technika
Autor: David H. Freedman | dodano: 2013-09-23
GMO, czyli diabeł wcielony?

Zwolennicy genetycznego modyfikowania roślin uprawnych twierdzą, że to jedyna droga do wyżywienia przeludnionej i ocieplającej się Ziemi. Krytycy ostrzegają, że igramy z naturą na własną zgubę. Kto ma rację?

Robert Goldberg zapada się w swoim fotelu, gestykulując z rezygnacją: „Potwory Frankensteina, poczwary wypełzające chyłkiem z laboratoriów – wymienia. – To najgorsze, z czym musiałem się zmierzyć”.

Nie są to bynajmniej objawy dręczącej go psychozy. Goldberg, biolog molekularny roślin z University of California w Los Angeles, wyraża jedynie znużenie ciągłą konfrontacją z bezpodstawnymi jego zdaniem lękami przed zagrożeniem dla zdrowia, jakie mają stanowić organizmy modyfikowane genetycznie (GMO). Szczególnie frustruje go fakt, że ta debata powinna wygasnąć jakieś 40 lat temu, gdy naukowcy uzyskali liczne dowody nieszkodliwości GMO, a tymczasem „dziś słyszymy dokładnie te same zastrzeżenia, co wówczas”.

David Williams, rezydujący po drugiej stronie uniwersyteckiego kampusu biolog komórkowy specjalizujący się w badaniach wzroku, wygłasza przeciwne opinie. „W promowaniu tej technologii jest wiele naukowej naiwności – mówi. – Trzydzieści lat temu nie wiedzieliśmy, że genom reaguje na przeniesiony do niego gen. Dziś każdy badacz z tej dziedziny rozumie, że genom nie jest środowiskiem statycznym. Wstawione do niego DNA może ulec transformacji na wiele sposobów, także wiele generacji później”. Williams upiera się, że w rezultacie testy bezpieczeństwa może z łatwością zaliczyć potencjalnie toksyczna roślina.

Williams zdaje sobie sprawę, że należy do marginalnej frakcji biologów zgłaszających zastrzeżenia wobec bezpieczeństwa upraw GMO. Uważa jednak, że to jedynie skutek sprawnej ochrony interesów przez środowisko molekularnych biologów roślin. Są finasowani głównie przez firmy handlujące nasionami GMO, co faworyzuje badaczy pracujących nad rozszerzeniem zastosowań genetycznych modyfikacji w rolnictwie. Biolodzy wskazujący na jakiekolwiek związane z tym zagrożenia – nawet ci, którzy tylko przedstawiają wyniki badań sugerujące istnienie ryzyka (lub bronią ich przed krytyką) – stają się przedmiotem ataków na ich osobistą wiarygodność. W rezultacie wolą zachować swoje obawy dla siebie.

Jednemu trudno zaprzeczyć: mimo ogromnej liczby obserwacji dowodzących, że genetycznie modyfikowane rośliny można bez obaw jeść, debata na ten temat nie ustaje, a w niektórych rejonach świata nawet przybiera na sile. Sceptycy biorą te kontrowersje za dobrą monetę – ich zdaniem żadna ostrożność nie jest nadmierna, gdy manipuluje się przy genetycznej bazie naszego zaopatrzenia w żywność. Ale Goldberga i podobnych mu naukowców ta uporczywość obaw przed żywnością GMO doprowadza do rozpaczy: „mimo setek milionów doświadczeń genetycznych z udziałem ziemskich organizmów wszelkiego typu, mimo spożycia przez ludzi miliardów posiłków bez najmniejszej szkody dla zdrowia powróciliśmy do stanu kompletnej ignorancji” – twierdzi.

Więc kto ma rację – zwolennicy GMO czy ich krytycy? Jeśli starannie rozważymy argumenty za istnieniem ryzyka i za korzyściami z upraw modyfikowanych roślin, jaki będzie bilans?

