człowiek
Autor: Steve Mirsky | dodano: 2013-12-17
Kiedy nadmiar komórek szkodzi

W 2010 roku w jednym z felietonów opisałem swoją konfrontację z pewnym beztroskim młodzieńcem, który jechał na skuterze ruchliwą drogą w Fort Lauderdale na Florydzie. Na czym polegała ta beztroska? Otóż, ów młodzian nie trzymał rąk na kierownicy, bo w rękach dzierżył smartfona, na którym skupiała się cała jego uwaga. Nie muszę dodawać, że próżno by szukać ochronnego kasku na jego głowie, a jakby tego było mało, przewody słuchowe miał zatkane słuchawkami, które skutecznie izolowały go od otoczenia, utrzymując w nieświadomości, co do czyhających zagrożeń.

Przypomniałem sobie o tym jeźdźcu bez głowy, gdy przeglądałem wyniki badań ilustrujących, jak daleko zaszliśmy w naszych wysiłkach, by być ciągle czymś zajętym w trakcie przemieszczania się z miejsca na miejsce. Z analiz tych wynika, że dramatycznie rośnie liczba przyjęć na ostry dyżur osób, które nabiły sobie guza, bo pokonywały drogę z punktu A do punktu B ze wzrokiem wbitym w ekran komórki.

Autorzy raportu zatytułowanego „Urazy pieszych odniesione na skutek używania telefonu komórkowego w miejscach publicznych”, opublikowanego w piśmie Accident Analysis & Prevention, przeanalizowali dane ze 100 amerykańskich szpitali, by oszacować rozmiary zjawiska w skali całego kraju. Wyliczyli, że w 2004 roku około 559 użytkowników telefonów potrzebowało natychmiastowej pomocy lekarskiej np. po zderzeniu ze słupem telefonicznym. W roku 2010 liczba pieszych, którzy zmuszeni byli dokończyć pisanie SMS-ów w szpitalnej izbie przyjęć, prawdopodobnie sięgnęła już 1500 osób.

Co ciekawe, w tym samym okresie całkowita liczba pieszych, którzy wylądowali na ostrym dyżurze, spadła. Najwyraźniej ofiary telefonów komórkowych wykonują kawał dobrej roboty, bo to głównie dzięki nim lekarze SOR-u mają pracę.

Zanim przeczytacie następny paragraf, radzę usiąść (zwłaszcza gdy czytacie te słowa na smartfonie): grupą najbardziej narażoną na uszkodzenia ciała omówione w raporcie są mężczyźni w wieku od 16 do 25 lat. Niegdyś zaliczałem się do tej kohorty i nie ominęły mnie negatywne skutki zdrowotne, o których mowa w niniejszym felietonie. Na szczęście, zostałem wyleczony z tej przypadłości (czytaj: zestarzałem się). Teraz piszę wiadomości tekstowe wyciągnięty na szezlongu, tak jak chciała matka natura.

Choć większość tego typu urazów przytrafia się ludziom młodym, których mózg nie jest jeszcze w pełni ukształtowany, to zdarzają się one również osobom dojrzałym. Znany mi jest przypadek wybitnego naukowca – naprawdę grubej ryby, można by rzec rekina (tyle że nie biznesu) – który z powodu SMS-ów sturlał się ze schodów i skończył w szpitalu. Ta osoba (niech pozostanie bezimienna, bo muszę chronić swoich informatorów) bardzo dobrze wie, że bez względu na to, czy używa się iPhone’a, Galaxy, Droida czy też Jitterbuga, siła równa się masa razy przyspieszenie.

Eksperci przewidują, że ofiar komórek będzie coraz więcej. Wciąż dzwonią mi w uszach słowa współautora badania Jacka Nasara z Ohio State University, który wieszczy ponuro: „Jeśli obecna tendencja się utrzyma, nie będę zdziwiony, gdy liczba urazów spowodowanych używaniem komórek przez pieszych podwoi się w latach 2010–2015”. Jego zdaniem oficjalne dane są prawdopodobnie niedoszacowane i rzeczywista liczba uszkodzeń ciała jest większa, ponieważ nie wszyscy poszkodowani udają się do szpitala i nie każdy chce się przyznać, czemu wpadł na hydrant przeciwpożarowy.

Ponadto w raporcie podano jedynie wypadki, które przytrafiły się przechodniom na świeżym powietrzu. Nie uwzględniono natomiast sytuacji, gdy ktoś ląduje na ostrym dyżurze, ponieważ grał w Angry Birds w salonie i w stylu Dicka Van Dyke’a potknął się o otomanę (trafność mojej aluzji do amerykańskiego komika można sprawdzić, wchodząc na YouTube. Jeżeli zaś chodzi o imperium ottomańskie, odsyłam do Wikipedii).

Co można zrobić, żeby zminimalizować zagrożenia czyhające na użytkowników tych pozornie nieszkodliwych urządzeń? Nasar uważa, że musimy zmienić nasze nawyki: „Rodzice uczą dzieci, by przechodząc przez jezdnię, uważnie się rozglądały. Powinni również przypominać im, by nie korzystały z telefonów, gdy idą ulicą, a w szczególności, kiedy przez nią przechodzą”.

A może powinniśmy zrezygnować z nazwy „telefony komórkowe”, bo szarych komórek u użytkowników tych urządzeń jakby coraz mniej?

Steve Mirsky pisze felietony do tej rubryki od czasu, gdy północnoamerykańska płyta tektoniczna była oddalona o około 84 cm od miejsca, gdzie spoczywa obecnie. Prowadzi również firmowany przez Scientific American podkast Science Talk.

