ziemia
dodano: 2017-08-29
Australijscy najeźdźcy


























Z początkiem roku australijski rząd uwolnił do środowiska naturalnego szczepy wirusowej choroby krwotocznej, w nadziei na ograniczenie wzrostu populacji królików na tym kontynencie. Może to wyglądać jak barbarzyństwo, jednak rząd szacuje, że zwierzęta – przywiezione przez brytyjskich kolonistów w XVII wieku – pożerają każdego roku plony o wartości 115 mln dolarów. A króliki nie są jedynym problemem. Przez ponad wiek Australijczycy walczyli z napływem gatunków inwazyjnych, uciekając się do wielu desperackich posunięć – w tym introdukcji obcych drapieżników.

Australia nie jest jedynym krajem zamieszkiwanym przez inwazyjne gatunki. Jednak jest odizolowanym kontynentem, gdzie większość gatunków to endemity – a kluczowe drapieżniki zostały dawno wytępione. To stwarza obcym gatunkom świetne warunki do rozwoju. „W innych miejscach zobaczyć można o wiele bogatszy zespół drapieżników” – mówi Euan Ritchie, jeden z dyrektorów Ecological Society of Australia. Ale wilkowór tasmański, lew workowaty i Megalania (ważąca ponad 700 kg jaszczurka) wyginęły. Jedyny pozostały duży drapieżnik, australijski dziki pies zwany dingo (na zdjęciu), jest zagrożony przez ludzi ze względu na jego upodobanie do zjadania owiec.

Podobnie jak królików, Australia chce się pozbyć lisów rudych (kiedyś importowanych do celów łowieckich), kotów domowych (wcześniej trzymanych jako domowe pupile), karpi (przywiezionych do hodowli stawowych), a nawet wielbłądów (wykorzystywanych do podróży przez pustynie). Urzędnicy zajmujący się dzikimi zwierzętami starali się walczyć z tymi najeźdźcami przez uwalnianie wirusów, wystawianie trucizn, budowę tysięcy kilometrów ogrodzeń, a czasami przez polowania z helikopterów. W jednym niesławnym przypadku sposób rozwiązania problemu sam stał się kłopotem: ropucha olbrzymia introdukowana w 1935 roku w celu zwalczania chrząszczy niszczących trzcinę cukrową nie była w stanie wspinać się na trzciny cukrowe, by dosięgnąć owadów, i sama okazała się nieznośnym szkodnikiem.

Pomimo protestów naukowców, rząd planuje wprowadzenie kolejnych wirusów jeszcze w drugiej połowie tego roku, aby zredukować niekontrolowaną populację karpi. „Nie możemy wrócić do przeszłości – stwierdza Ritchie. – Jednak mamy wiele rodzimych ssaków i innych gatunków, które wciąż dają sobie radę.”      Erin Biba

 

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 09/2017 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2017
10/2016 - specjalny
Kalendarium
Wrzesień
20
W 1966 r. wystrzelono amerykańską sondę księżycową Surveyor 2.
Warto przeczytać
Czy znasz powiedzenie że matematykowi do pracy wystarczy kartka, ołówek i kosz na śmieci? To nieprawda! Pasjonującą, efektowną i praktyczną matematykę poznaje się dopiero w laboratorium.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2017-08-29
Australijscy najeźdźcy


























Z początkiem roku australijski rząd uwolnił do środowiska naturalnego szczepy wirusowej choroby krwotocznej, w nadziei na ograniczenie wzrostu populacji królików na tym kontynencie. Może to wyglądać jak barbarzyństwo, jednak rząd szacuje, że zwierzęta – przywiezione przez brytyjskich kolonistów w XVII wieku – pożerają każdego roku plony o wartości 115 mln dolarów. A króliki nie są jedynym problemem. Przez ponad wiek Australijczycy walczyli z napływem gatunków inwazyjnych, uciekając się do wielu desperackich posunięć – w tym introdukcji obcych drapieżników.

Australia nie jest jedynym krajem zamieszkiwanym przez inwazyjne gatunki. Jednak jest odizolowanym kontynentem, gdzie większość gatunków to endemity – a kluczowe drapieżniki zostały dawno wytępione. To stwarza obcym gatunkom świetne warunki do rozwoju. „W innych miejscach zobaczyć można o wiele bogatszy zespół drapieżników” – mówi Euan Ritchie, jeden z dyrektorów Ecological Society of Australia. Ale wilkowór tasmański, lew workowaty i Megalania (ważąca ponad 700 kg jaszczurka) wyginęły. Jedyny pozostały duży drapieżnik, australijski dziki pies zwany dingo (na zdjęciu), jest zagrożony przez ludzi ze względu na jego upodobanie do zjadania owiec.

Podobnie jak królików, Australia chce się pozbyć lisów rudych (kiedyś importowanych do celów łowieckich), kotów domowych (wcześniej trzymanych jako domowe pupile), karpi (przywiezionych do hodowli stawowych), a nawet wielbłądów (wykorzystywanych do podróży przez pustynie). Urzędnicy zajmujący się dzikimi zwierzętami starali się walczyć z tymi najeźdźcami przez uwalnianie wirusów, wystawianie trucizn, budowę tysięcy kilometrów ogrodzeń, a czasami przez polowania z helikopterów. W jednym niesławnym przypadku sposób rozwiązania problemu sam stał się kłopotem: ropucha olbrzymia introdukowana w 1935 roku w celu zwalczania chrząszczy niszczących trzcinę cukrową nie była w stanie wspinać się na trzciny cukrowe, by dosięgnąć owadów, i sama okazała się nieznośnym szkodnikiem.

Pomimo protestów naukowców, rząd planuje wprowadzenie kolejnych wirusów jeszcze w drugiej połowie tego roku, aby zredukować niekontrolowaną populację karpi. „Nie możemy wrócić do przeszłości – stwierdza Ritchie. – Jednak mamy wiele rodzimych ssaków i innych gatunków, które wciąż dają sobie radę.”      Erin Biba