Więcej w miesięczniku „Świat Nauki" nr 10/2013 »
Drukuj »
Komentarze
Dodany przez: MorAmarth | 2013-10-17
A czy pan Goldberg równie przychylnie odnosi się do bulwersujacych praktyk stosowanych przez niesławna firmę Monsanto?
Aktualne numery
11/2017
10/2017 - specjalny
Kalendarium
Listopad
20
W 1985 r. Microsoft zaprezentował system operacyjny Windows 1.0.
Warto przeczytać
Chwila bez biologii… nie istnieje. W nas i wokół nas kipi życie. Dlaczego by wobec tego nie poznać go bliżej, najlepiej we własnym laboratorium? By nie sięgać daleko, można zacząć od siebie.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: David H. Freedman | dodano: 2013-09-23
GMO, czyli diabeł wcielony?

Zwolennicy genetycznego modyfikowania roślin uprawnych twierdzą, że to jedyna droga do wyżywienia przeludnionej i ocieplającej się Ziemi. Krytycy ostrzegają, że igramy z naturą na własną zgubę. Kto ma rację?

Robert Goldberg zapada się w swoim fotelu, gestykulując z rezygnacją: „Potwory Frankensteina, poczwary wypełzające chyłkiem z laboratoriów – wymienia. – To najgorsze, z czym musiałem się zmierzyć”.

Nie są to bynajmniej objawy dręczącej go psychozy. Goldberg, biolog molekularny roślin z University of California w Los Angeles, wyraża jedynie znużenie ciągłą konfrontacją z bezpodstawnymi jego zdaniem lękami przed zagrożeniem dla zdrowia, jakie mają stanowić organizmy modyfikowane genetycznie (GMO). Szczególnie frustruje go fakt, że ta debata powinna wygasnąć jakieś 40 lat temu, gdy naukowcy uzyskali liczne dowody nieszkodliwości GMO, a tymczasem „dziś słyszymy dokładnie te same zastrzeżenia, co wówczas”.

David Williams, rezydujący po drugiej stronie uniwersyteckiego kampusu biolog komórkowy specjalizujący się w badaniach wzroku, wygłasza przeciwne opinie. „W promowaniu tej technologii jest wiele naukowej naiwności – mówi. – Trzydzieści lat temu nie wiedzieliśmy, że genom reaguje na przeniesiony do niego gen. Dziś każdy badacz z tej dziedziny rozumie, że genom nie jest środowiskiem statycznym. Wstawione do niego DNA może ulec transformacji na wiele sposobów, także wiele generacji później”. Williams upiera się, że w rezultacie testy bezpieczeństwa może z łatwością zaliczyć potencjalnie toksyczna roślina.

Williams zdaje sobie sprawę, że należy do marginalnej frakcji biologów zgłaszających zastrzeżenia wobec bezpieczeństwa upraw GMO. Uważa jednak, że to jedynie skutek sprawnej ochrony interesów przez środowisko molekularnych biologów roślin. Są finasowani głównie przez firmy handlujące nasionami GMO, co faworyzuje badaczy pracujących nad rozszerzeniem zastosowań genetycznych modyfikacji w rolnictwie. Biolodzy wskazujący na jakiekolwiek związane z tym zagrożenia – nawet ci, którzy tylko przedstawiają wyniki badań sugerujące istnienie ryzyka (lub bronią ich przed krytyką) – stają się przedmiotem ataków na ich osobistą wiarygodność. W rezultacie wolą zachować swoje obawy dla siebie.

Jednemu trudno zaprzeczyć: mimo ogromnej liczby obserwacji dowodzących, że genetycznie modyfikowane rośliny można bez obaw jeść, debata na ten temat nie ustaje, a w niektórych rejonach świata nawet przybiera na sile. Sceptycy biorą te kontrowersje za dobrą monetę – ich zdaniem żadna ostrożność nie jest nadmierna, gdy manipuluje się przy genetycznej bazie naszego zaopatrzenia w żywność. Ale Goldberga i podobnych mu naukowców ta uporczywość obaw przed żywnością GMO doprowadza do rozpaczy: „mimo setek milionów doświadczeń genetycznych z udziałem ziemskich organizmów wszelkiego typu, mimo spożycia przez ludzi miliardów posiłków bez najmniejszej szkody dla zdrowia powróciliśmy do stanu kompletnej ignorancji” – twierdzi.

Więc kto ma rację – zwolennicy GMO czy ich krytycy? Jeśli starannie rozważymy argumenty za istnieniem ryzyka i za korzyściami z upraw modyfikowanych roślin, jaki będzie bilans?