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 01/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
17
W 1833 r. urodził się Lucjan Rydel, polski lekarz, okulista, profesor i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Steve Mirsky | dodano: 2013-12-17
Kiedy nadmiar komórek szkodzi

W 2010 roku w jednym z felietonów opisałem swoją konfrontację z pewnym beztroskim młodzieńcem, który jechał na skuterze ruchliwą drogą w Fort Lauderdale na Florydzie. Na czym polegała ta beztroska? Otóż, ów młodzian nie trzymał rąk na kierownicy, bo w rękach dzierżył smartfona, na którym skupiała się cała jego uwaga. Nie muszę dodawać, że próżno by szukać ochronnego kasku na jego głowie, a jakby tego było mało, przewody słuchowe miał zatkane słuchawkami, które skutecznie izolowały go od otoczenia, utrzymując w nieświadomości, co do czyhających zagrożeń.

Przypomniałem sobie o tym jeźdźcu bez głowy, gdy przeglądałem wyniki badań ilustrujących, jak daleko zaszliśmy w naszych wysiłkach, by być ciągle czymś zajętym w trakcie przemieszczania się z miejsca na miejsce. Z analiz tych wynika, że dramatycznie rośnie liczba przyjęć na ostry dyżur osób, które nabiły sobie guza, bo pokonywały drogę z punktu A do punktu B ze wzrokiem wbitym w ekran komórki.

Autorzy raportu zatytułowanego „Urazy pieszych odniesione na skutek używania telefonu komórkowego w miejscach publicznych”, opublikowanego w piśmie Accident Analysis & Prevention, przeanalizowali dane ze 100 amerykańskich szpitali, by oszacować rozmiary zjawiska w skali całego kraju. Wyliczyli, że w 2004 roku około 559 użytkowników telefonów potrzebowało natychmiastowej pomocy lekarskiej np. po zderzeniu ze słupem telefonicznym. W roku 2010 liczba pieszych, którzy zmuszeni byli dokończyć pisanie SMS-ów w szpitalnej izbie przyjęć, prawdopodobnie sięgnęła już 1500 osób.

Co ciekawe, w tym samym okresie całkowita liczba pieszych, którzy wylądowali na ostrym dyżurze, spadła. Najwyraźniej ofiary telefonów komórkowych wykonują kawał dobrej roboty, bo to głównie dzięki nim lekarze SOR-u mają pracę.

Zanim przeczytacie następny paragraf, radzę usiąść (zwłaszcza gdy czytacie te słowa na smartfonie): grupą najbardziej narażoną na uszkodzenia ciała omówione w raporcie są mężczyźni w wieku od 16 do 25 lat. Niegdyś zaliczałem się do tej kohorty i nie ominęły mnie negatywne skutki zdrowotne, o których mowa w niniejszym felietonie. Na szczęście, zostałem wyleczony z tej przypadłości (czytaj: zestarzałem się). Teraz piszę wiadomości tekstowe wyciągnięty na szezlongu, tak jak chciała matka natura.

Choć większość tego typu urazów przytrafia się ludziom młodym, których mózg nie jest jeszcze w pełni ukształtowany, to zdarzają się one również osobom dojrzałym. Znany mi jest przypadek wybitnego naukowca – naprawdę grubej ryby, można by rzec rekina (tyle że nie biznesu) – który z powodu SMS-ów sturlał się ze schodów i skończył w szpitalu. Ta osoba (niech pozostanie bezimienna, bo muszę chronić swoich informatorów) bardzo dobrze wie, że bez względu na to, czy używa się iPhone’a, Galaxy, Droida czy też Jitterbuga, siła równa się masa razy przyspieszenie.

Eksperci przewidują, że ofiar komórek będzie coraz więcej. Wciąż dzwonią mi w uszach słowa współautora badania Jacka Nasara z Ohio State University, który wieszczy ponuro: „Jeśli obecna tendencja się utrzyma, nie będę zdziwiony, gdy liczba urazów spowodowanych używaniem komórek przez pieszych podwoi się w latach 2010–2015”. Jego zdaniem oficjalne dane są prawdopodobnie niedoszacowane i rzeczywista liczba uszkodzeń ciała jest większa, ponieważ nie wszyscy poszkodowani udają się do szpitala i nie każdy chce się przyznać, czemu wpadł na hydrant przeciwpożarowy.

Ponadto w raporcie podano jedynie wypadki, które przytrafiły się przechodniom na świeżym powietrzu. Nie uwzględniono natomiast sytuacji, gdy ktoś ląduje na ostrym dyżurze, ponieważ grał w Angry Birds w salonie i w stylu Dicka Van Dyke’a potknął się o otomanę (trafność mojej aluzji do amerykańskiego komika można sprawdzić, wchodząc na YouTube. Jeżeli zaś chodzi o imperium ottomańskie, odsyłam do Wikipedii).

Co można zrobić, żeby zminimalizować zagrożenia czyhające na użytkowników tych pozornie nieszkodliwych urządzeń? Nasar uważa, że musimy zmienić nasze nawyki: „Rodzice uczą dzieci, by przechodząc przez jezdnię, uważnie się rozglądały. Powinni również przypominać im, by nie korzystały z telefonów, gdy idą ulicą, a w szczególności, kiedy przez nią przechodzą”.

A może powinniśmy zrezygnować z nazwy „telefony komórkowe”, bo szarych komórek u użytkowników tych urządzeń jakby coraz mniej?

Steve Mirsky pisze felietony do tej rubryki od czasu, gdy północnoamerykańska płyta tektoniczna była oddalona o około 84 cm od miejsca, gdzie spoczywa obecnie. Prowadzi również firmowany przez Scientific American podkast Science Talk.