technika
Autor: Melinda Wenner Moyer | dodano: 2017-10-30
Podróż do miasta broni
































Zdjęcia Ben Rollins

 

Pociągnęłam za spust, a kiedy ochłonęłam, powoli przeniosłam swój wzrok na tarczę. Był tam – mały, lecz wyraźny otwór w pobliżu oczu wpatrującego się we mnie zombie. Pierwsza w moim życiu dziura od naboju! Spojrzałam w dół, na glocka 19 spoczywającego w mojej drżącej dłoni. Poczułam nagłą i intensywną przemianę emocjonalną. Początkowe zdenerwowanie, nawet strach, w ciągu paru sekund zostały zastąpione przez ożywienie i pewność siebie – i wtedy pojęłam, dlaczego miliony amerykanów wierzą w to, że broń palna zapewnia im bezpieczeństwo.

Znajdowałam się na strzelnicy położonej około 20 km na południe od Kennesaw w stanie Georgia, miejscowości zwanej „amerykańskim Miastem Broni”, w którym każdy mieszkaniec ma obowiązek posiadania broni palnej. To było drugi dzień mojej czterodniowej podróży, w którą wyruszyłam, aby znaleźć dowody na potwierdzenie głównej tezy zwolenników dostępu do broni: im więcej pistoletów, tym mniej poszkodowanych w wyniku przestępstw.

W 2015 roku w USA od broni zginęło 36 tys. osób, a te i inne alarmujące statystyki sprawiły, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie byłoby lepiej dla naszego społeczeństwa, gdybyśmy ograniczyli dostęp do broni palnej. Jednak jej zwolennicy mówią coś przeciwnego: morderstwa, przestępstwa i masowe strzelaniny zdarzają się, ponieważ wciąż w wielu miejscach nie ma wystarczającej ilości broni. Argumentują, że uzbrajając jak największą liczbę obywateli, sprawimy, że nasz kraj stanie się bezpieczniejszy i spokojniejszy, jako że przestępcy nie będą się chcieli ładować w poważne kłopoty, wiedząc, że za chwilę zostaną otoczeni przez dobrych ludzi z bronią.

Wszak od 1991 roku Amerykanie kupili w przybliżeniu 170 mln nowych sztuk broni palnej, a równocześnie wskaźniki zabójstw znacznie spadły – fakt ten jest za każdym razem przywoływany przez lobbystów z National Rifle Association of America (NRA). Donald Trump, ubiegając się o urząd prezydenta, komentując masakrę w 2015 roku w San Bernardino w Kalifornii, stwierdził, że „gdyby w Kalifornii była również broń po drugiej stronie, a pociski wystrzelono by także w przeciwnym kierunku, nie mielibyśmy teraz zabitych 14 albo 15 osób”. Mike Watkins, były policjant, a teraz instruktor strzelania, który pokazywał mi teraz w Kennesaw, jak posługiwać się glockiem, wyłożył mi swoją filozofię w następujących słowach: „Jeśli mam złe zamiary, ale wiem, że w tym miejscu wszyscy wokół mają broń, to trzy razy się zastanowię, zanim zrobię komuś coś złego”.

Czy jest to prawda? Idealny eksperyment, prowadzony przez wiele lat, polegałby na tym, że broń rozprowadzono by wśród społeczności, które dotychczas nie miały do niej dostępu, zarazem niczego innego nie zmieniając. Jednak w USA nie ma takich społeczności, a poza tym podstawy etyczne takiego eksperymentu są wątpliwe. Naukowcy porównują więc rejony, gdzie jest dużo broni i ludzi ją noszących, z rejonami, gdzie nie cieszy się ona popularnością. Badają też, czy ofiarami przestępstw stają się częściej ludzie, którzy nie noszą broni, czy też przeciwnie – ci, którzy ją noszą. Analizują też, co się dzieje, kiedy w życie wchodzą przepisy ułatwiające ludziom noszenie broni i korzystanie z niej w samoobronie.

