmiary” – zauważa, nawiązując do tego, że w USA gatunkami najczęściej wprowadzanymi do wód śródlądowych są pstrąg, bass, szczupak pospolity i szczupak amerykański. Jak widać, wybieramy agresywne drapieżniki. „Dlatego nie ma się co dziwić, że te same cechy gatunku, które cieszą nas jako wędkarzy, odpowiadają równocześnie za to, że ów gatunek szybko wypiera z ekosystemu jego rodzimych mieszkańców” – tłumaczy Olden.

Oczywiście, zdarzają się takie sytuacje, gdy zarybianie pomaga w odbudowaniu zagrożonej populacji gatunku – na przykład, wprowadzenie palii jeziorowej do Wielkich Jezior lub też pstrąga źródlanego do strumieni Parku Narodowego Great Smoky Mountains. Jednak do niedawna było raczej tak, że zarybianie było doskonałą wymówką pozwalającą poświęcić rzekę lub jezioro dla rozmaitych celów gospodarczych – zauważa Rick Williams, biolog prowadzący badania na łowiskach i doradzający organizacji Fly Fishing International. „Od autorów takich inicjatyw słyszy się na przykład: «Zbudujemy na tej rzece tamę, która przyniesie nam wiele rozmaitych korzyści». Owszem, przyznają, że taka ingerencja oznacza także negatywne konsekwencje, na przykład, dla żyjącego w rzece łososia albo pstrąga tęczowego, ale gładko prześlizgują się nad tą kwestią, dorzucając, że przecież nie ma się czym martwić, bo rzeka będzie regularnie zarybiana”. Dopiero na końcu, gdy pierwotne siedlisko zostanie kompletnie zniszczone, ludzie orientują się, że „ryba z wylęgarni nie jest rybą dziko żyjącą”. Umiejętności przystosowawcze przydające się młodej rybce w przetrwaniu w ścisku wylęgarni nie przekładają się łatwo na jej sukces w naturze. Badania z 2016 roku pokazały, że wystarczyło jedno pokolenie pstrąga tęczowego wyhodowane w wylęgarni, by zaczął się on różnić od swojego dziko żyjącego krewniaka ekspresją setek genów.

Dlatego niektórzy urzędnicy stanowi i federalni wspólnie z częścią wędkarzy uznali, że trzeba przemyśleć dotychczasowe zauroczenie zarybianiem i spróbować naprawić szkody, nieraz bardzo poważne, wynikające z tej praktyki. W sierpniu 2016 roku dyrekcja National Park Service zaakceptowała plan usunięcia sztucznie wprowadzonych wcześniej gatunków ryb z 85 górskich jezior znajdujących się w parkach narodowych na wschód od Fresno w Kalifornii. Również w zeszłym roku stan Oregon zniósł limity na połowy ryb wprowadzonych do rzek i jezior, aby w ten sposób ulżyć rdzennym gatunkom. Ponadto w 2015 roku trzy stany Karolina Północna, Georia i Tennessee wspólnie utworzyły w dorzeczu Little Tennessee River pierwszą w USA „strefę ochrony naturalnych gatunków ryb”. Ma to być początek ogólnokrajowej sieci obszarów ich ochrony.