Większość tych badań, a wykonano ich już kilkadziesiąt, obala tezę, że broń powstrzymuje przemoc. Na przykład w 2015 roku naukowcy ze szpitala Boston Children’s Hospital oraz Uniwersytetu Harwardzkiego, na podstawie danych pochodzących z FBI oraz z Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC) w Atlancie, stwierdzili, że napady z bronią w ręku zdarzają się 6,8 razy więcej w tych stanach, gdzie broni jest najwięcej, w porównaniu ze stanami, gdzie broni jest najmniej. Również w 2015 roku opublikowana została łączna analiza 15 różnych badań, z której wynikało, że prawdopodobieństwo zamordowania osoby, która ma w domu broń, jest prawie dwa razy większe niż osoby nietrzymającej w domu broni.

Badań na ten temat przybywa powoli, co częściowo wynika z ograniczeń nałożonych przez Kongres na ich największego zleceniodawcę i fundatora, czyli CDC. Od połowy lat 90. agencji praktycznie uniemożliwia się wspieranie badań na temat zależności między dostępem do broni a przemocą. Tymczasem NRA i właściciele broni systematycznie nagłaśniają wyniki tych nielicznych i mało reprezentatywnych badań, które mają dowodzić odwrotnej tezy. Postanowiłam pojechać więc do Georgii i Alabamy, gdzie wiara w to, że posiadanie broni może ocalić życie, jest powszechna, aby zgłębić podstawy naukowe problemu oraz zebrać opinie tych, którzy mają w tej kwestii odpowiednie doświadczenie: policjantów, polityków samorządowych, posiadaczy broni, kryminologów i instruktorów strzelania, takich jak Watkins, który towarzyszył mi, gdy pociągałam za spust glocka.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 11/2017 »
Drukuj »
Komentarze
Dodany przez: jksoft | 2017-11-18
Za sprawa samochodów ginie więcej ludzi niż od broni. Czy to znaczy, że mamy zakazać posiadania samochodów? Logika przeciwników posiadania broni jest zaiste pokrętna.  
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
19
W 1912 r. urodził się George Emil Palade, amerykański cytolog, laureat Nagrody Nobla.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Melinda Wenner Moyer | dodano: 2017-10-30
Podróż do miasta broni
































Zdjęcia Ben Rollins

 

Pociągnęłam za spust, a kiedy ochłonęłam, powoli przeniosłam swój wzrok na tarczę. Był tam – mały, lecz wyraźny otwór w pobliżu oczu wpatrującego się we mnie zombie. Pierwsza w moim życiu dziura od naboju! Spojrzałam w dół, na glocka 19 spoczywającego w mojej drżącej dłoni. Poczułam nagłą i intensywną przemianę emocjonalną. Początkowe zdenerwowanie, nawet strach, w ciągu paru sekund zostały zastąpione przez ożywienie i pewność siebie – i wtedy pojęłam, dlaczego miliony amerykanów wierzą w to, że broń palna zapewnia im bezpieczeństwo.

Znajdowałam się na strzelnicy położonej około 20 km na południe od Kennesaw w stanie Georgia, miejscowości zwanej „amerykańskim Miastem Broni”, w którym każdy mieszkaniec ma obowiązek posiadania broni palnej. To było drugi dzień mojej czterodniowej podróży, w którą wyruszyłam, aby znaleźć dowody na potwierdzenie głównej tezy zwolenników dostępu do broni: im więcej pistoletów, tym mniej poszkodowanych w wyniku przestępstw.

W 2015 roku w USA od broni zginęło 36 tys. osób, a te i inne alarmujące statystyki sprawiły, że ludzie zaczęli się zastanawiać, czy przypadkiem nie byłoby lepiej dla naszego społeczeństwa, gdybyśmy ograniczyli dostęp do broni palnej. Jednak jej zwolennicy mówią coś przeciwnego: morderstwa, przestępstwa i masowe strzelaniny zdarzają się, ponieważ wciąż w wielu miejscach nie ma wystarczającej ilości broni. Argumentują, że uzbrajając jak największą liczbę obywateli, sprawimy, że nasz kraj stanie się bezpieczniejszy i spokojniejszy, jako że przestępcy nie będą się chcieli ładować w poważne kłopoty, wiedząc, że za chwilę zostaną otoczeni przez dobrych ludzi z bronią.

Wszak od 1991 roku Amerykanie kupili w przybliżeniu 170 mln nowych sztuk broni palnej, a równocześnie wskaźniki zabójstw znacznie spadły – fakt ten jest za każdym razem przywoływany przez lobbystów z National Rifle Association of America (NRA). Donald Trump, ubiegając się o urząd prezydenta, komentując masakrę w 2015 roku w San Bernardino w Kalifornii, stwierdził, że „gdyby w Kalifornii była również broń po drugiej stronie, a pociski wystrzelono by także w przeciwnym kierunku, nie mielibyśmy teraz zabitych 14 albo 15 osób”. Mike Watkins, były policjant, a teraz instruktor strzelania, który pokazywał mi teraz w Kennesaw, jak posługiwać się glockiem, wyłożył mi swoją filozofię w następujących słowach: „Jeśli mam złe zamiary, ale wiem, że w tym miejscu wszyscy wokół mają broń, to trzy razy się zastanowię, zanim zrobię komuś coś złego”.

Czy jest to prawda? Idealny eksperyment, prowadzony przez wiele lat, polegałby na tym, że broń rozprowadzono by wśród społeczności, które dotychczas nie miały do niej dostępu, zarazem niczego innego nie zmieniając. Jednak w USA nie ma takich społeczności, a poza tym podstawy etyczne takiego eksperymentu są wątpliwe. Naukowcy porównują więc rejony, gdzie jest dużo broni i ludzi ją noszących, z rejonami, gdzie nie cieszy się ona popularnością. Badają też, czy ofiarami przestępstw stają się częściej ludzie, którzy nie noszą broni, czy też przeciwnie – ci, którzy ją noszą. Analizują też, co się dzieje, kiedy w życie wchodzą przepisy ułatwiające ludziom noszenie broni i korzystanie z niej w samoobronie.

Większość tych badań, a wykonano ich już kilkadziesiąt, obala tezę, że broń powstrzymuje przemoc. Na przykład w 2015 roku naukowcy ze szpitala Boston Children’s Hospital oraz Uniwersytetu Harwardzkiego, na podstawie danych pochodzących z FBI oraz z Centrum Kontroli Chorób i Prewencji (CDC) w Atlancie, stwierdzili, że napady z bronią w ręku zdarzają się 6,8 razy więcej w tych stanach, gdzie broni jest najwięcej, w porównaniu ze stanami, gdzie broni jest najmniej. Również w 2015 roku opublikowana została łączna analiza 15 różnych badań, z której wynikało, że prawdopodobieństwo zamordowania osoby, która ma w domu broń, jest prawie dwa razy większe niż osoby nietrzymającej w domu broni.

Badań na ten temat przybywa powoli, co częściowo wynika z ograniczeń nałożonych przez Kongres na ich największego zleceniodawcę i fundatora, czyli CDC. Od połowy lat 90. agencji praktycznie uniemożliwia się wspieranie badań na temat zależności między dostępem do broni a przemocą. Tymczasem NRA i właściciele broni systematycznie nagłaśniają wyniki tych nielicznych i mało reprezentatywnych badań, które mają dowodzić odwrotnej tezy. Postanowiłam pojechać więc do Georgii i Alabamy, gdzie wiara w to, że posiadanie broni może ocalić życie, jest powszechna, aby zgłębić podstawy naukowe problemu oraz zebrać opinie tych, którzy mają w tej kwestii odpowiednie doświadczenie: policjantów, polityków samorządowych, posiadaczy broni, kryminologów i instruktorów strzelania, takich jak Watkins, który towarzyszył mi, gdy pociągałam za spust glocka.